ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Clynes, Susan ─ Life Is w serwisie ArtRock.pl

Clynes, Susan — Life Is

 
wydawnictwo: MoonJune Records 2014
 
1. Life Is [4:21]
2. A Good Man [3:49]
3. Childhood Dreams [6:31]
4. Les Larmes [9:35]
5. Tuesday Rain [5:08]
6. Ileana’s Song [3:37]
7. When You’re Dead [7:15]
8. Pigeon’s Intrusion [6:00]
9. Le Voyage [3:22]
10. Linear Blindness [4:12]
11. Butterflies [6:38]
 
Całkowity czas: 60:28
skład:
Susan Clynes – vocal, piano / Simon Lenski – cello / Pierre Mottet – bass / Nico Chkifi – drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
Album słaby, nie broni się jako całość.
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
Album jakich wiele, poprawny.
Niezła płyta, można posłuchać.
Dobry, zasługujący na uwagę album.
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
Absolutnie wspaniały i porywający album.
Arcydzieło.

Łącznie , ocena:
 
 
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
21.11.2014
(Recenzent)

Clynes, Susan — Life Is

Ciężka sprawa. Susan Clynes bowiem do popularnych artystek nie należy. Nawet powiedziałbym, że raczej jest niepopularna. Ot, niewiele osób jest w stanie dotrzeć do jej nagrań. Tzn. można jej utwory odnaleźć w popularnych serwisach internetowych z muzyką, ale gdyby ktoś chciał być na tyle staroświecki, że zapragnęłoby mu się sięgnąć po album CD… to Houston, mamy problem…

Problem wynika bowiem z tego, iż świat nam się zagęścił. O ile kiedyś słuchało się singli i czekało na całe płyty (dziś, gdy klawiaturzę te słowa mija właśnie 40 lat od nagrania słynnego Baranka grupy Genesis), o tyle dziś na single już nie ma czasu. O płytach w całości już zupełnie nie ma co wspominać. Są dziś na topie skrawki muzyki, kilkunastosekundowe odbojniki, które mają wystarczyć za wszystko, co jest nam konieczne. A zamiast płyt – listy nagrań mniej lub bardziej ulubione. Co musi nam wystarczyć w świetle zakręconej monotonii tego świata.

Oprócz tych plusów ujemnych, jak mawiał klasyk, są i dodatnie. Ilość muzyki paraliżuje. Fascynuje bogactwo i poraża ogrom dźwięków, które przechodzą obok nas zupełnie bez echa. Nawet o nich nie wiemy. Niby więc świat się skurczył, wszędzie i ze wszystkimi jest bliżej, ale… gdzieś coś nam umyka. Czy boleję? Nie, skąd. Stwierdzam fakt ino i tyle.

 

A Susan Clynes… cóż, to właśnie taka artystka. Znikąd i donikąd. Bez zaplecza, technicznych upięknień machiny dystrybucyjnej i nadziei na sukces. Tego akurat jestem pewien. Jeśli bowiem będzie grała i śpiewała jak na Life Is…, to daleko nie zajdzie. Oczywiście mierząc jej poczynania współczesną definicją sukcesu. Jeśli nie wywinie czegoś, co prasa kolorowa uzna za warte zdjęcia i głupawego tytułu, to czeka ją brzdąkanie z kieliszkiem wina w niedzielny wieczór, do opustoszałej sali, gdzie pozostały już tylko w zamyśleniu zakochane i olewające rzeczywistość dusze. I dla nich zagra nieopisywalne. Coś, co – o ile nam będzie dane doświadczyć tego misterium – uznamy za nieśmiertelny, romantyczny jazz. Za zmysłową, tajemną i uczuciową opowieść o cieniach wielkiego miasta, zaklętych w neonach i parkowych lampach.

Oczywiście – takiej muzyki trzeba się doczekać. Sugeruje już sam album Life is… bo artystka prowadzi nas wśród dźwięków, które są i genialne, i zupełnie bezbarwne tudzież pozbawione znaczenia. Są jak tysiące słuchaczy, którzy z jej muzyką mogliby się zetknąć, gdyby nie śpieszyli się… gdzieś. Gdziekolwiek. Istna amplituda uczuć, wędrówka od harmonii znakomitych po zupełną rozpacz tonalną. Tak ten album się zaczyna. Od utworu tytułowego, o którym powiedzieć, że jest słaby to spore pochlebstwo. Następny – nic lepiej… sam się do teraz zastanawiam, jak w tym wyliczonym świecie, w którym na wszystko brak czasu udało mi się nie wyrzucić tego albumu po tych dwóch nagraniach. Gdybym postępował jak postać przywołana na początku recenzji, to Life Is… skończyłby w najlepszym wypadku jako podstawka pod piwo. Ale unikam takiego powierzchownego odsłuchiwania muzyki i całe szczęście. Bo gdy nadszedł Childhood Dreams to gdzieś tak od połowy zrobiło się po prostu niezwykle. Zaś potem artystka zagrała Les Larnes i okazało się, że Susan Clynes potrafi błysnąć taką muzyką, jaką lubię. Owszem, jest w niej samotność ostatniego kieliszka w barze. Jest bogartowskie spojrzenie przez papierosowy dym w kierunku drzwi (tak, wiem, tego świata już nie ma). Ale mimo wszystko te wymienione fragmenty przynoszą Muzykę przez duże M.

Można by tak wymieniać, choć w gruncie rzeczy przypadłość albumu Life Is… jest jedna. Każdy dłuższy utwór ma w sobie to „coś”. Taki Pigeon’s Intrusion z genialnym solem wiolonczeli (takim karmazynowym w domyśle) kontrapunktowanym pianinem, które upiło się zamiast pianistki. Genialny kawałek. I tak tu jest – tylko dłuższe kawałki mrugają do nas przyjaźnie. A te krótsze… cóż, niech zabierają płaszcze, palta, parasole i wychodzą w noc do domów. Rano czeka na nich praca i radio zet. Nie chcemy ich tu, bo nic przyjemnego nie niosą.

I dlatego też, jako się rzekło: ciężka sprawa. Bo Life Is …  to płyta baaaaardzo nierówna. Od genialnej, do paskudnie zwyczajnej. I dlatego też… sukcesu nie wróżę…

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.