ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Oldfield, Mike ─ Tubular Bells w serwisie ArtRock.pl

Oldfield, Mike — Tubular Bells

 
wydawnictwo: Virgin Records 1973
dystrybucja: EMI Music Poland
 
1. Tubular Bells Part One (Oldfield) [25:29]
2. Tubular Bells Part Two (Oldfield) [23:18]
 
Całkowity czas: 48:47
skład:
Mike Oldfield – Acoustic, Electric and Bass Guitars, Farfisa, Hammond and Lowrey Organs, Flageolet, Fuzz Guitars, Glockenspiel, Honky-Tonk Piano, Mandolin, Piano, Piltdown Man, Percussion, Spanish Guitar, Taped Motor Drive Amplified Organ Chord, Timpani, Vocals… and Tubular Bells. Steve Broughton – Percussion. Lindsay L. Cooper – String Bass. Jon Field – Flutes. Sally Oldfield – Vocals. Mundy Ellis – Vocals. Nasal Choir. Manor Choir (Mike Oldfield, Tom Newman, Simon Heyworth). Vivian Stanshall – Master Of Ceremonies.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 4
Arcydzieło.
› 52

Łącznie 62, ocena: Arcydzieło.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
15.05.2013
(Recenzent)

Oldfield, Mike — Tubular Bells

Dzisiaj będzie okazyjnie. A okazja jest – na dobrą sprawę – podwójna. Sześć dekad od narodzin muzyka i cztery (bez dziesięciu dni) od premiery jego najsłynniejszego dzieła.

Michael Gordon Oldfield, syn lekarza i pielęgniarki, przyszedł na świat w Reading 15 maja 1953. Ma dwoje starszego rodzeństwa – siostrę Sally i brata Terry’ego. Cała trójka szybko pochłonęła muzycznego bakcyla. Już w szkole Michael udzielał się w zespole skifflowym. Zafascynował go przede wszystkim Hank Marvin, stąd Oldfield poświęcił się przede wszystkim gitarze.

Prawdziwą karierę muzyka Mike zaczął wcześnie. Już jako piętnastolatek miał na koncie debiutancką płytę – w ramach utworzonego wraz z siostrą akustycznego, folkowego duetu The Sallyangie. Debiutancka, wydana przez Transatlantic płyta „Children Of The Sun” przeszła niestety bez większego echa i wkrótce o The Sallyangie można było mówić już w czasie przeszłym. Za to Mike wraz z Terrym założył kolejny duet – Barefoot, ważny o tyle, że w jego ramach Oldfield powrócił do typowo rockowego grania. W roku 1970 przyłączył się do The Whole World – grupy akompaniującej byłemu już wtedy muzykowi Soft Machine, Kevinowi Ayersowi. Oprócz faktu, że pojawił się na dwóch płytach Ayersa – „Whatevershebringswesing” i „Shooting At The Moon” – jako basista i gitarzysta solowy, czas spędzony w The Whole World okazał się cennym doświadczeniem z uwagi na zawiązanie bliskiej przyjaźni ze starszym o szesnaście lat pianistą tejże grupy – Davidem Bedfordem. Klasycznie wykształcony muzyk i kompozytor zachęcił Mike’a, by ten ukończył i nagrał dzieło, nad którym od lat pracował – „Opus One”. Dużą formę, mającą być połączeniem różnych nastrojów i klimatów.

Pierwszą, prymitywną wersję „Opus One” Oldfield nagrał w domu. Nie dysponując żadnym profesjonalnym sprzętem i nie mając pieniędzy na opłacenie muzyków sesyjnych, poprosił ojca o zasponsorowanie możliwie najlepszego dostępnego na rynku magnetofonu, po czym rozmontował układ rejestrujący i wymontował zeń głowicę kasującą. Teraz mógł nagrywać kolejne partie jedną na drugiej. Niestety, gotowe nagranie znacznie bardziej cieszyło samego twórcę niż potencjalnych wydawców. Wszystkie liczące się firmy odesłały dziewiętnastoletniego Oldfielda z kwitkiem. Mike ponoć był tak zdesperowany, że gdy przeczytał gdzieś, że w Związku Radzieckim muzykom gwarantuje się wolność artystyczną i wydanie płyty, poważnie nosił się z pomysłem przeniesienia się na Wschód. Tak przynajmniej w wywiadach opowiadał sam zainteresowany. Na szczęście inny młody Anglik postanowił dać Oldfieldowi szansę. Właściciel studia i dużego sklepu płytowego Richard Branson właśnie zakładał nową wytwórnię płytową – Virgin Records i zaproponował wydanie "Opus One" jako pierwszej płyty nowej wytwórni (numerem 2 był - wydany w tym samym dniu - "The Flying Teapot" Gongu). Mike za jednym zamachem znalazł wydawcę i studio, gdzie mógł pracować na profesjonalnym sprzęcie. I zamiast „Trubczatyjech kałakołów”, 25 maja 1973 świat poznał „Tubular Bells”.

