ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Saintbox, The ─ The Saintbox w serwisie ArtRock.pl

Saintbox, The — The Saintbox

 
wydawnictwo: Mystic 2012
 
1. Fiolet [7:22]
2. Comfort Credit Image [3:27]
3. Somnia [7:00]
4. Desantisbox [5:25]
5. L’hiver [5:11]
6. Hope [2:35]
7. Eulalia [7:45]
8. Luna [5:14]
9. Third Coming [3:25]
 
Całkowity czas: 47:26
skład:
Olo Walicki – double bass (1-3, 5-7, 9), electric bass (4, 8), melodica (5), programming (1, 7), voice (1, 3, 6, 9)
Gaba Kulka – voice (1-9), piano (1, 2), Ed Seiler piano (8), mellotron (2), keyboards (3, 4, 8), thunderbolts (4), kalimba (5, 6), ukulele (7, 9)
Maciek Szupica – glockenspiel (1), voice (4, 8), optical synth (designed by Konrad Zientara) (5)

oraz:
Macio Moretti – drums (1, 3, 4, 6, 7, 9), percussion (7, 9)
Marcin Bors – guitar (2), programming (8)
The Gdańsk Philharmonic Brass (1, 3, 6)
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,1
Arcydzieło.
,2

Łącznie 6, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
12.04.2012
(Recenzent)

Saintbox, The — The Saintbox

Trzyosobowy projekt muzyczno-wizualny, jakim jest The Saintbox, ukonstytuował się w 2010 roku z inicjatywy Ola Walickiego, znanego ze sceny jazzowo-yassowej i takich zespołów, jak Niebieski Lotnik, Łoskot i Szwagierkolaska kompozytora, aranżera, producenta i kontrabasisty, który zaprosił do współpracy Gabę Kulkę i Maćka Szupicę. Pierwsza jest córką profesora warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, uznanego i cenionego także poza granicami Polski skrzypka Konstantego Andrzeja Kulki, pianistką, wokalistką i autorką tekstów, współdziałającą z rozmaitymi artystami, dla przykładu w duecie z Konradem Kuczem nagrała w 2009 roku płytę Sleepwalk, nadto z zespołem Baaba Kulka, znanym między innymi z coverowania heavymetalówek Iron Maiden. Nade wszystko jest jednak Kulka artystką prowadzącą kwitnącą karierę solową, która mocniejszych rumieńców i właściwego rozpędu nabrała po wydaniu przed trzema laty chwalonego przez krytykę albumu Hat, Rabbit, zdradzającego rozległe i zdające się nie mieć granic upodobania muzyczne Kulki, rozciągające się od poezji śpiewanej i piosenki aktorskiej, brzmień musicalowych, teatralnych i kabaretowych po pop, alternatywę, progresję i jazz. Drugą zaproszoną do współpracy przez Walickiego osobą jest Maciek Szupica, asystent w gdańskiej ASP, artysta plastyk, plakacista i fotografik, co jednak w konkretnym razie szczególnie istotne – twórca szeregu wideoklipów i wizualizacji, scenograf i grafik komputerowy, na różne potrzeby zręcznie ogniskujący w jednym, silnie przemawiającym do wyobraźni synergetycznym przekazie rozmaite formy wypowiedzi, na przykład obraz i muzykę.

Począwszy od listopada 2010 roku, kiedy to zaprezentowali się podczas gdańskiego festiwalu Jazz Jantar, Walicki, Kulka i Szupica występują jako trio na krajowych scenach z autorskim, nawiązującym do problematyki ludzkiej duchowości materiałem, dając w trakcie inspirujących odbiorcę multimedialnych spektakli popisy swoich umiejętności, odpowiednio – Walicki i Kulka zwłaszcza kompozytorsko-instrumentalno-wokalnych, zaś Szupica – wizualno-scenograficznych. Ich arcyciekawe, z pietyzmem i artystycznym wizjonerstwem przygotowane występy, które trudno określić koncertami sensu stricto, wyrażenie to – „koncert” - nie oddaje bowiem należycie wielowymiarowości i głębi spektakli The Saintbox, przywodzących skojarzenia z misterium i przypominających w swej formie i treści bardziej enigmatyczny rytuał muzyczny niż zwykły koncert, rychło znalazły poklask u krytyki i publiczności. W minionym roku przeto, dysponując znajdującym pozytywny oddźwięk, sukcesywnie dopracowywanym w ciągu miesięcy materiałem, grupa zdecydowała się wejść do studia, by jeszcze ów materiał przearanżować, dopieścić i nadać mu kształt ostateczny, zarejestrować go i wydać na płycie CD.

