ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Marillion ─ Script For A Jester's Tear w serwisie ArtRock.pl

Marillion — Script For A Jester's Tear

 
wydawnictwo: EMI Records Ltd 1983
 
Script For A Jester's Tear - 8:39
He Knows You Know - 5:23
The Web - 8:48
Garden Party - 8:16
Chelsea Monday - 8:16
Forgotten Sons - 8:21
 
Całkowity czas: 47:43
skład:
Fish - vocals / Steve Rothery - guitar / Pete Trewavas - bass / Mark Kelly - keyboards / Mick Pointer - drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,8
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,3
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,2
Album jakich wiele, poprawny.
,2
Niezła płyta, można posłuchać.
,5
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,10
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,23
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,72
Arcydzieło.
,303

Łącznie 428, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
02.03.2013
(Recenzent)

Marillion — Script For A Jester's Tear

No i stuknęła “Skryptowi” trzydziestka. Ładny, zaszczytny wiek.  Zarazem trzydzieści lat – to dobra perspektywa, by przyjrzeć się temu dziełu, ochrzczonemu przez niektórych arcydziełem progresywnego grania lat 80. Pomniki mają wszak to do siebie, że rzucają bardzo długi cień… A pomniczki, czy tablice ku czci? Już nie bardzo.

Nietrudno zrozumieć, czemu tą płytę przyjęto w roku 1983 tak gorąco. Wszak dla fanów art rocka, prog rocka, czy jak to zwał, przełom lat 70. i 80. to czas najpierw – cytując Kosiaka – punkowej pożogi, potem czasy disco, jeszcze potem przyszła nowa fala, dawni mistrzowie zapuścili modne grzywki i zaczęli walczyć o miejsca na listach przebojów i w sercach nastoletniej publiki… I nagle pojawił się Fish wraz z kompanami. Jako jedno z pierwszych dzieł zaserwowali publice skonstruowaną według klasycznych wzorów siedemnastominutową suitę, opartą na starej angielskiej baśni. Na scenie, oprócz gitarowo-klawiszowych solówek, potężnej postury wokalista z wymalowaną teatralnie twarzą inscenizował sceny ze swoich tekstów, przebierając się w co i rusz to inne stroje… Do tego panowie zakotwiczyli w komercyjnej ekstraklasie – występowali na ważnych, dużych koncertach, single i album bardzo przyzwoicie sobie radziły na listach przebojów. Trudno się więc dziwić, że „Script For A Jester’s Tear”, opakowany w piękną, bajkową okładkę jakby żywcem z lat 80., przyjęto jako długo wyczekiwane odrodzenie dawnych, pięknych czasów… Tyle że komercyjny sukces Marillion okazał się odosobniony i do tego dość krótkotrwały. A teraz, po upływie trzech dekad? No cóż, ten rzekomo wielki, monumentalny pomnik okazuje się być wyraźnie mniejszych rozmiarów, niż to wieszczono. I, niestety, nie pozbawiony wad, rys i pęknięć.

Otwarcie ma ta płyta absolutnie zabójcze. Utwór tytułowy to rzecz dziesięciogwiazdkowa, bez wątpienia: łagodny fortepianowy wstęp, duża skala emocji, Fish śpiewający tak, że włos się na karku jeży, zmiany tempa, dynamiki i nastrojów – wszystkie przemyślane, klarowne, starannie wpisane w klarowną koncepcję całości albumu. Do tego sporo świetnych instrumentalnych partii Rothery’ego i Kelly’ego (dobra, przyznajmy to – wpływy Hacketta i zwłaszcza Banksa są słyszalne, ale całkiem fajnie pasują do całości), bardzo ciekawy, poetycki, trochę hammillowski w nastroju tekst, do tego w niesamowity sposób zaśpiewany… Bez cienia wątpliwości, ten utwór to jest arcydzieło. Równie mocno kończy się całość: antywojenny „Forgotten Sons”, z wplecionymi fragmentami telewizyjnych newsów, należycie dramatycznymi solówkami i Fishem niesamowicie, porywająco wcielającym się w rolę żołnierza gdzieś na Falklandach. Stój! Kto idzie?! – Śmierć. Zbliż się przyjacielu… Wgniata w fotel, z miejsca.

