ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

15.11.2015

RIVERSIDE, THE SIXXIS, LION SHEPHERD, Warszawa, Stodoła, 11.11.2015

RIVERSIDE, THE SIXXIS, LION SHEPHERD, Warszawa, Stodoła, 11.11.2015 Koncert wieńczący trasę promującą szósty studyjny album grupy Riverside odbył się w minioną środę w warszawskim klubie Stodoła. Wydarzenie okazało się być wyjątkowym w historii działalności tego zespołu, bowiem dźwięki z płyty Love, Fear and the Time Machine zagwarantowały wyprzedanie kompletu wejściówek.

Jakiś czas temu prowadziłem rozmowę, której konkluzją było dawanie szansy supportom. Jestem zwolennikiem brania czynnego udziału w koncertach, nie tylko ze względu na gwiazdy wieczoru, ale również z powodu zespołów, które dopiero muszę zyskać uznanie w danej niszy lub kraju. W natłoku obowiązków i wrażeń, często zdarza nam się zapominać o najprostszych prawdach, bo przecież i Riverside zaczynał od kameralnych występów. Warto sięgnąć po wydaną w 2005 roku Epkę Voices In My Head, na której pojawiły się nagrania z kategorii live. W tle słychać nieśmiały udział publiczności zgromadzonej podczas nagrania w Traffic Clubie. Trudno te odgłosy porównać do ryku, który niósł się po Stodole.

Niestety nie zawsze, nawet mimo szczerych chęci, udaje mi się dostać na miejsce muzycznego świętowania na tyle wcześnie, żeby nie uronić żadnego dźwięku. Tym razem nie udało mi się zobaczyć poczynań grupy Lion Shepherd, ale mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję to nadrobić. Za to miałem okazję przyglądać się poczynaniom The Sixxis. Choć wszystko zdawało się być na swoim miejscu i muzykom trudno odmówić zaangażowania, to sam występ niespecjalnie mnie przekonał. Z zespołem nie zetknąłem się wcześniej, a i tak zabrakło mi w jego dokonaniach elementu zaskoczenia, świeżości, czy po prostu chemii, która przykułaby moją uwagę na dłużej. Zastanawiam się, czy spojrzałbym na ich poczynania inaczej, gdyby nie oczekiwanie na Riverside, którego występ był w stanie przyćmić nawet najbardziej zajadłą, światową konkurencję.

Przez ostatnie lata miałem możliwość spotkać się z Riverside w koncertowym wydaniu już ponad dziesięć razy. Wciąż zaskakuje mnie, jak można przeżywać te same emocje kolejny i kolejny raz, a wciąż czerpać z nich naprawdę pokaźną ilość satysfakcji. Odnoszę wrażenie, że mam szczęście, bo kiedy zespół się zmienia, to ja zmieniam się wraz z nim. Dobrze jest odnaleźć artystę lub zespół, który zmierza w tę samą stronę. Faktycznie na przestrzeni tych wszystkich lat Riverside bardzo się zmienił, jeżeli chodzi o koncerty. Doskonale pamiętam te kameralne wydarzenia, w których pojawiało się dużo subtelności, przestrzeni i magii, a z biegem lat i masą koncertów zagranych na całym świecie. Mariusz Duda i spółka nabrali ogromnego doświadczenia scenicznego. Nie boją się interakcji z publicznością, pozwalają sobie na przerywniki i w gruncie rzeczy traktują odbiorców jak jedną wielką rodzinę. Szczęśliwie nie obniżają też lotów, jeżeli chodzi o samą muzykę. Choć wielu z pewnością uzna, że Riverside jest jedną z tych grup, o których nie mówi się i nie pisze źle, to ja będę sam zespół i płytę Love, Fear and the Time Machine chwalił, nie ze strachu przed negatywnym odbiorem zagorzałych fanów, ale ze względu na ogromne walory, a tych na najnowszej płycie nie brakuje. Krążek jest bardziej melodyjny niż poprzednie wydawnictwo, ale to są te emocje i wrażenia, których oczekiwałem po zakończeniu trylogii Reality Dream. Są tam środki wyrazu, za którymi tęskniłem, które przypomniały mi, za co tak naprawdę polubiłem Riverside. Co więcej, nowy krążek równie świetnie wypada w wersji studyjnej i w wersji koncertowej, w której tradycyjnie nie zabrakło pazura. Ponownie mogłem usłyszeć pozycje, bez których nie odbywają się występy Rzekobrzegów tj. Conceiving You i 02 Panic Room. Do listy utworów dorzucono kompozycje przekrojowe dla dokonań grupy takie jak Feel Like Falling i Escalator Shrine ze Shrine of New Generation Slaves, Hyperactive z ADHD, czy The Same River z Out of Myself. Warto też pochwalić oprawę wizualną, bo gra świateł robiła ogromne wrażenie.

Po kolejnym świetnym występie Riverside nie czuję ani swoich lat ani lat obecności grupy na scenie. Cieszy mnie to, że wciąż potrafię zachwycać się dźwiękami, które tworzą i emocjami, które kreują. Pomimo ponad dziesięciu koncertów tej grupy na moim koncie, wciąż mi mało i mam nadzieję, że ten stan nigdy się nie zmieni.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.