Nagrania trwały od maja do listopada 2011 roku, a poza triem uczestniczył w nich, w danym razie obsługujący perkusję, Macio Moretti (właśc. Maciej Moruś), ponadto Marcin Bors, tu grający na gitarze, w jednym przypadku odpowiedzialny za programming, zwłaszcza zaś będący osobą, która zmiksowała wypełniające album utwory i obok Walickiego i Kulki stała się jego współproducentem. Do studia zaproszono również The Gdańsk Philharmonic Brass, którego grający na instrumentach dętych członkowie należą też do składu Orkiestry Symfonicznej Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, a jako niezależny od niej kwartet od z górą trzydziestu lat z powodzeniem koncertują w kraju i zagranicą.

Muzykę, która wypełniła debiutancki album grupy, noszący to samo miano, co i sam zespół, zatem The Saintbox, skomponował w głównej mierze Olo Walicki, jedynie w trzech przypadkach wsparty przez Kulkę (utwory nr 2, 6, 9). Bynajmniej niczego mu nie ujmując, zasadnie można przyjąć, iż z całej trójki najmniejszy wkład w nagrania włożyć musiał Szupica, który w studio nie jest postacią tak nieodzowną, jak na scenie, na której to może przede wszystkim właśnie dzięki zapewnianej przezeń oprawie wizualnej, w tym wprawnej grze cieniem, występy jak w pudełku zamkniętej pośród ekranów grupy stają się tak zachwycającymi swą tajemniczą i niepokojącą aurą widowiskami. Zauważyć przy tym trzeba, iż to Szupica wykoncypował i wyreżyserował oszczędny i stonowany, jednakowoż wysmakowany i przejmujący, profesjonalny teledysk do promującej płytę piosenki, Eulalia, z Aniką Danielczuk w roli głównej.

Rozpoczynającą album kompozycją jest Fiolet, a tytuł jej – z pewną, lecz bez wątpienia nie zupełną przesadą - można potraktować jako artystyczne credo The Saintbox, zwłaszcza że to ona, a nie inna wprowadza słuchacza w magiczny, własny i osobny kosmos Świętego Pudełka. W ezoteryce bowiem, do której zespół przecież jawnie nawiązuje, barwa ta, fiolet, symbolizuje między innymi intuicję, poszukiwanie, podążanie naprzód, samodoskonalenie, nieustanny rozwój i wykraczanie ponad to, co jest, grupa zaś w wywiadach wyznaje, że celem jej, kierującą nią naczelną zasadą czy ideą jest nieskrępowana wolność twórcza, zawsze otwarta na transgresję, zmianę i przemianę. O tym, że nie jest to jedynie kolejna nadęta i czcza, niczym nie poparta artystyczna paplanina, jakiej dookoła pełno, przekonuje The Saintbox, płyta, co należy podkreślić, idealna do posłuchania w przepędzaną w samotności noc, kiedy człowiek nie wie, co go czeka, kiedy aż cisną się na myśl pamiętne Mickiewiczowe słowa:

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,

Co to będzie, co to będzie?

