ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Rainbow ─ Ritchie Blackmore's Rainbow w serwisie ArtRock.pl

Rainbow — Ritchie Blackmore's Rainbow

 
wydawnictwo: Polydor 1975
 
All music written by Ritchie Blackmore and Ronnie James Dio except where noted
Side one
1. "Man on the Silver Mountain" 4:42
2. "Self Portrait" 3:17
3. "Black Sheep of the Family" (Steve Hammond) 3:22
4. "Catch the Rainbow" 6:27
Side two
1. "Snake Charmer" 4:33
2. "The Temple of the King" 4:45
3. "If You Don't Like Rock 'n' Roll" 2:38
4. "Sixteenth Century Greensleeves" 3:31
5. "Still I'm Sad" (Paul Samwell-Smith, Jim McCarty) 3:51
 
Całkowity czas: 36:54
skład:
Ritchie Blackmore – guitar; Ronnie James Dio – lead vocals; Micky Lee Soule – piano, mellotron, clavinet, organ; Craig Gruber – bass; Gary Driscoll – drums
with
Shoshana – backing vocals
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,1
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,4
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,10
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,25
Arcydzieło.
,10

Łącznie 50, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
14.11.2013
(Recenzent)

Rainbow — Ritchie Blackmore's Rainbow

 Uff, ale to żelastwo ciężkie – westchnąłem i otarłem pot z czoła. Ręce i kręgosłup napierdzielały jak diabli, ale pokaźna, metalowa skrzynia już była w redakcji.

 - Kapała, coś ty za złom przywlókł? Po co ci to? – zainteresował się Naczelny.

 - Będę pisał recenzję Rainbow – powiedziałem.

- Powiedzmy, że nie rozumiem zależności między  wielkim, zardzewiałym pudłem, a brytyjskim zespołem hard’n’heavy. Czy możesz mi to wytłumaczyć? – Naczelny zamienił się w znak zapytania.

 - Proste. Po tym jak „siły patriotyczne” potraktowały tęczę na placu Zbawiciela, jak zobaczą, że u nas też jakaś tęcza, to mogą ruszyć na redakcję. Trzeba się jakoś zabezpieczyć – wyjaśniłem.

 - A sądzisz, że tzw. prawdziwi patrioci znają język angielski na tyle, żeby się zorientować, że Rainbow to tęcza? Przecież oni nawet z polskim słabo. Właściwie to posługują się trzema słowami – na „k”, na „p” i na „ch” – wyraził wątpliwość kolega Walczak.

 - No właśnie Kapała, nie przesadzasz? Poza tym, co masz w tym pudle? – zainteresował się Naczelny.

 - Podstawowy zestaw do samoobrony – otworzyłem wieko skrzyni  i zaprezentowałem zawartość redaktorom – MG 42, zwany maszynką do mięsa, albo piłą Adolfa, z zapasem tysiąca naboi, pięć Sturmgewehrów 44, do każdego po pięć magazynków, plus pięćset naboi luzem. W drugiej skrzyni, którą targa Strzyżu jest następne pięć StG44, pięć Panzerfaustów i ze dwadzieścia granatów. Trochę w ziemi leżało, ale zakonserwowane jest, że much nie siada – śladu rdzy. Solidna, niemiecka robota.

 - Panzerfausty nam się nie przydadzą. Może by wymienić na co innego? – rozsądnie zauważył kolega Kris – Może lekki moździerz? Ustawilibyśmy na dachu?

 - Nie mamy wyszkolonych artylerzystów. Lepiej jeszcze więcej granatów – stwierdził Naczelny

 - Okej, spróbuję coś załatwić – Kris wziął kluczyki od służbowego auta i wybiegł z redakcji.

Kolega Krzysztof z uznaniem oglądał trzymanego w rękach StG44.

- Ładny – powiedział – A będzie działał? Chyba od wojny nie strzelał?

 - Będzie działał. Ojciec je na wszelki wypadek w grudniu 1981 przestrzelał, a ja je sprawdziłem w 2005.

 - A co było w 2005? – zapytał niezorientowany Walczak.

