ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Van Der Graaf Generator ─ The Least We Can Do Is Wave To Each Other w serwisie ArtRock.pl

Van Der Graaf Generator — The Least We Can Do Is Wave To Each Other

 
wydawnictwo: Charisma Records 1970
 
1. Darkness (11/11) (Hammill) [07:26]
2. Refugees (Hammill, Banton) [06:20]
3. White Hammer (Hammill) [08:13]
4. Whatever Would Robert Have Said (Hammill) [06:05]
5. Out Of My Book (Hammill, Jackson) [04:04]
6. After The Flood (Hammill) [11:28]
 
Całkowity czas: 43:51
skład:
Peter Hammill – Vocals, Guitars, Piano. Hugh Banton – Keyboards and Vocals. Nic Potter – Bass. Guy Evans – Drums, Percussion. David Jackson – Saxes, Flute. Thanks for adding things: Gerry Salisbury – Cornet. Mike Hurwitz – ‘Cellos.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,10
Arcydzieło.
,55

Łącznie 70, ocena: Arcydzieło.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
28.07.2012
(Recenzent)

Van Der Graaf Generator — The Least We Can Do Is Wave To Each Other

To pierwsza płyta VDGG, jaka ukazała się na rynku brytyjskim. Pierwsza prawdziwie zespołowa płyta (na poprzedniej nie tylko kompozycje, ale także gros aranżacji było Hammilla; tu, choć Piotruś nadal jest głównym kompozytorem, aranżacje są zespołowe). I pierwsza nagrana w klasycznym składzie: Keitha Ellisa wymienił Nic Potter, dodatkowo dołączył saksofonista i flecista David Jackson.

Zmiany w składzie od razu odbiły się na brzmieniu. Psychodelia grzecznie sobie wyszła tylnymi drzwiami. Muzyka nabiera tu już tej maniakalnej intensywności, jaką znamy z klasycznych nagrań zespołu – takie „Darkness (11/11)” czy „White Hammer” mocno targają zmysłami słuchacza. Nie brakuje charakterystycznej, jakby kościelnej podniosłości – choćby w wieloczęściowym, majestatycznym „After The Flood”. Dość często pojawia się tu patent pt. zakomponowany początek i koniec, a w środku sobie pojamujemy.

“Darkness (11/11)” rozwija się powoli, zaczynając się odgłosami deszczu; stopniowo narasta, jest wyraźna, czytelna linia basowa (swoją drogą VDGG bez Ellisa czy – jak w tym przypadku – Pottera, gdy Banton starał się odgrywać partie basowe na organach, sporo stracił…), po raz pierwszy pojawia się tak charakterystyczny, ostro brzmiący, buszujący wręcz na granicy atonalności saksofon, do tego fortepian, organy, majestatyczny klimat… Jest tu już ten mroczny nastrój znany z klasycznych płyt zespołu, Hammill daje znać, że potrafi się wydrzeć, a gwałtowny, kakofoniczny finał tego nagrania to już dobrze znany, szarpiący nerwy Van Der Graaf Generator. We „White Hammer” (to o Malleus Maleficarum – niesławnym „młocie na czarownice”) zastosowano fajny patent – całość sobie płynie, po czym nagle się zatrzymuje. Stonowane solo basowe nagle nabiera mocy, przesteru i czadu i zaczyna się hałaśliwa kulminacja, z rozdzierającymi bębenki saksofonem i kornetem, dodającymi mocy organami i hukiem sekcji. „Whatever Robert Would Have Said” (dedykowane Robertowi Van de Graaffowi) ciekawie zderza akordy gitary akustycznej z wybuchami saksofonu, wielogłosowymi harmoniami wokalnymi, fajnym graniem na gitarze elektrycznej i nieco cyrkowym refrenem z saksofonem. Na sam koniec mamy apokaliptyczny „After The Flood” – jakby zapowiadający masywne brzmieniowo, „gęste” płyty w rodzaju „Still Life”, dość eklektyczny, kontrastowy, z przytłaczającym, kościelnym finałem.

Do tego – jako chwila oddechu – dwie ballady. Ułożone na płycie tak, że znajdują się pośrodku każdej ze stron, rozdzielając dwa czadowe, mocne utwory, dając słuchaczowi chwilę odpoczynku. „Out Of My Book”, z delikatną gitarą i fletem, to intrygująca ballada miłosna – książka w tytule to podręcznik do matematyki, w którym zawsze na końcu można znaleźć odpowiedzi i rozwiązania zadań, ale życie (zwłaszcza uczuciowe…) to taka książka, w której o jakichkolwiek odpowiedziach i podpowiedziach możemy zapomnieć. A na stronie pierwszej są „Refugees”. Opowieść o młodych latach Hammilla, gdy pomieszkiwał sobie z dwójką podobnych sobie uchodźców, Mike’em i Susie (ta druga – Susan Penhaligon – zrobiła potem pewną karierę jako aktorka). Z magicznym początkiem (trele fletu, wiolonczele, delikatny śpiew, organy), który potem stopniowo przechodzi w ładną, acz trochę zbyt zwyczajną – jak na taki wstęp – piosenkę.

Biorąc pod uwagę, że to pierwsza „prawdziwa” płyta zespołu („The Aerosol Grey Machine” w założeniu miał być solowym dziełem Piotrusia, do tego ukazał się w niewielkim nakładzie i tylko w Stanach), należy powiedzieć, że VDGG zaczął karierę z bardzo wysokiego pułapu. Bo jest to płyta prawie doskonała. Kiedy trzeba – koi łagodnym nastrojem, kiedy trzeba – rasowo szarpie nerwy. Dziewięć gwiazdek - bo następne płyty będą już skończenie doskonałe.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.