Smyczkowo-wokalny początek tej uduchowionej pieśni, tej przejmującej modlitwy, jaką jest Fiolet, prowadzi wyobraźnię słuchacza w rozmaite rejony i liczne wyzwala w niej obrazy, różnorakie zradza też skojarzenia muzyczne, momentami choćby z fragmentami suity Lizard czy z Formentera Lady King Crimson, z tą jednak różnicą, że przez większą swą część jest Fiolet od tamtych dźwiękowo bez porównania bardziej skąpy, by nie rzec - ascetyczny. Nader powoli rozwija się on, z początku brzmienie ma wybitnie minimalistyczne, odznacza się – jak zresztą całe opisywane wydawnictwo – wzorcową ekonomią użytych środków. Sporo czasu mija zanim do raz po raz cichnących na ułamek sekundy, na mgnienie oka ulatujących ku ciszy kontrabasu i głosu dołączają inne dźwięki, w tym obsługiwane przez Szupicę, przydające kompozycji szczególnej urody glockenspiel, ponadto niezwykle łagodne uderzenia perkusji. Narastające stopniowo napięcie kulminuje w dwóch niepokojących refrenach, w których brzmienie gęstnieje, a w pierwszym z nich – dla kontrastu względem „słabej” perkusji – pojawiają się mocne, wyraziste pianowe akordy. Po pierwszym refrenie do głosu dochodzą dęciaki, które wraz z pozostałym instrumentarium wybuchają majestatyczną, mroczną nawałnicą dźwięku w drugim refrenie, w trakcie którego wybudza się nawet ospała dotąd perkusja. Po tym, jak wokalistka przeciąga ostatnie słowo snutej przez siebie pieśni, której ostatnia linijka – There will be blood – być może stanowi celowe nawiązanie do wyreżyserowanego przez Paula Thomasa Andersona wybornego filmu o takimż tytule, utwór niespiesznie i wyciszenie bieży ku swojemu końcowi.

Numer dwa, Comfort Credit Image, dla kontrastu, z którym w przypadku The Saintbox raz po raz ma się do czynienia, jest żywy i ekspresyjny. Z tą swoją wyrazistą rytmiką, bijącą zeń energią i wyrafinowaną prostotą nadawałby się on na drugi, obok Eulalii, kawałek promujący album, trafia bowiem do przekonania już od otwierających go charakterystycznych uderzeń w klawisze fortepianu, prędko wspartych przez gitarę akustyczną Borsa oraz tyleż władczą i gromką, co prostą, lecz odjazdową grę Walickiego na kontrabasie. Jeśli dodać do tego astralne chórki i miłe uchu, jak miód podniebieniu, ciepłe brzmienie melotronu, którym chwilami akompaniuje sobie z siłą, czuciem i wyczuciem wyśpiewująca interesujący tekst Kulka, której wokal kojarzyć się może niekiedy ze śpiewem Sinéad O'Connor, to już wiadomo, że niewiele więcej nawet i wymagającemu odbiorcy do pełni szczęścia potrzeba.

Senna czy somnambuliczna, niesamowicie leniwie płynąca kompozycja Somnia (łac. ‘sny, marzenia senne’) jest jedną z dwóch zamieszczonych na płycie, które przekazują słowa nie napisane przez Kulkę, ale przez innych autorów, w konkretnym przypadku – przez żyjącego w czasach Nerona intelektualistę i sybarytę Gaiusa Petroniusa, jednego z głównych bohaterów Quo Vadis Sienkiewicza. Co ciekawe oraz zasługujące na podkreślenie i pochwałę – tekst Petroniuszowego wiersza Kulka wykonała w oryginale, po łacinie. Jej eterycznemu wokalowi towarzyszą wycieniowane, łagodne pociągnięcia strun kontrabasu, od czasu do czasu przemykająca w tle perkusja oraz pojawiające się przy końcu dęciaki, a zwłaszcza – nadające całości odrealnionej, podobnej marzeniu sennemu atmosfery klawisze, którymi Kulka sekunduje sobie od początku do końca. Przywołujące na myśl Portishead, rozpięte gdzieś pomiędzy marą a jawą Somnia są utrzymaną w formie modlitwy pieśnią, w której muzyka idealnie koresponduje z treścią antycznego tekstu, wyśmienicie zresztą zinterpretowanego. Najogólniej ujmując, Somnia to kompozycja wybornie ilustrująca ułożony przed blisko dwoma tysiącleciami przez ówczesnego guru dobrego smaku i mody wiersz.

