ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Hawkwind ─ Warrior On The Edge Of Time w serwisie ArtRock.pl

Hawkwind — Warrior On The Edge Of Time

 
wydawnictwo: United Artists 1975
 
1.Assault and Battery (Part I) [5:36]
2.The Golden Void (Part II) [4:33]
3.The Wizard Blew His Horn [1:46]
4.Opa-Loka [5:10]
5.The Demented Man [3:58]
6.Magnu [8:15]
7.Standing at the Edge [2:42]
8.Spiral Galaxy 29848 [3:41]
9.Warriors [2:03]
10.Dying Seas [3:03]
11.Kings Of Speed [3:48]
 
Całkowity czas: 44:35
skład:
Dave Brock - śpiew, gitara prowadząca, gitara basowa
Nik Turner - saksofon, flet, śpiew
Lemmy - gitara basowa, śpiew
Simon House - skrzypce, syntezatory
Simon King - bębny, instrumenty perkusyjne
Alan Powell - bębny, instrumenty perkusyjne
Michael Moorcock - melorecytacje
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,5
Arcydzieło.
,18

Łącznie 28, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
17.04.2012
(Recenzent)

Hawkwind — Warrior On The Edge Of Time

Kosmicznej Sagi odcinek 5: ‘Encounter at Fairpoint’*, czyli jak pierwsze pojawienie się tajemniczego Q (czyt. Michaela Moorcocka) odciska swoje piętno za podróży okrętu.

"Fate protects fools, little children and ships named Enterprise" - Cmdr. Riker

Tak samo jak ścieżki USS Enterprise pod dowództwem Jean-Luc Piccarda krzyżują się z tajemniczym Q w pierwszej serii „Star Trek: The Next Generation” tak samo ma to miejsce w pierwszym spotkaniu muzyków Hawkwind z brytyjskim pisarzem science-fiction Michaelem Moorcockiem. Tak jak Q odcisnął piętno na losach Enterprise tak samo współpraca z pisarzem miała wpływ na poczynania Hawkwind.

„Warrior On The Edge Of Time” jest od strony literackiej dość luźną adaptacją powieści “Eternal Champion” wspomnianego wyżej autora. Jednak pomoc Moorcocka nie ograniczyła się jedynie do przyzwolenia na stworzenie obrazu dźwiękowego do własnego opowiadania, lecz pisarz również uczestniczył w nagraniach płyty oraz sam napisał teksty do trzech melorecytacji umieszczonych na płycie („The Wizard Blew His Horn”, „Standing At The Edge”, „Warriors”), w których (a dokładniej rzecz ująwszy: w pierwszych dwóch) zresztą użyczył swojego (przepuszczonego przez różne wokodery) głosu, ubarwiając zresztą swoją dramatyczną interpretacją całość wydawnictwa.

Brzmieniowo zespół wyraźnie dorósł. Całość płyty brzmi niezwykle ‘pełnie’ i przemyślanie. Wprawdzie znajdą się głosy, że zespół na „Warrior...” zatracił swoją spontaniczność z pierwszych wydawnictw, jednak zauważyć należy, że grupa nie stała w miejscu i szukała dalej. Zresztą w wielu momentach to nic więcej jak symfoniczne roziwnięcie najlepszych elementów stylu zespołu. Na „Warrior On The Edge Of Time” Hawkwind nic nie traci ze swoich dawnych atutów, a do tego zyskuje pompatyczność i tę ‘plastyczność’ bliskie rockowi progresywnemu.

Dwa połączone ze sobą tematy „Assault and Battery” i „The Golden Void” tworzą coś na kształt mini-suity. Wprawdzie podobny patetnt zespół wykorzystał na poprzedniej płycie (mowa o sklejonych w jedno motywach „The Psychodelic Warlords”/”Wind Of Change”), jednak tutaj mamy kilka różnic; „Assault and Battery” jest łagodniejszy, a do podniosłości „The Golden Void” dodany niesamowicie dramatyczny śpiew Brocka.