 - Czwarta Rzeczpospolita się zaczęła. A Kapała to typowy wykształciuch, do tego liberał,  takich ówczesna władza już z założenia uważała za wrogów nowego ustroju. Na wszelki wypadek musiał się zabezpieczyć, gdyby musiał zejść do podziemia. Zbrojnego – wytłumaczył mu Naczelny – Ty, Kapała – zwrócił się do mnie – A skąd masz tyle tego towaru?

- Zostało po bracie mojej babci – odpowiedziałem.

- A co był partyzantem? – zainteresował się kolega Walczak.

- Nie do końca – odpowiedziałem wymijająco.

- Czego nie do końca? – Walczak drążył temat.

-Front za szybko się przesuwał, nie zdążyli sobie odpowiedniego zaplecza przygotować, stwierdzili, że lepiej będzie szybko wiać, a nadmiar broni zadołować, żeby odwrotu nie spowalniała – wyjaśniłem szczegółowo.

- Front? W trzydziestym dziewiątym? – Walczak, ciekawskie jajo, nie odpuszczał.

- Nie, w czterdziestym czwartym – odpowiedziałem.

Kolega Krzysztof, najbardziej z nas oblatany w wiedzy historycznej oglądał arsenał z zaciekawieniem i podziwem. – Kurde, skąd u partyzantów na takim zadupiu jak Bieszczady Stg 44? To głównie  SS-mani używali. Do tego MG42, Panzerfausty. Brakuje tylko miotacza ognia, a byłoby wyposażenie drużyny szturmowej Waffen SS.

 - Miotacz nie działa. Dysza się czymś zapchała. Tato pożyczył sąsiadowi do wypalania trawy, a tamtem zwrócił  już  zepsuty.  Poza tym to broń ofensywna. Tu się nie nada. I adept,  nie dumaj, tylko rozstaw karabin maszynowy w biurze szefa. Stamtąd najlepsze pole ostrzału. Walczak, weź skrzynkę granatów, kogoś do pomocy i zainstalujcie się w kiblu. Będzie pilnować, żeby od tyłu nas nie zaszli.

 - A ty, Kapała łap się za wiadra i leć do najbliższej piaskownicy po piasek – Naczelny nie mógł sobie pozwolić na to, żeby wyłączono go z dowodzenia – Danielak pomóż mu. Potem przelećcie się po okolicznych biurowcach i gwizdnijcie kilka gaśnic. Poza tym  Kapała zostajesz szefem sekcji gaśniczej. Jesteś ślepy i jeszcze możesz swojego postrzelić.

 - A szef to ma astygmatyzm i nie trafiłby nawet we wrota od stodoły – wyzłośliwiłem się, niezadowolony, że odstawiono mnie na boczny tor – Zapraszam do sekcji gaśniczej.

Dyskusję na temat kto ma większe problemy ze wzrokiem przerwał powrót Krisa i Strzyża, którzy przytargali kolejną dużą skrzynię.

 - Co załatwiliście?

 - Bez rewelacji szefie – skrzywił się kolega Kris – zorientowali się, że jesteśmy potrzebowscy i trudno było coś wytargować. Za te pięć Pancerfaustów dostaliśmy dwa kałachy z granatnikami i amunicją, skrzynkę piwa, dwa analogi „Dark Side of The Moon” oryginalne wydania z plakatami, stan mint i dziesięć rabatowych kuponów na pizzę.

 - Nawet nieźle – Naczelny z zadowoleniem pokiwał głową – Piwo do lodówki, Strzyżu zamów te pizze.

 - A jakie mają być?

 - Dobre, Strzyżu, dobre. Bierz po uważaniu, tylko żadnych wegetariańskich.

 

Po niecałej godzinie, kiedy pizze dotarły, byliśmy już gotowi. Każdy już obalił po piwku, albo i dwa, nastroje były bardzo bojowe, kolega Kris przy kaemie nucił „My Pierwsza Brygada”, a kolega Danielak – „Józek nie daruję ci tej nocy” (nie wiedzieć czemu).

 - Wszyscy na stanowiskach? – zawołał Naczelny. Odpowiedziało mu gromkie – Tak jest!

 - No to wrzucaj, Kapała, tą reckę.

 Wrzucam.