W czwartym numerze, Desantisbox, Gaba Kulka znów śpiewa diametralnie inaczej, aniżeli w pozostałych piosenkach. To samo należy napisać o warstwie czysto instrumentalnej, która, tak jak wokal, z utworu na utwór zmienia się w zupełności, jak nieraz zmienia swoje ubarwienie kameleon. Jest zgiełkliwy Desantisbox najostrzej i z największą brawurą zagranym na całym wydawnictwie kawałkiem, z hipnotycznymi, budującymi chwilami złowieszczą aurę partiami klawiszy, z przetworzonym, jakby urok rzucającym, momentami wiedźmowato frywolnym wokalem, z elementami noise’u oraz z porządną robotą perkusyjną Morettiego, podpierającą iście karkołomny, furiacko rozimprowizowany popis Walickiego na basie, w niczym nie ustępujący poczynaniom tak świetnych (kontra)basistów, jak Blumenkranza z Rashanim czy jednego z ulubionych współpracowników Johna Zorna, Trevora Dunna, wygrzewającego w Zornowym projekcie Moonchild Trio naprawdę chwalebne solówki.

Bodaj najbardziej ujmującą piosenką The Saintbox jest odśpiewana po francusku, zatopiona w śniegu i pogrążona w zimowej drzemce smutna L’hiver (fr. ‘zima’), której oniryczny nastrój niesie wyobraźnię słuchacza ku bajaniom Hansa Christiana Andersena, Królowej Śniegu, a zwłaszcza Dziewczynce z zapałkami, ale także ku zgoła innym rejonom, choćby filmowym, w tym obrazowi Le fabuleux destin d'Amélie Poulain, to jest popularnej Amelii w reżyserii Jeuneta. Jakby żywcem zapożyczony z urokliwej pozytywki utwór L’hiver – inkrustowany dobywanymi z syntezatora efektami, delikatnym i markotnym wokalem, plumkającą kalimbą, nostalgicznymi łkaniami melodyki, wkradającym się jak wąż do pełnego bawiących się dzieci ogrodu kontrabasem, zrazu groźnym, wiszącym nad piosnką niczym miecz Damoklesa, potem łączącym się z nią i rozwijającym w ciągu kilkudziesięciu sekund swoją pełną żalu historię, niby melancholijny, instrumentalny komentarz do wcześniejszej słownej opowieści - wydaje się kołysanką idealnie nadającą się do snucia w wieczór przelatujących komet, w noc spadających gwiazd.

Niejako jaśniejszym przedłużeniem L’hiver jest anglojęzyczny Hope, najkrótszy numer na płycie, okraszony zwięzłym, trójwersowym tekstem, kompozycja tworząca z poprzednią pewną całość, taki swego rodzaju wdzięczny dyptych muzyczny. W otwarciu żwawo a uroczo poplumkująca, po wyrecytowaniu przez Kulkę wiersza rychło otrzymuje kalimba wsparcie ze strony innych instrumentów, w tym dętych. A w te ze swadą dmą członkowie The Gdańsk Philharmonic Brass, żartobliwie przedrzeźniający wcześniejszy fenomenalny, sięgający nawet po scat popis wokalny kontrabasisty i wokalistki, pięknie frazującej barwnym swoim głosem.

Siódmą kompozycją jest najdłuższa ze wszystkich, blisko ośmiominutowa Eulalia, do której o połowę okrojonej wersji nakręcono wspomniany powyżej teledysk, utrzymany w nienachalnie kontrastujących ze sobą odcieniach czerni i bieli. Jest to niespiesznie tocząca swój nurt ballada, w przejmujący sposób przekazująca dzieje niejakiej Eulalii, około 13-letniego dziewczęcia, które w III lub IV wieku stało się – jak w przeszło 1000 lat później Joanna d’Arc – spaloną na stosie męczennicą za chrześcijańską wiarę, na którą w Imperium Romanum podówczas nadal podejrzliwie patrzono. Eulalia to kolejna szalenie oszczędna w wyrazie piosenka, oparta o ukulele, świetnie dobrane, kląskające czy chruszczące perkusjonalia, doborową grę kontrabasu oraz, last but not least, cudowny wokal Kulki, jakże silnie chwilami przypominający barwę głosu i śpiew Kate Bush, do której tak często porównuje się Polkę. Ulotność tej oryginalnej ballady znika w demonicznych refrenach, na zasadzie kontrastu jaskrawo wdzierających się w strukturę utworu, niemal tak, jak poprzez epifanię miałaby wdzierać się w sferę profanum sfera sacrum.

