ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Rodriguez, Omar ─ Se Dice Bisonte, No Bufalo w serwisie ArtRock.pl

Rodriguez, Omar — Se Dice Bisonte, No Bufalo

 
wydawnictwo: GSL/Universal 2007
 
1. The Lukewarm 2. Luxury Of Infancy 3. Rapid Fire Tollbooth 4. Thermometer Drinking The Bussness Of Turnstiles 5. Se Dice Bisonte, No Bufalo 6. If Gravity Lulls, I Can Hear The World Pant 7. Please Heat This Eventually 8. Lurking About In A Cold Sweat (Held Together By Venom) 9. Boiling Death Request A Body To Rest Its Head On 10. La Tirania De La Tradicion
 
Całkowity czas: 45:03
skład:
Omar Rodriguez – gitara, bas, wokal, bębdny, syntezatory, pianino, Cedric Bixler-Zavala – wokal, słowa, Juan Alderete De La Pena – bas, Money Mark Ramos Nishita klawisze, pianino, organy, klarnet, syntezatory, Adrian Terrazas-Gonzales – instrumenty dęte, perkusja, Marcel Rodriguez-Lopez – bębny, perkusja, syntezatory, klarnet, John Frusciante – gitara, Jon Debaun – głos, Jon Theodore – bebny
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 3
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 2
Arcydzieło.
› 6

Łącznie 18, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
05.10.2007
(Recenzent)

Rodriguez, Omar — Se Dice Bisonte, No Bufalo

Najprostsze z polskich przysłów mówi: "do trzech razy sztuka". Powtarzam je i ja z okazji ukazania się trzeciego krążka gitarzysty znakomicie prosperującego, po części progresywnego, zespołu - The Mars Volta. Polski rynek muzyczny, jak również polska krytyka muzyczna przegapiła już dwa solowe wydawnictwa Omara Rodrigueza. Za pierwszym razem można mówić o przypadku, za drugim o nieuwadze, trzeci bez wątpienia oznaczałby celową prowokację. Dlatego apeluje do kogo się da o sprowadzenie krążka "Se Dice Bisonte, No Bufalo" do naszego kraju. Najlepiej gdyby znalazł się nie tylko w ofercie internetowych importerów, za których szeroki wybór przychodzi nam płacić horrendalne ceny.

Dlaczego warto sobie tym zawracać głowę? Trzeci album wybitnego Peurtorykańczyka okazuje się zupełnie inny od poprzednich. W dwóch poprzednich muzyczna równia pochyła toczyła dźwięki albo to w stronę skrzeczącej psychodelii, albo w obszary zbyt ambitne, by od razu zadowolić słuchacza. "Se Dice Bisonte, No Bufalo" spełnia już wszystkie wymogi do podbicia relatywnie prężnego rynku gitarowych ekstrawagancji. Mamy tutaj solówki, jakie wciskały w fotel jeszcze za czasów floydowskiego heyday, mamy też popis postpunkowej energii, za jaką pokochaliśmy Mars Voltę. Do tego dochodzi specyficzna aura muzycznego polowania na bizony. Tak jak zawsze podchodziłem do tego typu wydawnictw z przeczuciem wyzwania, tym razem mogę uczciwie przyznać, że było ono zupełnie nieuzasadnione. Muzyka narkotyzuje od pierwszych dźwięków - najpierw czujemy odległą naszym dotychczasowym doświadczeniom przyjemność, by potem oczekiwać jej coraz więcej, I tak krążek kręci się i kręci.

Czym dokładnie różni się rodriguezowa ekstrawagancja w wersji 1.3 od poprzednich? Przede wszystkim nie drażni. Oczywiście album otwiera intro, które równie dobrze możnaby zagrać na banjo, a nie na gitarze. Następnie jednak wchodzi znakomity "płaczący" riff wspomagany latynoskimi przygrywkami. Doskonałe wprowadzenie w klimat muzyki Rodrigueza (tak na marginesie: w poprzednich wydawnictwach takie granie było najczęściej momentem kluczowym). Omar stosuje ciężko wytłumaczalną zasadę przeciwieństw w swojej twórczości kompozytorskiej. Przypomnijmy sobie kolejne dzieła TMV: "De-loused In The Comatorium" - potężne riffy, "Frances The Mute" - gitara w tle, "Amputechture" - ponowna eksplozja ośmiostrunowej zabawki. Ten sam schemat obowiązuje w przypadku płyt solowych. "A Manual Dexterity Soundtrack Vol. 1" ma więcej wspólnego z gitarową instrumentalistyką, niż opanowana przez niezgorzej skądinąd szarżujący saksofon "Omar Rodriguez". I właśnie dlatego przyszła kolej na dzieło, w którym znajduje się miejsce dla "Rapid Fire Tollbooth" - najbardziej elektryzującego momentu dotychczasowych dokonań Rodrigueza. Słyszymy tutaj również etatowego wokalistę TMV, Cedrica Zavalę w wielkiej formie. Śpiewa jedne z najlepszych wersów w historii swojego gębofonu.