Płyta trafiła w swój czas. Wszak w roku 1973 całostronicowe suity i niekonwencjonalne eksperymenty brzmieniowe i muzyczne były wciąż jeszcze jak najbardziej na czasie, do tego na artrockowych wodach nieco się przerzedziło, wiele zespołów, którym nie udało się przebić do ścisłej komercyjnej czołówki w latach 1969-1972, zwinęło żagle, mocno zmieniło styl lub pogodziło się ze statusem wykonawcy (od strony komercyjnej) drugoligowego. Swoją szansę oprócz Oldfielda wykorzystali m.in. debiutujący właśnie w 1973 roku Camel. Do tego otwierający całą suitę fortepianowy motyw został wykorzystany przez Williama Friedkina w filmie „Egzorcysta”. Nastąpiło tu zresztą swoiste sprzężenie zwrotne: dość neutralnie brzmiący motyw został w filmie tak wykorzystany, że potęgował atmosferę grozy i napięcia; teraz, po latach, to fortepianowe granie wydaje się brzmieć dużo mroczniej, bardziej minorowo – gdyż podświadomie jest kojarzone ze słynnym, przerażającym filmem. Sukces „Egzorcysty” przełożył się na sukces „Dzwonów rurowych” po drugiej stronie Oceanu – a więc na terytorium dla brytyjskich wykonawców niezwykle trudnym. Łącznie na całym świecie ożeniono między 15 a 17 milionów egzemplarzy „Tubular Bells”, co jak na debiutanta jest osiągnięciem imponującym.

Czterdzieści lat po premierze “Dzwony rurowe” ciągle jawią się jako jeden z najciekawszych przypadków zastosowania techniki kolażu w muzyce. Oldfield ciekawie pozlepiał tu ze sobą różne, pozbawione wspólnego mianownika (w sumie trudno znaleźć cokolwiek, co mogłoby łączyć otwierający fortepianowy motyw, bolero wieńczące I część suity, nawiedzoną sekcję „Piltdown Man” i finałowy ludowy taniec) fragmenty w jedną, całkiem spójną całość. Ale głównym elementem decydującym o imponującym końcowym efekcie jest raczej fakt, że prawie każdy z fragmentów „Dzwonów” to sama w sobie mała perełka. Ot, choćby wstępna, oszczędna fortepianowa linia (brzmi prosto, ale jest w wykręconym metrum 15/8) uzupełniona przez dzwoneczki i organy, która potem ulega różnym przekształceniom (pojawia się tu choćby charakterystyczne brzmiąca gitara elektryczna). Albo zwariowany fragment kolejny, przeplatający partie gitary akustycznej i elektrycznej, dzwoneczków, organów i fortepianu. Zwariowane wstawki gitary elektrycznej (w tym bluesujące shuffle) i tajemnicze, groźne akcenty organowe. Czy wreszcie to finałowe bolero: powtarzana w nieskończoność 10-taktowa fraza kontrabasu, do której w pewnym momencie zaczynają dołączać kolejne instrumenty, zapowiadane w nieco groteskowy przez Viviana Stanshalla. …plus… Tubular Bells! – i mamy wystrzał tytułowych dzwonów. Potem jeszcze pojawi się damski chórek. I krótka coda gitary akustycznej… W drugiej części jest równie ciekawie. Linia gitary basowej, stopniowo obudowana gitarami i instrumentami klawiszowymi, aż po melancholijny, eteryczny fragment z organami, mandoliną i chórkiem. Szalona wstawka z gitarami brzmiącymi jak dudy wprowadza szalony fragment, w którym pojawiają się partie wokalne Oldfielda (wkurzony przez Bransona, próbującego wymusić dodanie partii wokalnych i tekstu do suity, wstawiony Oldfield przez dziesięć minut wrzeszczał do mikrofonu, co rejestrowała znacznie przyspieszona taśma; po odtworzeniu tego z normalną prędkością Mike otrzymał nisko brzmiące, groteskowe odgłosy, które wstawił jako partie wokalne). Kontrapunktuje to delikatny, trochę space-rockowy fragment z przetworzonymi, leniwie rozlewającymi się partiami gitarowymi nieco w stylu Davida Gilmoura. Na sam koniec mamy zaś dynamiczny ludowy taniec „The Sailor’s Hornpipe”.

„Tubular Bells” okazały się dla Oldfielda tyleż błogosławieństwem (wprowadziły muzyka z Reading do rockowego Panteonu, pozostając na listach przebojów przez ponad 5 lat), co przekleństwem. Bo trudno uniknąć wrażenia, że Mike nie potrafił od swojego dzieła już się uwolnić. Już w roku 1975 pojawiła się orkiestrowa adaptacja (choć akurat Oldfield kręcił nosem na pomysł wydania tej płyty, a wydanie orkiestrowej wersji „Hergest Ridge” zablokował), a poczynając od lat 90. wracał do swego sztandarowego dzieła co i rusz. O ile „Tubular Bells II” robiło pozytywne wrażenie, tak część trzecia i „The Millennium Bell” sprawiały wrażenie doczepionych do cyklu na siłę, Dzwony Rurowe AD 2003 intrygowały już właściwie tylko narracją Johna Cleese’a zastępującego zmarłego Stanshalla, a „The Best Of Tubular Bells” był jedynie niezbyt udanym eksperymentem.

Mike Oldfield nie okazał się ostatecznie artystą jednej płyty (ani jednego przeboju). Przez kolejne ćwierć wieku nagrywał, kombinował, poszukiwał. Czasem wiodły go te poszukiwania na manowce, czasem znajdował coś ciekawego. Od pewnego momentu już jakby nieco stracił zapał do pracy, nagrywa rzadko, a to, co powstaje, jakoś niespecjalnie porywa. Ale „Dzwony” to jak najbardziej pozycja obowiązkowa.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Natalie C with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.