W przedostatniej na albumie kompozycji, zatytułowanej Luna, wykorzystano wiersz An Luna, który ułożył był Johann Wolfgang Goethe. Tuż na początku, jeszcze w pierwszej sekundzie ktoś – zapewne Bors – rzuca słowo „Start!” i wśród poszumu pojawia się regularne tykanie. Ten charakterystyczny, wybijający tempo metronomowy beat nie cichnie do samego końca, równo odmierzając upływające w świetle księżyca minuty. Ujmujące dźwięki pianina, śpiewająca po niemiecku w duecie z Szupicą Kulka, poburkujący w tle, podłączony do prądu bas Walickiego i odjechane elektroniczne wstawki składają się na Lunę, ósmy już, lecz bynajmniej nie ostatni na The Saintbox utwór. Tym bowiem jest…

… folkujący Third Coming, dla odmiany nieco rubaszny i roztańczony, znakomicie nadający się na zamknięcie całości. Na początku i końcu piosenki pojawiają się przeciągłe i kocie, takie drobinę pomiaukiwane, figlarnie podkręcone, w trakcie najpierw melorecytowane i hiphopowate, później wyzwolone i radosne, scatowane wokale Kulki i Walickiego. Pojawiają się też ukulele, przyprawione szeleszczeniem perkusjonaliów, pierwszorzędną robotą perkusji i kontrabasu. Ma Third Coming w sobie coś z tego i owego, powiedzmy, że z Led Zeppelin.

Rekapitulując przegląd zawartości płyty, wypadnie stwierdzić, że choć w różnych momentach inspirowana jazzem, fusion, rockiem, folkiem, klasyką, elektroniką, popem, trip hopem i wieloma, wieloma innymi muzycznymi stylami i nurtami, gatunkami i podgatunkami, jest ona, jak i w ogóle muzyka The Saintbox, jedyna w swoim rodzaju i wymyka się – na całe szczęście! – wszelkim równie nietrafionym i nieudacznym, co niesprawiedliwym, krzywdzącym i upraszczającym, stereotypowym gatunkowym klasyfikacjom. Podobnie, aczkolwiek brzmienie grupy momentami kojarzyć się może z całym wachlarzem różnorakich zespołów i artystów – poza wymienionymi w tekście, chociażby z Björk, Diamandą Galás, Lisą Gerrard czy Markiem Almondem doby Mother Fist and Her Five Daughters – to ponad wszelką wątpliwość zarówno The Saintbox, jak i The Saintbox jest zjawiskiem odmiennym, własnym i osobnym, a także, pomimo licznych, dobitnie świadczących o muzycznej erudycji i wyrobieniu członków tria, dających się wychwycić lub jedynie domniemywanych inspiracji, projektem (czy otwartym na stopniową zmianę procesem) naprawdę oryginalnym i – na świecie niekoniecznie, w Polsce jednak na pewno – nowatorskim.

