ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Led Zeppelin ─ Celebration Day w serwisie ArtRock.pl

Led Zeppelin — Celebration Day

 
wydawnictwo: Atlantic 2012
 
CD1
1. Good Times Bad Times [3:12]
2. Ramble On [5:45]
3. Black Dog [5:53]
4. In My Time of Dying [11:11]
5. For Your Life [6:40]
6. Trampled Under Foot [6:20]
7. Nobody’s Fault But Mine [6:44]
8. No Quarter [9:22]

CD2
1. Since I’ve Been Loving You [7:52]
2. Dazed and Confused [11:44]
3. Stairway to Heaven [8:49]
4. The Song Remains the Same [5:47]
5. Misty Mountain Hop [5:08]
6. Kashmir [9:07]
7. Whole Lotta Love [7:26]
8. Rock and Roll [4:35]

DVD/BR:
1. Good Times Bad Times
2. Ramble On
3. Black Dog
4. In My Time of Dying
5. For Your Life
6. Trampled Under Foot
7. Nobody’s Fault But Mine
8. No Quarter
9. Since I’ve Been Loving You
10. Dazed and Confused
11. Stairway to Heaven
12. The Song Remains the Same
13. Misty Mountain Hop
14. Kashmir
15. Whole Lotta Love
16. Rock and Roll
Approx. 124 mins

Bonus DVD:
Recorded at Rehearsals December 6th, 2007 Shepperton Studios
Approx. 116 mins
 
Całkowity czas: 115:26
skład:
John Paul Jones – Bass Guitar & Keyboards
Jimmy Page – Guitars
Robert Plant – Vocals & Harmonica
with Jason Bonham – Drums, Percussion & Backing Vocals
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 2
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 5
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 20
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 35
Arcydzieło.
› 15

Łącznie 80, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
20.11.2012
(Recenzent)

Led Zeppelin — Celebration Day

Blisko pięć lat upłynęło od pamiętnego, spowitego niejaką tajemnicą i owianego głośną legendą, danego w ramach Ahmet Ertegun Tribute Concert występu Led Zeppelin w hali O2 Arena w Londynie dnia 10 grudnia 2007 roku, pierwszego pełnospektaklowego lotu Ołowianego Sterowca od wielu, wielu lat. Szmat czasu bowiem upłynął zanim John Paul Jones, Jimmy Page i Robert Plant, trzej żyjący członkowie uśmierconego w 1980 roku śmiercią perkusisty Johna Bonhama brytyjskiego kwartetu Led Zeppelin, zdecydowali się na ponowne odpalenie Ołowianego Sterowca. Owszem, już wcześniej, chociażby w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, muzycy podejmowali wspólne, jednorazowe loty, jak w roku ’85 (Live Aid), ’88 (Atlantic Records 40th Anniversary) i ’95 (Rock and Roll Hall of Fame). Nie były one jednak ani tak spektakularne, ani tak udane, jak dawniej, wprost przeciwnie: bliżej im było do katastrofy, niźli do nieba bram. Lecz było, co było, a o niegodnych pamiętania wydarzeniach z dziejów pośmiertnych Led Zeppelin tym łatwiej od 19 listopada 2012 roku zapomnieć można, że oto właśnie tego dnia premierę swą miało Celebration Day, zapis pomienionego w pierwszym zdaniu słynnego koncertu sprzed blisko pięciu lat.

Chęć zobaczenia na żywo Zeppelinów wyraziły miliony, możność miały zaledwie tysiące. Zrozumiałe więc, że ogłoszona przed miesiącami równie oczekiwana, jak niespodziewana decyzja o wydaniu na rozmaitych nośnikach zarejestrowanego w O2 Arena materiału zelektryzowała nieprzebrane zastępy miłośników muzyki, wśród nich i piszącego te słowa, mimo że znał on tenże materiał już wcześniej.

