ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Metallica ─ St. Anger w serwisie ArtRock.pl

Metallica — St. Anger

 
wydawnictwo: Elektra 2003
 
1. "Frantic" 5:50/ 2. "St. Anger" 7:21/ 3. "Some Kind of Monster" 8:25/ 4. "Dirty Window" 5:26/ 5. "Invisible Kid" 8:30/ 6. "My World" 5:46/ 7. "Shoot Me Again" 7:10/ 8. "Sweet Amber" 5:27/ 9. "The Unnamed Feeling" 7:09/ 10. "Purify" 5:13/ 11. "All Within My Hands" 8:48
 
Całkowity czas: 75:01
skład:
James Hetfield – vocals, rhythm guitar/ Kirk Hammett – lead guitar/ Lars Ulrich – drums/ Bob Rock – bass guitar, producer, engineer, mixing
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,26
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,18
Album słaby, nie broni się jako całość.
,23
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,6
Album jakich wiele, poprawny.
,7
Niezła płyta, można posłuchać.
,10
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,17
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,15
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,13
Arcydzieło.
,15

Łącznie 150, ocena: Album jakich wiele, poprawny.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
22.11.2008
(Recenzent)

Metallica — St. Anger

 

 Można byłoby napisać recenzję nowej płyty Metalliki. Jakoś nikt się nie kwapi. Albo zrobić copy-paste recenzji Tarkusa z Esensji. Zmienić ze dwa słowa, podpisać własnym nazwiskiem. A autor niech nas ciąga po sądach. A co mi tam. W ogóle “Death Magnetic” też “a co mi tam”. Nic kompletnie nie czuję do tej płyty. Grają sobie - fajnie. Skończyli – też fajnie. Kompletna obojętność. Niech inni się z tym męczą , ja nie mam ochoty. Przy okazji “Death Magnetic” wylano wiadra pomyj na poprzednią - “St. Anger”, w czym sam zespół również uczestniczył. Ale sześć milionów egzemplarzy poszło w ludzi i jakoś nie chce mi się wierzyć, że wszyscy oprócz mnie i mojego kolegi Krzyśka przerobili je na dyndadełka do samochodów.

“Death Magnetic” jest gładka emocjonalnie, konwencjonalna i bezpieczna. Bez krzty szaleństwa – absolutnie przewidywalna pod każdy względem. Nawet jeżeli szaleństwo jest – to też wykalkulowane. “St.Anger” to rockowe mięcho i masa emocji, często tych niedobrych. Atmosfera w Matallice w czasie pracy nad tym albumem idylliczna na pewno nie była. Jeden po rozwodzie, drugi po odwyku, a trzeci w ogóle spakował manele i poszedł w siną dal. Do tego ekipa filmowa kręcąca się pod nogami i zawracający głowę, przeszkadzający w pracy jakiś świrołap. W takich warunkach może dojść najwyżej do masowego mordu, a nie do nagrania płyty. I zespół deko zdekompletowany, bo basowy Newsted, jak wspomniałem, sobie odpuścił. Żyć nie umierać – idealny moment, żeby zakończyć działalność bandu efektowną bijatyką. Ale okazało się, że nagrywanie “St.Anger” było czymś w rodzaju sesji terapeutycznej. Nieźle. Bardzo owocna sesja, bo nie dość, że zespół przeżył, to jeszcze “przy okazji” powstała bardzo dobra płyta. Mnie się tam “St.Anger” bardzo podoba – ten brud, ta surowizna, ta złość - ma ta muzyka charakter, ma jaja – do ziemi. O coś w tym wszystkim chodzi. Aż chce się walić głową w ścianę. Albo demolować pokój. Zarzuty w stosunku do niej, są dla mnie trochę niezrozumiałe – bo nie ma solówek, bo bębny źle nagrane, bo źle brzmi. Bo solówki – powiedzmy sobie to jasno, uczciwie i na spokojnie – solówki panów gitareros z Metachy nie są tym, na co świat czeka z wypiekami na twarzy. Bo perkusja – gdyby Ulrich nie był jednym z założycieli Metalliki, to gdyby chciał zarabiać na życie przy pomocy pałek, musiałby zostać policjantem, bo do innej kapeli pewnie by go nie wzięli. Jest to perkusista delikatnie mówiąc – marnieńki i jego partiom żadna produkcja zaszkodzić nie jest w stanie. Po prostu nie da rady. Bo brzmienie – a czemu nie? Rockowe, prosto z garażu, bardziej hard-corowe, niż metalowe. I ta wysoko strojona, wyciągnięta do przodu perkusja też tu pasuje, ma swój urok. Pierwsze co zapamiętałem z tej płyty – to nie sama muzyka , ale emocje w niej zawarte. Sama muzyka – może ktoś powiedzieć, że jest to trochę monotonne. Pewnie i tak. Ale kiedy jej słucham, zupełnie tego nie czuję – zaczyna się “Frantic”, wpadam w pewien trans i jadę te 70 minut. To jakaś więź emocjonalna. Może dlatego, że oni nagrywając ten album byli w trochę podobnej sytuacji, jak ja kiedy go słuchałem. Oni się rozpadali – ja też. Oni po rozwodzie – ja praktycznie też. Oni po odwyku – ja... mniejsza z tym.

Nie mam ochoty rozbierać muzyki z “St. Anger” na czynniki pierwsze. Wisi mi to, ze w tym kawałku to oni to, a tym to oni tamto, odbieram jako całość. Niech sobie kto chce mówi co chce, mnie się to nie przestanie podobać. 70 minut kopania po uszach – ma to swój urok, zawsze mnie do życia pobudzało. Daje dodatkowy napęd na cały dzień. Zazwyczaj słucham tego w autobusie, w drodze do pracy, to nie mogę zbyt ekspresyjnie okazywać swoich emocji. Demolowanie tego środka komunikacji z powodu nadmiaru energii nie wchodzi w rachubę z przyczyn oczywistych, pozostaje tylko rytmiczne telepanie łepetyną.

Nie jestem fanem Metalliki, a na pewno nie “prawdziwym” fanem. Choćby dlatego, że lubię “Load”. W życiu nie powiem, że Metacha skończyła się na Czarnym Albumie, bo co gorsza nie lubię Czarnego Albumu. Cały czas potrafią coś z siebie wykrzesać. Chociaż pewnie nie przeskoczą poziomu swoich wielkich albumów z lat osiemdziesiątych. Ale próbują. Na “St.Anger” wyszło im to bardzo dobrze. Nawet lepiej niż na ostatnim “Death Magnetic”

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.