W kolejnych kompozycjach na płycie również nie trudno odnaleźć wiele elementów łączących nowe brzmienie grupy z jej poprzednimi dokonaniami. „Opa-Loka” ma niesamowitą transowość (budowaną tutaj głównie przez sekcje rytmiczną, a partię gitary basowej odgrywa tutaj wyjątkowo Brock, gdyż Lemmy darzył ten utwór niesamowitą awersją, twierdząc, że „Opa-Loka” to „a lot of fucking rubbish” i odmówił wzięcia udziału w jego nagraniu), budowaną i niesamowicie wciągającą słuchacza podczas kolejnych minut odsłuchu wraz z kolejnymi muzycznymi motywawi dodawanymi do utworu. „The Demented Man” jest taką typową hawkwindową balladą; jest prowadząca gitara akustyczna, która poprzez swoje niemal ‘rozstrojone’ brzmienie wprawadza znów ten fajny psychodeliczny nastrój. Do tego dorzucono mnóstwo tych fajnych ‘szmerów’ stanowiących ciekawe tło samej kompozycji.

Tęsknicie za motoryczną jazdą? Proszę bardzo. „Magnu” zapewne spełni wasze oczekiwania. Jest szybko i głośno. Jest fajny gitarowy riff, są saksofonowe i skrzypcowe wariacje. Na szczęście brzemienie utowru dopasowano do brzmienia całości płyty. Do tego dodano ciekawą linię melodyczną oraz mroczny śpiew złowrogo przepuszczony przez wokoder w końcówce kompozycji.

Ciekawie prezentują się rówież instrumentalny „Spiral Galaxy 28948” ze świetnym syntezatorowym motywem przewodnim, świetną gitarową wstawką i fajnym rytmem oraz prostsze w odbiorze „Dying Seas” i – nieco nie pasujący do całości - singlowy „Kings Of Speed”. To chyba tak, żeby nie było do końca tak śmiertelnie poważnie...

Od strony produkcyjnej płyta jest majstersztykiem. Brzmienie jest dopracowane i spójne. Według mnie to zdecydowanie najbardziej „kosmiczna” pozycja w dyskografii Hawkwind zarówno od strony muzycznej jak i literackiej. Klimat powieści z gatunku sci-fi/fantasy został na tej płycie niesamowice oddańczo stworzony. Nic tylko się w niego wczuć i rozkoszować.

Pamiętam jak odkryłem tę płytę po raz pierwszy. Czasy liceum, przygnębiająca szarość i mroczność molochowatego budynku na gdyńskim Oksywiu, w którym spędziłem cztery lata swojego żywota naznaczone okresem dojrzewania, pierwszej miłości, pierwszych przyjaźni, codziennych zmagań z naszym kulawym systemem edukacji („Mickiewicz wielkim poetą był i basta”) i szukania własnej (nie tylko muzycznej) drogi. Ledwo zipiące baterie w moim walkmenie przeżyły na szczęście te czterdzieści kilka minut, które trwała podróż (archetypami gdyńskiej komunikacji miejskiej końca lat 90-tych zeszłego stulecia) z domu do szkoły, którą wypełniła wysłuchana po raz pierwszy kaseta z hawkwindowym „Wojownikiem” pewnego lutowego poranka. Pamiętam jak wówczas ta płyta mnie powaliła. Jednak słyszę niekiedy głosy, że to wcale nie jest najlepsza rzecz w dorobku ekipy Dave’a Brocka i że nagrali lepsze płyty. Myślę sobie, że może tak zreczywiście jest, a moje pierwsze wrażenia tłumaczę sobie tym, że dawno temu, odkrywający dopiero - wówczas dziwiczy - umysł nastolatka chłonął bezwarukowo i idealiozował płyty takie jak ta. Jednak, gdy nawet teraz odtwarzam „Warrior On The Edge Of Time” muzyka zawarta tutaj robi na mnie tak samo niesamowite wrażenie jak za pierwszym razem. To chyba najwyraźniejszy znak, że dobra muzyka broni się nawet po latach i potrafi wciąż zachwycić.

W następnym odcinku: załoga się sypie, czyli modernizacja silników plazowych konieczna i co z tego wynikło.

 

 

 

 

 

 

 

 

*tytuł jednego z odcinków serii „Star Trek – The Next Generation”, w którym postać wszechmocnego Q pojawia się po raz pierwszy.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.