Przechodząc do opisu Celebration Day można na początek zapytać, czy wydawnictwo to spełnia pokładane w nim oczekiwania? Owszem, nawet z nawiązką. Nie tylko bowiem cieszy nabywcę brzmienie, ale i uroda tegoż wydawnictwa, bogato zdjęciem ilustrowanego, nadto zaopatrzonego w osobiste refleksje każdego członka załogi Ołowianego Sterowca roku 2007, zatem Jonesa, Page’a, Planta i Jasona Bonhama, syna zmarłego przed trzydziestoma dwoma laty Bonza. Chociaż zauważyć wypadnie, iż ta przynależność „młodego” Bonhama do zespołu została ujęta w nieodzownym spisie dość wymownie, gdyż po wymienieniu trzech „starych” Zeppelinów pojawił się przed nazwiskiem perkusisty przyimek with, co daje do myślenia. Ale co tam… Na wzmiankę zasługuje też to, że wszystkie odegrane niezapomnianego wieczoru utwory zostały szczegółowo opisane, dzięki czemu nawet nieobeznani z zeppelinowym dorobkiem, ponoć na nowo przez Page’a remasterowanym, łatwo będą mogli odnaleźć poszczególne kompozycje na ponadczasowych płytach zespołu. Ba, jeśli ta lub owa piosenka ukazała się przed laty na singlu, to i o tym nabywcę stosowną adnotacją poinformowano. No i te dyski (!), wyobrażonym na nich zegarem zgrabnie nawiązujące tak do daty ostatniego koncertu Led Zeppelin, jak i zmyślnie korespondujące z Big Benem z okładki. Jak zatem z poczynionych uwag czytelnik może wnosić, rzetelnie i z pieczołowitością przygotowano oprawę i zawartość Celebration Day. Jedno mam tylko zastrzeżenie – brakuje kopert na płyty, chroniących je przed ewentualnym zarysowaniem.

Okay, ale co z istotą Celebration Day, tedy z muzyką? No jakże, bardzo dobrze!

Podczas owego poniedziałkowego wieczoru 10 grudnia 2007 roku Led Zeppelin wykonało przed zebranymi w liczbie bodajże osiemnastu tysięcy w O2 Arena przybyszami szesnaście utworów, starannie wyselekcjonowanych, pochodzących z wydanych pomiędzy 1969 a 1976 rokiem płyt kwartetu, od „Jedynki” poczynając, a na Presence kończąc. Pominięto zatem jedynie dorobek pomieszczony na dwóch ostatnich, w przekonaniu wystukującego niniejsze słowa najmniej interesujących longplayach, tedy, jak czas pokazał, łabędzim śpiewie kapeli, zatytułowanym In Through the Out Door (1979), albumie mimo wszystko nie pozbawionym kilku mocniejszych momentów (All My Love, I’m Gonna Crawl), oraz pośmiertnej, stworzonej celem wypełnienia zobowiązań kontraktowych, złożonej z odrzutów z kilku sesji nagraniowych płytce Coda (1982), niedługiej, a wyjątkowo lichej, nieposiadającej jakichkolwiek walorów, jeśli nie brać pod uwagę żywiołowo wykonanego, ukoronowanego popisem perkusyjnym Johna Bonhama I Can’t Quit You Baby, bluesowego standardu, w odmiennej wersji zawartego już na zeppelinowym debiucie. A właśnie z tegoż pierwszy