No to, kurde, aptekarzu zasmolony, w czym tkwi problem? Czemu tylko sześć gwiazdek? Ano, między „Script…” a „Forgotten Sons” są jeszcze cztery utwory. I tu zaczynają się koleiny i wyboje.

„He Knows You Know”, zestawiony z wielkim utworem tytułowym, wypada w sumie dość średnio; sam w sobie, jest to dobry, zwięzły, całkiem przebojowy utwór, z wyeksponowaną w miksie gitarą basową, podminowującą całość jakąś dziwną, podskórną nerwowością. Do tego cytat z „Frame By Frame” w partii syntezatora… Nie dorównuje toto absolutnie dwóm wymienionym w poprzednim paragrafie arcydziełom, ale jest to rzecz na dobrym poziomie. A potem jest…

„The Web”. No kurczę, „The Web”. Co się stało? Co się stało się, jak rzekł pewien niedoszły prezydent? Nie wiem, co się stało. Cholera, panowie, umówmy się – już wiemy, że radzicie sobie z konstruowaniem większych, rozbudowanych form. Udowodniliście to przecież w „Script…” czy choćby świetnie poukładanym „Grendelu”. A tutaj? Nie wystarczy wrzucić do gara warzyw, mięsa i wlać wody, żeby wyszedł z tego rosół, trzeba jeszcze trochę więcej pracy i czasu w to włożyć. Tymczasem „The Web” posklejaliście z różnych fragmencików na łapu-capu, bez ładu i składu, na zasadzie na docisk – zagrajmy to, potem od razu to, potem wyciszenie i to. Cholera, w roku 1983 mieliście już od groma przykładów, jak sensownie posklejać zupełnie różne pomysły ze sobą w spójną całość – Yes w taki sposób przecież, ze ścinek, które poniewierały się w studiu*, zrobił absolutnie doskonałe „And You And I”. (Tu mała dygresja. „The Web” pokazuje jedną z bolączek rocka neoprogresywnego: panowie inspirują się rozbudowanymi formami wielkich protoplastów, ale niestety nie do końca rozumieją, na jakich zasadach ci poprzednicy te rozbudowane formy konstruowali. Yes czy Genesis nie mieli zbyt wielu prog-rockowych wzorców, więc sięgali dalej – do jazzu, do muzyki klasycznej, patrzyli, jak wielcy kompozytorzy konstruowali i zestawiali swoje dzieła, na jakiej zasadzie łączono różne wątki muzyczne. Obecnie, muzyka klasyczna płynąca z taśmy na początek koncertu to wręcz komunał, co by nastrój zbudować – Yes nieprzypadkowo zaczynali swoje koncerty fragmentem „Ognistego ptaka” Strawińskiego, który był wielkim wzorcem choćby dla Andersona.) W efekcie wychodzi niespójny, chaotyczny, rozłażący się w szwach, wtórny (co ciekawe, w utworze tytułowym czy „Forgotten Sons” ta wtórność wobec wielkich poprzedników nie razi, ale tutaj daje się szybko we znaki), prawie dziewięciominutowy utwór, którego nie ratuje ani intrygujący tekst, ani ciekawa interpretacja wokalna, ani wysiłki instrumentalistów.