Dalej dźwięki brzmią bardziej soundtrackowo, co nie powinno dziwić, gdyż album został nagrany na potrzeby filmu. Utwory czwarty i piąty łączą więc niezapomnianą muzykę tła z obłędnymi momentami solowymi – bądź to gitary, bądź saksofonu. Nieprzeciętne popisy ponownie prezentuje Terrazas-Gonzalesa. Wyjątkowość fragmentów stricte gitarowych polega natomiast na zgrabnie zaplanowanym kolażu dźwięków typowo latynoskich z charakterystycznymi wydłużanymi riffami progresywnymi. Dzięki temu znowu odczuwamy złudzenie, że mamy do czynienia z zupełnie nową jakością. A czego oczekiwać od muzyki współczesnej jak nie impulsu do takich złudzeń?

Plejadę słynnych gości zamyka John Frusciante. Co prawda zagrał w najbardziej „odjechanym” (Omar odjechał tu ze swoimi pomysłami już trochę za daleko od rzeczywistości) kawałku spośród całego materiału, jednak jego nienaganna technika decyduje o wzbogaceniu aranżacyjnym albumu. Zaraz po tej podwójnej wirtuozerii przychodzi pora na najbogatszy treściowo utwór – „Please Heat This Eventually”. Fenomenalnie brzmią momenty, kiedy Rodriguez grą na gitarze naśladuje saksofon. Niespotykane dialogi instrumentów (tym razem w sensie literalnym), latynoskie melodie i masa improwizacji gitarowo-jazzowych przez blisko dwanaście minut przypominają trudną, wymagającą wysiłku przy odbiorze muzykę z „Omar Rodriguez”. Słowem, otrzymujemy muzyczny ekstrakt z drugiego solowego wydawnictwa lidera TMV - pozornie bardziej chaotyczny, w gruncie rzeczy jeszcze zmyślniej przygotowany.

Pod koniec krążka dominują na przemian: „konceptualne” dłużyzny – „Lurking About In A Cold Sweat (Held Together By Venom)”, latynoski duch – „Boiling Death Request A Body To Rest Its Head On” i reminiscencje potęgi TMV – „La Tirania De La Tradicion”. W ostatnim utworze pojawiają się odwołania, jak sądzę nieświadome, do Michała Urbaniaka z czasów jego współpracy z Beastie Boys (porównajcie z klawiszami na „The Scoop”). W momencie finałowego wyciszenia czujemy pełne zadowolenie ze sprawienia sobie ambitnej przyjemności.

W porównaniu z poprzednim krążkiem Rodrigueza, który oceniłem na 9, „Se Dice Bisonte, No Bufalo” wydaje się zdecydowanie bardziej przystępny i zróżnicowany. Z jednej strony Puertorykańczyk zrobił spory krok w przód, odpowiadając na oczekiwania dzisiejszych słuchaczy, jednocześnie nie idąc na żadne kompromisy w kwestii swojej ideologii komponowania. Jego gitarowe tricki, a tym samym nagrania nadal pozostają niepowtarzalne i niepodrabialne. Co równie ważne, Omar nie postanowił zawinąć się w kokon swoich starych pomysłów i dotychczasowych osiągnięć – jego nowy materiał okazuje się świeższy, niż surówki w Greenwayu. Moja oceną znowu będzie jednak „dziewiątka”, tylko dlatego że album nie jest tak spójny jak poprzedni. Wszystkie elementy z osoba wydają się doskonałe. Jedyne czego im brakuje po połączeniu w całość, to ten niezwykle ulotny pierwiastek arcydzielności, który udało się niegdyś złapać Watersowi przy okazji „The Wall”, czy nawet Rodriguezowi podczas nagrywania debiutu The Mars Volta oraz płyty At The Drive-In „Relationship Of Command”. Tak więc nie ma wątpliwości, że któraś z jego kolejnych prób zmusi mnie już do wystawienia najwyższej oceny.
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.