utwór, zwięzły i entuzjastyczny Good Times Bad Times, przed laty z rzadka wykonywany, przez licznych potem kowerowany, jak choćby przez metalowy band Nuclear Assault na niezłej jego płycie Survive, otworzył londyński koncert z drugiej połowy poprzedniej dekady. Potem przyszła kolej na pełen odniesień do Tolkienowskich opowieści, ponoć nigdy wcześniej w całości na żywo nie zagrany Ramble On z „Dwójki” oraz na wyrafinowany rytmicznie Black Dog z pozbawionego tytułu, stąd zwanego między innymi Zoso, Four Symbols lub po prostu „Czwórką” najpopularniejszego albumu kwartetu, z którego zresztą w O2 Arena odegrano najwięcej numerów, bo aż cztery. Stosunkowo krótkie te pierwsze piosenki uznać można za rozgrzewkę przed dalszą, bardziej wymagającą częścią koncertu, oto bowiem już jako czwarty w kolejności zaserwowany został długi, w rzeczy samej najdłuższy z zarejestrowanych w studio przez Led Zeppelin utworów, In My Time of Dying, w którym Page poszafował odjazdową techniką slide. Następnie panowie po raz pierwszy osobiście przetestowali na żywo możliwości For Your Life i, jak można przekonać się, odkryli przed podnieconą publicznością spory potencjał drzemiący w tejże kompozycji, jak i całe wyszukane a kipiące artyzmem Presence, z którego to dzieła ona pochodzi, częstokroć niedocenianej. Po wybrzmieniu For Your Life Plant, w miarę trwania gigu coraz bardziej rozgadujący się, opowiedział krótką historyjkę, w której nawiązał do postaci wybitnego gitarzysty bluesowego Roberta Johnsona i zapowiedział Trampled Under Foot, kawałek jak In My Time of Dying oryginalnie zawarty na dwupłytowym longplayu z ’75 roku, Physical Graffiti. Żywiołowe, pierwszej wody wykonanie tego jakże pozytywnie nastrajającego, funkującego numeru, pełnego klawiszowych popisów Jonesa, ale i gitarowych Page’a oraz perkusyjnych Bonhama, zdaje się być jednym z najmocniejszych punktów londyńskiego koncertu, jednocześnie zaś wprowadzeniem do najciekawszej i najlepszej jego części, w której znalazły się takie majstersztyki, jak ozdobiony przez Planta solówką na harmonijce ustnej, pełen żaru Nobody’s Fault But Mine z Presence, dalej No Quarter z Houses of the Holy czy wreszcie diaboliczny Dazed and Confused z „Jedynki”. Właśnie to chyba podczas tych rozbudowanych, jakże fascynujących, w niemałej mierze improwizowanych kompozycji, jakimi są No Quarter i Dazed and Confused, żelazne punkty koncertowego programu Led Zeppelin „od zawsze”, zrobiło się najbardziej magicznie. Te cudowne, jazzujące, choć nie zawsze celnie uderzone klawisze Jonesa, zapierający dech w piersi riff i solo Page’a, pokrzykiwania Planta w No Quarter, wszystko to niewątpliwie stanowi kojący miód dla uszu i nieco bardziej wymagającego odbiorcy.

