ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Cash, Johnny ─ At Folsom Prison w serwisie ArtRock.pl

Cash, Johnny — At Folsom Prison

 
wydawnictwo: Columbia 1968
 
1. Folsom Prison Blues [2:42]
2. Busted [1:25]
3. Dark as a Dungeon [3:04]
4. I Still Miss Someone [1:38]
5. Cocaine Blues [3:01]
6. 25 Minutes to Go [3:31]
7. Orange Blossom Special [3:06]
8. The Long Black Veil [3:58]
9. Send a Picture of Mother [2:05]
10. The Wall [1:36]
11. Dirty Old Egg-Suckin' Dog [1:30]
12. Flushed From the Bathroom of Your Heart [2:05]
13. Joe Bean [3:05]
14. Jackson [3:12]
15. Give My Love to Rose [2:43]
16. I Got Stripes [1:52]
17. The Legend of John Henry's Hammer [7:08]
18. Green, Green Grass of Home [2:13]
19. Greystone Chapel [6:02]
 
skład:
Johnny Cash - wokal, gitara, harmonijka / June Carter – wokal / Marshall Grant - gitara basowa / W.S. Holland – perkusja / Carl Perkins - gitara elektryczna / Luther Perkins - gitara elektryczna
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 6

Łącznie 10, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
27.06.2011
(Gość)

Cash, Johnny — At Folsom Prison

Powinienem zacząć od tego, że jest to właściwie jedyny album country, który jestem w stanie wysłuchać od początku do końca bez przełączania, bądź przesuwania danych utworów. Przyznam się szczerze – muzyka country dla nieobeznanych z tym gatunkiem (do których niechlubnie muszę przypisać również siebie) kojarzy się jedynie albo z Mrągowem, albo z krowami, końmi, kowbojami i innymi tego typu rzeczami. Najgorzej mając ci, którym wydaje się że jest po prostu „wieśniacka” i na jej dźwięk dostają gęsiej skórki. Do tego mi jeszcze daleko, niemniej jednak do fanów Williego Nelsona, czy Hanka Williamsa, który jest podobno jakimś tam bogiem country, zdecydowanie się nie zaliczam. Zresztą  - szczerze mówiąc – może zbyt mało albumów z obrębu tego gatunku przesłuchałem. Ostatnio wpadły mi w ręce Complete Live at San Quentin i At Folsom Prison Johnny’ego Casha. Co prawda słyszałem już urywki obu albumów wcześniej, ale teraz pomyślałem, że wypadałoby zapoznać się z tym materiałem, bo niektórzy maniacy do tych płyt się modlą. Czy i ja powinienem już sobie budować kapliczki? Może nie będę wznosił modłów, ale na pewno zmienię swoje, jakże prostackie, podejście do country. I to o 180 stopni. Krótko mówiąc – obydwa albumy są naprawdę wybitne! Ze szczególnym wskazaniem na At Folsom Prison. Ale może po kolei…

Jest rok 1968. Z Wietnamu wracają do Ameryki kolejne drewniane pudła z wkładem. Nie poszczęściło się również młodszemu bratu Johna Kennedy’ego – Robertowi. Jakby tego było mało ci durni hipisi nadal wznoszą protesty, a w świecie muzyki wszyscy dookoła już dawno przestawiają się z akustycznych brzmień na gitary elektryczne. Rock psychodeliczny w pełnym rozkwicie, pojawiają się pierwsze próby nagrywania progresywnych suit. Aż tu nagle wyskakuje jakiś typek w czerni, który gra staromodne country i jeszcze dodatkowo jedzie do miejsca skażonego moralnie, by zagrać koncert *. Jakby to powiedział słynny poseł Perski: „This is madness!!!”. No ale cóż, słowo się rzekło. Johnny przyjeżdża, mówi „Hello, I’m Johnny Cash” i zaczyna… jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii! A spośród albumów country, które słyszałem, na pewno najlepszy. Chociaż tym się akurat nikt nie powinien sugerować, bo słyszałem ich naprawdę niewiele. Co jest taką wielką siłą tejże płyty? Kilka spraw. Przede wszystkim świetny dobór utworów na koncert. Wiadomo, że więźniom nie śpiewa się o kwiatkach, ptaszkach i innych cukierkach jak to niektóre zespoły już w tym czasie potrafiły. Po męsku zaserwowane zostają historie o więźniu, odbywającym karę za morderstwo („Folsom Prison Blues”), człowieku który popełnia zabójstwo („Cocaine Blues”) i znowu o więzieniu („I Got Stripes”). Cóż, nie od dziś wiadomo, że Johnny lubował się w więziennych klimatach i napisał na ten temat dużo utworów. I gorący aplauz więziennej publiczności w Folsom niejednokrotnie wynagradza mu to. Może więc nie chodzi o dobór, co po prostu, w myśl powiedzenia „odpowiedni człowiek w odpowiednim miejscu”, o samego Johnny’ego (który, nota bene, w swoim życiu też odbywał krótką karę za posiadanie amfetaminy). Również sama muzyka jest zróżnicowana. Sam się sobie dziwię, że piszę o country i używam takiego stwierdzenia. No ale to jest fakt – mamy ballady, mamy czyste country, folk, trochę rocka. Generalnie żyć nie umierać.

A do tego jeszcze, w dwóch utworach, wisienka na torcie w postaci June Carter. Co prawda słychać ją wyraźnie tylko w „Jackson”, ale sam jej udział dodaje albumowi jeszcze większego smaczku. Być może dla niektórych dwa utwory z wybranką Casha to za mało. Jednak jest to bardzo męski album. O męskich sprawach i bardzo dobrze, że June nie zaśpiewała więcej. Dzięki temu album nie traci na sile.

Słynna scena z filmu „Spacer po linie”, gdy Johnny rozbija szklankę wody o scenę, w rzeczywistości wyglądała nieco inaczej. Pod koniec utworu „The Long Black Veil” Cash prosi o wodę, następnie pyta więźniów, czy obiecują mu, że to na pewno woda (ze względu na jej przepiękny żółciutki kolor), potem próbuje trochę, krztusząc się przy tym. Dosyć łatwe do wychwycenia podczas słuchania albumu.

Co do wokalu i sposobu gry na gitarze nie ma sensu się rozpisywać. Wiadomo, że w muzyce Johnny’ego nigdy nie chodziło o piękny śpiew i porywające solówki. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że brakuje mu trochę umiejętności (i pewnie dlatego nadawał się świetnie do country… ups, przepraszam). Ale ileż było ludzi grających prosto i uważani byli za geniuszy? Tysiące. I Johnny również taki jest. Gra całym swoim sercem. A piosenki są tak naprawdę o nim. O jego odkryciach, niespełnionych marzeniach, o wydarzeniach z przeszłości, a także o jego ukochanej June…

No i cóż, jakoś dobrnąłem do końca albumu zupełnie się przy tym nie męcząc. Naprawdę genialnie się go słucha. Gdy już wysłucham więcej płyt country (obiecuję), to do oceny dostawię może jeden punkcik. A fani Johnny’ego i gatunku mogą spokojnie zrobić to teraz. Bo jednak jest to klasyka, bez dwóch zdań.

* - wprawdzie koncert został nagrany na początku roku 1968, niemniej jednak sam pomysł już wtedy wzbudzał zdumienie (w zależności jak dla kogo, według mnie bardziej należało Johnny’ego podziwiać)
 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.