 Ponoć Rainbow powstało dlatego, żeby Ritchie też mógł  sobie zarobić  trochę na masełko do chlebka. Coś w tym prawdy pewnie jest, bo aspekt komercyjny zawsze dla Blackmore’a miał spore znaczenie – widać to na przykładzie  zmian jakie zaszły przy okazji „Down to Earth”, kiedy Ronniego Dio, wokalistę o radiowej urodzie, zastąpił znacznie bardziej reprezentacyjny Graham Bonnet, a listy przebojów podbijały omalże AORowe „Since You’ve Been Gone”, czy „All Night Long”.  Jednak mimo wszystko Ritchie nie zapomniał skąd pochodzi i gdzie zdobył sławę, i że noblesse oblige. Mimo dosyć merkantylnego nastawienia lidera, Rainbow zostawiło po sobie kilka naprawdę wartościowych płyt, których bycia klasyką raczej nikt rozsądny nie kwestionuje.

 Historia grupy zaczęła się do tego, że Blackmore  trafił na amerykańską grupę Elf, której wokalistą był Ronnie James Dio. Elfy zdążyły już nagrać dwie płyty, ale wielkiej kariery nie zrobiły – zresztą nie bardzo miały czym. Ritchie „przytulił” prawie cały skład (oprócz gitarzysty oczywiście) i razem zmontowali album „Ritchie Blackmore’s Rainbow”. Właściwie trudno było wtedy się zorientować co jest nazwą, a co jest tytułem bo początkowo były plany, żeby to był solowy krążek Blackomore’a, dopiero później wykrystalizowała się nazwa Rainbow.

Debiut udał się pod każdym względem. Fani zareagowali prawidłowo, dość tłumnie ruszając do sklepów (złoto w Wielkiej Brytanii), a i sami muzycy również postarali się, żeby nieco bardziej wymagający fani hard-rocka również byli usatysfakcjonowani. Specjalnie dużo muzyki tu nie ma, nieco ponad pół godziny, do tego mamy dwa covery, to może się wydawać, że  Dio z Blackmorem (główni autorzy repertuaru)  specjalnie się nie przepracowali. Nic bardziej błędnego, bo lepiej pół godziny wybornego grania, niż godzina rzępolenia. W każdym razie ja żadnego niedosytu nie czuję. Album jest naprawdę wyborny – przynajmniej cztery utwory są znakomite – „Man of The Silver Mountain”  klasycyzujący klasyk Rainbow na początek – jeden z bardziej rozpoznawalnych numerów grupy, potem zaraz „Self Portrait”, świetna ballada „Catach The Rainbow” – też jeden z zespołowych evergreenów, „Snake Charmer” – następny  utwór tknięty  klasyką, tak jak  "Sixteenth Century Greensleeves". Zresztą takie numery, czyli hard-rock o nieco bardziej klasycznym obliczu, stały się swego rodzaju znakiem firmowym wczesnego Rainbow. Aha, międzyczasie jest też wyborne „The Temple of The King” – coś co można byłoby nazwać tzw. power-ballad. A na finał brawurowa wersja „Still I’m Sad”, z repertuaru The Yardbirds.  Jedyna rzecz, która mi się tu niespecjalnie podoba, to „Black Sheep of The Family”, ale nawet i to ujdzie.

 Nie ma wątpliwości, że najlepszą płytą Rainbow jest następna, „Rising”. Co prawda jeszcze krótsza, ale w pełni autorska, muzycznie i stylistycznie jeszcze bardziej „dopieszczona”. Po prostu kwintesencja stylu grupy.  Jednak nie można niedoceniać debiutu. Jest nieco w cieniu „Rising”, ale to już klasyczne Rainbow i naprawdę niewiele słabsze. Pierwszy skład grupy nie przetrwał nawet do trasy koncertowej. Zaraz po nagraniach Blackmore wywalił wszystkich pozostałych muzyków, zostawiając tylko Ronniego. Cóż – permanentne zmiany personalne też stały się znakiem firmowym zespołu.

 Dwa pierwsze albumy Rainbow  spokojnie mieszczą się na jednym CD – polecam taką opcję. Siedemdziesiąt kilka minut takiego grania ciurkiem – prawdziwa uczta.

 

 

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.