Druga płyta rozpoczyna się od Since I’ve Been Loving You, arcydzieła o intensywnej barwie karminu, pochodzącego z silnie inspirowanej folkiem „Trójki” z 1970 roku. Tak, tej perełki nie mogło zabraknąć na ostatnim występie Led Zeppelin. Szkoda tylko, że wykonanie jej rozczarowuje, głównie za sprawą słabego sola gitarowego Page’a, który momentami błądził, a wraz z nim i reszta zespołu, choć właściwie powinno się nadmienić, że klawisze Jonesa wcale ładnie zabrzmiały w zakończeniu. Naturalnie, głos Planta, zdarty w ciągu minionych dekad i od lat silnie zmatowiały, lecz dzięki ogromnemu doświadczeniu scenicznemu wokalisty oraz niepowszednim jego zdolnościom interpretatorskim nadal umiejący poruszyć i emocję niejaką wywołać, sporo pozostawił do życzenia. Nieoceniony okazał się Bonham, który w krytycznej chwili impasu i największego zagubienia potrafił wyprowadzić starszych kolegów ze ślepego zaułka i pchnąć bieg utworu na pożądaną, „miłosną” ścieżkę, na której już bardziej „żarło”, choć i tak niestety nie tak, jak trzeba. Rychło jednak panowie przezwyciężyli „okres błędów i wypaczeń”, a to w trakcie przywołanego już Dazed and Confused, popisowego numeru maestro Page’a, który zgodnie ze swym zwyczajem sięgnął po smyczek, by przedziwną, astralną swą grą porwać słuchaczy to do wrót piekła, to znowuż do bram nieba. Udanie potowarzyszył mu przez chwil kilka Plant, brzmiący niby jakaś dusza potępiona. Ważne, że mimo pokaźnych partii improwizowanych Page nie zszedł był tutaj w swoich poszukiwaniach, jak to drzewiej czasem mu się zdarzało, na manowce. Nie jest to jednak z pewnością najlepsza z zarejestrowanych dotąd wersji Dazed and Confused, aczkolwiek naprawdę jest niczego sobie. Kolejnym utworem, jaki wykonano tamtego grudniowego wieczora, jest przesławna, bynajmniej nie przereklamowana, piękna, piętrowa kompozycja, czyli wznosząca się ku niebu Stairway to Heaven. Tu zagrana w zasadzie dobrze, podobnie jednak jak w przypadku Since I’ve Been Loving You, tak i tym razem dobywanej akurat z dwugryfówki solówce Page’a brakuje mocy, choć dość wierna oryginałowi, jest krótka i raczej nijaka, zupełnie nie taka, jaką pragnęłoby się usłyszeć, słowem - niezadowalająca. Nie taka, jaką tylekroć tak wspaniale ze strun krzesał, o czym przekonać można się słuchając czy to wykonań pomieszczonych na The Song Remains the Same i BBC Sessions, czy też – i zaiste, ta z wymienionych wersji jest najwspanialsza – na How the West Was Won. Dlaczego zawiódł Page w decydujących momentach Since I’ve Been Loving You i Stairway to Heaven, nie wiem, być może za mało ćwiczył, może zbytnio spiął się i usztywnił, a może nagle jakoś bardziej poczynał dawać mu się we znaki złamany kilka tygodni wcześniej mały palec lewej ręki, z którego to powodu impreza w O2, początkowo zapowiadana na 26 listopada, przełożona została na 10 grudnia. Na koniec Plant triumfalnie zakrzyknął: Hey, Ahmet! We did it! („Ahmet, popatrz! Zrobiliśmy to!”), zwracając się ku zmarłemu rok wcześniej Ahmetowi Ertegunowi, założycielowi wytwórni Atlantic Records i współsprawcy sukcesu Led Zeppelin. Po Schodach do nieba popłynęła wartko The Song Remains the Same, tradycyjnie brzemienna w moc oszałamiającej muzyki gitarowej, podpieranej przez porządną pracę sekcji rytmicznej, potem zaś żwawa i wesołkowata Misty Mountain Hop, w której Bonham zaśpiewał z Plantem. Ukoronowaniem głównej części koncertu okazał się ponadczasowy, do cna przejmujący i przenoszący w dalekie kraje Kashmir z Physical Graffiti, majestatycznie brzmiący, znakomicie wykonany. Jak Zeppelini wyznali w ostatnich wywiadach, to w zwieńczeniu tejże kompozycji, jak i w kilku innych miejscach całego koncertu, na potrzeby ogłoszonego właśnie wydawnictwa zdecydowali się zaingerować w oryginalnie zarejestrowany materiał, akurat tutaj trochę podreperowując siłę i czystość osłabłego w trakcie równie emocjonującego, jak wyczerpującego występu wokalu Planta.