„Garden Party” z kolei uwypukla największą słabość tego składu Marillion. Nazywa się ona: Mick Pointer. Jak podają biografowie zespołu, reszta panów wiedziała, że Mick ciężko odstaje umiejętnościami od reszty, ale on był jedynym z członków-założycieli, który nie odszedł jeszcze z zespołu, więc chcieli dać mu szansę nagrania wymarzonego albumu… Umówmy się – działalność dobroczynną to w Caritasie można uprawiać, ale w rocku nie ma na nią miejsca: nie wyrabiasz się – zaliczasz czerwoną kartkę i won do szatni. Ograniczone umiejętności instrumentalne dla np. basisty to niekoniecznie wada, nawet w rocku progresywnym (tak, panie Waters, o panu mówię). Ale w przypadku perkusisty – niestety, od razu boleśnie się rzuca w uszy, że coś jest nie tak. Dość porównać tą wersję „Garden Party” z koncertową nagraną już z Ianem Mosleyem – od razu słychać, że Pointer kompletnie ten utwór masakruje. Przeciętne umiejętności to jedno, ale wyraźnie brakuje mu do tego finezji, dzięki której bronił się choćby Nick Mason – Mick tłucze się prostacko, kwadratowo i hałaśliwie, co szybko zaczyna słuchacza męczyć. W innych utworach ograniczenia Pointera aż tak nie dokuczają (choć brak finezji chwilami niestety kłuje w uszy), ale w „Garden Party” natychmiast ciągną ocenę utworu w dół.

Jeszcze jest „Chelsea Monday”. W ogólnym zarysie – klasyczna artrockowa ballada, powoli się rozwijająca, płynąca sobie powoli przed siebie, aż do finału… I, niestety, płynąca sobie nieco zbyt monotonnie: w pewnym momencie zaczyna się typowe granie na czas, gdzieś po sześciu minutach całość już nuży, słychać, że pomysły na utwór się skończyły. Sama melodia jest ładna, tekst też niczego sobie, tyle że jak mamy pomysłów na jakieś pięć minut – to nie bardzo jest sens ciągnąć utwór przez prawie osiem i pół (a Rothery na tym etapie jeszcze nie był tak dobrym instrumentalistą, by zbudować długą, wciągającą solówkę w stylu Gilmoura). Monotonia sama w sobie nie jest zła, można z niej wycisnąć wiele (vide niektóre utwory – tak z innej parafii – Massive Attack), zbudować dzięki niej klimat, nastrój. Tutaj niestety się nie udało i z dobrego pięciominutowego utworu wyszedł ostatecznie nudny ośmiominutowiec.

Przedziwna to płyta. Przedziwna, bo gdy ją rozpatrywać w kontekście całego dorobku Marillion, sprawia chwilami wrażenie albumu niedopieczonego, jakby nieukończonego, czegoś w rodzaju szkicownika, swoistego treningu, rozgrzewki przed stworzeniem arcydzieła pt. „Fugazi”; jest, niestety, najgorszą płytą studyjną nagraną z Fishem i jedną z najsłabszych płyt studyjnych zespołu. Przedziwna, bo mamy tu niesamowity rozrzut jakościowy (od strony muzycznej – teksty Fisha stoją niezmiennie na wysokim poziomie): od świetnie skonstruowanych, zwartych, dramatycznych arcydzieł po rozłażące się w szwach, nudnawe i mocno wtórne granie. Momentami bardziej przypomina to jakąś przypadkową składankę, niż przemyślany album… A Marillion na tym etapie kariery to już był zespół całkiem okrzepły wykonawczo (choć Mark Kelly na tej płycie to jeszcze nie ten facet, który tak fantastycznie czarował na „Fugazi”, wynosząc tą płytę na absolutne wyżyny), panowie już potrafili tworzyć i nagrywać petardy, co się zowie – gdyby tak wymienić „The Web”, „Garden Party” i „Chelsea Monday” na „Grendela”, „Market Square Heroes” i ewentualnie „Three Boats Down From The Candy”, powstałby album na minimum dziewięć gwiazdek. Niestety – „Script For A Jester’s Tear”, dziwny, chaotyczny, niespójny, po latach nie jest w stanie udźwignąć ciężaru legendy, jaką się stał – to bardzo obiecujący album, który w ostatecznym efekcie daje niestety słuchaczom o wiele, wiele mniej, niż można było oczekiwać od Marillion AD 1983.


 

* - jako rzekł onegdaj Rick Wakeman.
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.