Pełen artyzmu i liryzmu The Saintbox z wielu powodów jest płytą wzorcową i naśladowania godną, choćby przez wzgląd na twórcze i efektywne wyzyskanie rozmaitych środków wyrazu czy sprawne wydobywanie kontrastów i takież nimi operowanie. Absolutnie nieszablonową, eklektyczną, ale spójną, idącą nie z prądem, a pod prąd, płytą, której twórcy z dziecięcą ciekawością przełamują utarte schematy, z rzadko spotykanymi gracją, błyskotliwością i talentem przenikają rozmaite, jak się okazuje pozornie odległe od siebie konwencje oraz z niczym nieskrępowaną swobodą i godną pozazdroszczenia wyobraźnią misternie i finezyjnie wiążą je ze sobą w swojej muzyce. Jak się wydaje, zasługa to przede wszystkim mającego duże doświadczenie muzyczne Walickiego, odpowiedzialnego za skomponowanie i zaaranżowanie lwiej części materiału. O sile tego ostatniego decyduje jednak w nie mniejszej mierze elastyczny, wykorzystujący mnogość technik wokalnych, piękny, barwny i melodyjny głos Gaby Kulki. Wybór tematyki, ten rytualno-sakralno-duchowy koncept, sięgnięcie do krążących tu i ówdzie idei, wierzeń, tradycji i tekstów, też należy uznać za strzał w dziesiątkę. To samo dotyczy wykorzystania kilku języków europejskich, co jest pomysłowym zabiegiem, zarówno artystycznym, jak i marketingowym. Przesądzają te posunięcia również o tym, że The Saintbox jest płytą na miarę jednoczącej się Europy, w której to, co od zawsze było dla Europejczyków wspólne, wreszcie jedna się z tym, co dotąd pozostawało zaledwie stricte narodowe. I choć, pomimo wszystkich swoich niewątpliwych zalet, nie odniesie raczej The Saintbox sukcesu komercyjnego, to na ten najistotniejszy i zapewniający pomnik trwalszy niż ze spiżu, niosący największą frajdę i satysfakcję sukces artystyczny jest po prostu skazane.

Wbrew pozorom jest The Saintbox płytą dla wielu, choć z pewnością nie dla każdego. Płytą, którą ja sam koniecznie będę chciał ukryć za pazuchą, jeśli przyjdzie mi kiedyś ratować się ucieczką z walącego się domu.

Wątpię, by w bieżącym roku ktoś nagrał w Polsce lepszy i ciekawszy od The Saintbox album, chyba że trio postanowi ponownie wejść do studia. Dla mnie kandydat do miana polskiej płyty 2012 roku, a w prywatnym zestawieniu – do tytułu płyty roku w ogóle.

Na koniec warto wspomnieć o samym digipacku, w takiej bowiem postaci ukazało się 19. marca br. The Saintbox. Jest to estetyczne, zmyślnie sporządzone kartonowe wydawnictwo, którego sześć skrzydeł po rozłożeniu i odpowiednim złożeniu układa się w otwarte z jednej strony (święte) pudełko. Matowe, od zewnątrz brunatno-złote, we wnętrzu czerwone, ma ponumerowane od środka karty, tak aby śledzące tekst poszczególnych piosenek oczy zauroczonego wydobywającą się z odtwarzacza muzyką odbiorcy nie pogubiły się od nadmiaru muzyczno-wizualnych wrażeń. Pod płytą, której etykieta utrzymana jest również w brunatno-złotej kolorystyce, znajduje się zdjęcie przypominających niematerialne byty członków tria, Walickiego, Szupicy i Kulki. Na okładce znalazła się prosta grafika, przedstawiająca pudełko, którego jedną ściankę pokrywa nazwa tak grupy, jak i jej debiutanckiego albumu. O tym, że nie jest to zwykłe pudełko, świadczą nie tylko słowa, ale i bijące z kostki złote promienie, oświetlające i oświecające, jak mniemam, ziemię, której geometryczny wzór poszatkowany jest przez światła i cienie. W sumie oprawa wizualna debiutu The Saintbox jest interesująca i udana, jakichkolwiek zastrzeżeń wnosić więc nie można. Szkoda tylko, że, przynajmniej na razie, zespół nie wydał, choćby w limitowanej ilości, specjalnej wersji The Saintbox, rozszerzonej o DVD zawierające film dokumentujący wybrany, tak pociągający i zapładniający wyobraźnię występ tria na żywo. Warto byłoby również pomyśleć o miksie 5.1 Surround, o który debiutanckie dzieło The Saintbox aż się prosi. Ba (!), arcydzieło, stąd i najwyższa z możliwych ocena.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.