Na koniec były dwa bisy. W czasie pierwszego z zacięciem i z wyczuciem zagrano Whole Lotta Love, można by napisać, że wersję wzorcową, z fajnymi eksperymentami w partii środkowej, gęsto uwijającą się sekcją rytmiczną Jones-Bonham, czadowym riffowaniem Page’a oraz wokalnie dobrze a sprytnie radzącym sobie Plantem, zagrzewającym kumpli do krwistej gry i w stosownym momencie nieodzownie „szczytującym”. Wreszcie na koniec, podczas drugiego bisu, zgromadzeni usłyszeli energicznego, rozszalałego Rock and Rolla, którego zakończenie w postaci brawurowej solówki perkusyjnej Bonhama stało się także końcem owego jakże ekscytującego wieczoru, kiedy to zobaczyć na żywo Zeppelinów pragnęły miliony, możność miały wyłącznie tysiące.

Rekapitulując, Celebration Day stanowi zapis udanego, wypełnionego doborową muzyką koncertu. W jego trakcie odegrana została z czuciem i werwą moc zeppelinowskich klasyków, aczkolwiek stwierdzić potrzeba, że nie w każdym przypadku w pełni zadowalająco zostały one wykonane. Pomimo że zabrakło kilku niezapomnianych, a ważkich kompozycji, takich jak Babe I’m Gonna Leave You, Immigrant Song czy Achilles Last Stand, to set lista była na tyle interesująca, że ukontentowałaby i malkontentów. Nie należy też zapominać, że w trakcie dwugodzinnego, rozsądnej przeto długości koncertu, zagrać wszystkiego nie sposób. Ważne, że w repertuarze znalazły się nigdy wcześniej nie przedstawione na żywo kawałki, jak For Your Life. Co ciekawe, wbrew temu, co można by sądzić po tytule opisywanego wydawnictwa, nie pojawiło się Celebration Day z „Trójki”. Natomiast jeśli idzie o samych artystów, to na słowa uznania zasługują wszyscy, szczególnie zaś Jason Bonham, godnie zastępujący ojca za zestawem perkusyjnym, do tego stanowiący niejako spiritus movens całego występu. Page, mimo kilku ewidentnych wpadek, po raz kolejny dowiódł, że jest wirtuozem i czarodziejem gitary, słusznie więc stawiany jest pośród najwybitniejszych gitarzystów wszystkich czasów. Z kolei Jones tradycyjnie znakomicie sprawdził się i jako basista, i jako klawiszowiec, nienachalnie wplatający do gry pewne elementy różnych gatunków i stylów muzyki rozrywkowej, choćby jazzu i bluegrass. Wreszcie Plant, co najzupełniej zrozumiałe, nie operujący już takim głosem, jak dawniej, dzięki zdolnościom interpretatorskim, czuciu muzyki i własnej osobowości scenicznej, której nie brak wszakże i pozostałej trójce, umiał podołać niełatwemu wyzwaniu zmierzenia się ze swoim dawnym wizerunkiem najlepszego – czy jednego z najlepszych – frontmana świata, stąd nawet zmatowiałym, bezpowrotnie wyzbytym niegdysiejszej ekspresyjności i barwy wokalem potrafił przekazać widzom i słuchaczom szereg uczuć i emocji. Nic tedy dziwnego, że z taką załogą lot Ołowianego Sterowca istotnie był udany i poniósł tłumnie zebranych w 02 Arena pamiętnego wieczoru 10 grudnia 2007 roku pasażerów do nieba bram.

Celebration Day to pozycja godna uwagi, nie tylko przez swoją, jako prawdopodobnie ostatniego koncertu Led Zeppelin, „historyczność”, ale i dzięki temu, że z rozmachem oraz dbałością o szczegóły i smaczki audiowizualne jest zrealizowana. Ukazuje też trzech wybornych artystów (Jones, Page, Plant) w dobrej, a jednego (Bonhama) być może nawet w życiowej formie. I choć niewątpliwie nie jest to najlepszy z utrwalonych i przekazanych potomnym koncertów Led Zeppelin, prezentujący zespół u szczytu możliwości, at its best, to jednak jest to rzecz bardzo dobra, chwilami naprawdę wspaniała i porywająca, szczególnie w wersji z dyskami DVD i Blu-Ray, na których już nie tylko usłyszeć, ale i obejrzeć można wydarzenie, nadto między innymi odbytą 6 grudnia 2007 roku w Shepperton Studios próbę. Sam zaś koncert, bez słyszalnych na obu kompakt dyskach cięć, na przepięknie wyreżyserowanym przez Dicka Carruthersa filmie Celebration Day w całości został ukazany i, zaprawdę, pełen jest wybornej gry światłem i cieniem, jak też inteligentnych nawiązań do dziejów Led Zeppelin oraz do sławetnego filmu The Song Remains the Same, nadto niezwykłych i zaskakujących ujęć, po wielekroć uchwytujących muzyków w intymnych sytuacjach, jak choćby Page’a, czule całującego po występie piórko do gitary, wreszcie – jest to feeryczny i z wytrawnym smakiem zrealizowany obraz, po mistrzowsku oddający magiczną atmosferę niecodziennego londyńskiego koncertu i dający pojęcie o tym, jak to bywało, gdy na scenę wkraczali dzierżący hammer of the gods bogowie rocka.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.