ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Coldplay ─ Viva La Vida w serwisie ArtRock.pl

Coldplay — Viva La Vida

 
wydawnictwo: EMI Records Ltd 2008
 
1. Life In Technicolor [2:39]
2. Cemeteries Of London [3:21]
3. Lost! [3:56]
4. 42 [3:58]
5. Lovers In Japan/Reign Of Love [6:52]
6. Yes [7:09]
7. Viva La Vida [4:03]
8. Violet Hill [3:56]
9. Strawberry Swing [4:10]
10. Death And All His Friends [6:19]
 
Całkowity czas: 46:23
skład:
Chris Martin – vocal, guitars, keyboards / Guy Berryman – bass, keyboards / Will Champion – drums, keyboards / Jon Buckland - guitars
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,4
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,2
Album słaby, nie broni się jako całość.
,2
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,5
Album jakich wiele, poprawny.
,2
Niezła płyta, można posłuchać.
,10
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,13
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,21
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,13
Arcydzieło.
,25

Łącznie 97, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 5 Album jakich wiele, poprawny.
19.06.2008
(Recenzent)

Coldplay — Viva La Vida

Z każdego plakatu spogląda na nas Wolność. I krzyczą słowa „Niech żyje Życie!”. Kto za to odpowiada?

Frida Kahlo, właściwie Magdalena Carmen Frieda Kahlo y Calderón. Malarka meksykańska. Co ona ma wspólnego z Coldplay? Ano, zainspirował ich tytuł jednego z jej obrazów - właśnie Viva La Vida. Tytuł tego obrazu połączono z reprodukcją pracy innego malarza (dla nie wiedzących - Eugène Delacroix - Wolność Wiodąca Lud na Barykady) i tak powstała okładka najnowszego dzieła zespołu Coldplay. Cóż, wypada się cieszyć, że na okładce nie umieścili obrazu samej Fridy Kahlo – takiego dajmy na to „Autoportretu ze Stalinem”. Albo nie użyli jakichś romantycznych słów wypowiedzianych do Kahlo przez Lwa Dawidowicza Bronsteina. Znanego bardziej jako Lew Trocki. Choć z drugiej strony, to dopiero byłby event…

Teraz muzyka.

Eeee, no nie wiem. Po takiej okładce jedno co najbardziej uderza, to wrażenie, że jakaś bezbarwna jest to płyta.Niby melodiom prawie niczego nie brakuje, niby wokalista śpiewa tak, jak nas do tego przyzwyczaił. Ale szczerze powiedziawszy – nie ma na tym albumie ani jednego utworu, który chwytałby za serce. Dzięki któremu – wiecie / rozumiecie – adrenalina, dreszcze na karku, gęsia skóra na rękach i w ogóle odjazd. Nieee – nie ma. Niestety. Nic z tego.

Tak sobie słucham tej płyty i żałuję poszczególnych nut, które pojawiają się tu i ówdzie. Początek – Life In Technicolor brzmi naprawdę ciekawie. Niewygładzony, bardziej chropowaty niż cukierkowaty wstęp przynosi nadzieję, że to będzie dobra płyta. Niestety, już z kolejnym nagraniem dostajemy ostrą kontrę. Cemeteries of London jest – by tak rzec – zwyczajne. Ani złe, ani dobre. Dalej Lost! brzmiący początkowo o niebo lepiej od poprzednika. Inny – ciekawszy – rytm, fajnie brzmiące organy całkiem nieźle budują nastrój nagrania. Jednak całość jak dla mnie psuje słaba linia melodyczna utworu. Przede wszystkim Chris Martin śpiewa jakoś tak bez przekonania. Całość na szczęście ratuje wyrazista gitara – gdyby nie ona, można by o Lost! spokojnie zapomnieć. Za to zdecydowanie ciekawie wypada śpiew wokalisty w kolejnym nagraniu na płycie. „42” – bo o nim tu mowa, to początkowo taka liryczna ballada do grania na każdej imprezie tego lata. Słuchając tego utworu pierwszy raz pomyślałem „o rany, jaki budyń, normalnie Glen Medeiros”. Jednak po niecałych dwóch minutach wstępu zespół rozpędza się. Gitary pojękują, momentami z lekka nawet rzężą (delikatnie, ale zawsze). Melodia rozwija się bardzo optymistycznie, gitara idealnie współbrzmi z głosem Martina. Słowem – bardzo przyzwoicie.

Niestety zespół posługuje się sprawdzonymi patentami (no, prochu to oni nie wymyślą, chyba tego nie oczekiwałeś, koleś). Wiem, trudno zaproponować nowe brzmienie, jak tyle lat (i piosenek) pracowało się nad uzyskaniem tego, co jest. Stąd pewnie znużenie, które ogarnia słuchacza z każdym następnym utworem. Ani Lovers In Japan z zabiegiem zmiany tempa w środku utworu (zupełnego, bo brzmi to tak, jakbyśmy słuchali kolejnego nagrania) ani tym bardziej lansowany na przebój Violet Hill  nie porywają. Przeciwnie, już za pierwszym słuchaniem zastanawiałem się, czy nie wcisnąć klawisza next w odtwarzaczu. Na dodatek im dalej, tym bardziej słuchacza mogą opaść wątpliwości. A to za sprawą Viva La Vida (chyba, że ktoś jeszcze nie słyszał o zbieżności tegoż nagrania z utworem Creaky Boards (The Songs I Didn’t Write). Atmosfera z nudnej zrobiła się zatem niezdrowa. Eee, rozumiecie teraz moje poirytowanie na początku.

No a dalej nic lepiej. Yes niżej podpisanego po prostu mierzi żenująco słabą linia melodyczną. Żeby jeszcze w utworze coś się działo! Ależ skąd, nuda i to na dodatek najdłuższa na płycie. Violet Hill  to już przegięcie. Stary, powielający się Coldplay. Jak mam słuchać takich nagrań, to wolę wrócić do Parachutes. I tak docieramy do końca. Gdzie wreszcie czeka na nas najlepszy na płycie kawałek. Death And All His Friends ma wszystko, co powinna zawierać ciekawa piosenka. Bardzo fajna linia melodyczna, znakomite zmiany tempa, extra śpiew wokalisty i charakterystycznie brzmiące gitary. Nie chcę być złośliwy, ale jak dla mnie, zamiast wielkiej akcji promocyjnej niekoniecznie dobrej płyty, trzeba było poświęcić czas i pieniądze, by wylansować to właśnie nagranie. A nie zalewać słuchaczy papką w rodzaju Viva La Vida.

No i na koniec jeden mały cytat. „ Uważam, że to nasza najbardziej wyrazista i śmiała płyta - mówi basista Coldplay Guy Berryman. - O wiele bardziej otworzyliśmy się na nowe pomysły i nowe wpływy i o wiele mniej baliśmy się eksperymentować” Eksperymentować?? Jasne, jak na tej płycie są jakieś eksperymenty, to Polacy są mistrzami Europy w piłce nożnej.

Szczerze – płyta dla fanów. Wymagający słuchacz może się zaziewać* na śmierć.

 


 

*utwór Death And All His Friends jest po prostu wyjątkiem potwierdzającym regułę.
 

Recenzje zespołu

recenzja albumu Coldplay - X&Y
Coldplay
X&Y
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.