ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Tohpati ─ Tribal Dance w serwisie ArtRock.pl

Tohpati — Tribal Dance

 
wydawnictwo: MoonJune Records 2014
 
1. Rahwana (7:47)
2. Spirit of Java (5:21)
3. Tribal Dance (7:00)
4. Red Mask (5:12)
5. Savana (1:56)
6. Run (4:26)
7. Supernatural (6:42)
8. Midnight Rain (4:29)
 
Całkowity czas: 42:55
skład:
Tohpati – gitara
Jimmy Haslip – gitara basowa
Chad Wackerman – perkusja

oraz:
Pak Kompyang – śpiew (1)
Iwan Wiradz – śpiew (1)
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
Album słaby, nie broni się jako całość.
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
Album jakich wiele, poprawny.
Niezła płyta, można posłuchać.
Dobry, zasługujący na uwagę album.
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
Absolutnie wspaniały i porywający album.
Arcydzieło.

Łącznie , ocena:
 
 
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
02.12.2014
(Recenzent)

Tohpati — Tribal Dance

Misją MoonJune Records, założonej w 2001 roku przez producenta, managera i promotora Leonardo Pavkovicia wytwórni płytowej, biorącej swe miano od napisanej przez Roberta Wyatta, a zamieszczonej na słynnym trzecim albumie Soft Machine kompozycji Moon in June, jest odkrywanie i wspieranie utalentowanych muzyków z całego świata, jak też publikowanie tworzonej przez nich muzyki, zwykle zaliczanej do szeroko pojętego jazzu i równie rozlegle pojmowanego rocka, przy tym częstokroć wykraczącej poza jeden konkretny gatunek, a tym samym nieraz wymykającej się schematyzacji i zaszufladkowaniu. W obszernym katalogu wytwórni Pavkovicia, człowieka, który urodził się w mieście Jajce w Jugosławii (obecnie Bośnia i Hercegowina), dorastał we Włoszech, a od 1990 roku zamieszkuje w Nowym Jorku, znajduje się wielu mniej lub bardziej uzdolnionych i ciekawych muzyków, a jednym z nich jest gitarzysta, którego wydana w 2014 roku płyta Tribal Dance stała się asumptem do wystukania niniejszego tekstu.

Tohpati Ario Hutomo przyszedł na świat 25 lipca 1971 roku w Dżakarcie, stolicy i największym mieście Indonezji. Ponieważ był najmłodszym dzieckiem pana Harnoko Hadisubroto i pani Siti Werdhi Harini, chętnie określano go mianem „Bontot”, tj. „Ostatni”. Muzyką i grą na gitarze bliżej zainteresował się w wieku szkolnym, kiedy to zaczęła pociągać go twórczość takich wykonawców, jak Led Zeppelin, Deep Purple, Genesis, Yes czy The Police. W szkole średniej założył z kolegami swój pierwszy zespół, Splash Band. Z czasem bardziej aniżeli hard rock i heavy metal zaczął podniecać go jazz, w tym m.in. islandzka grupa Mezzoforte, kanadyjska kapela Uzeb czy japoński gitarzysta Kazumi Watanabe.

Prędko okazało się, iż młodzieniec posiada znaczne zdolności, wskutek czego zaczął brać udział w rozmaitych imprezach i rychło zbierać nagrody. I tak kiedy miał lat 14 okrzyknięto go najlepszym gitarzystą festiwalu w Dżakarcie, natomiast kilka lat później, w roku 1989, zgarnął najpierw tytuł najlepszego wiosłowego na wyspie Jawa, na której to położona jest właśnie stolica Indonezji, a następnie podobne trofeum w ramach „Yamaha Band Show”.

Zachęcony pozytywną recepcją swoich umiejętności, postanowił kontynuować karierę już nie jako amator, lecz profesjonalista. W efekcie w 1993 roku rozpoczął współpracę z kapelą simakDialog, której wydaną w ubiegłym roku płytę The 6th Story zrecenzował niedawno na łamach ArtRocka Kris. Nie będę wymieniać wszystkich grup i muzyków, z którymi w przyszłości muzyk zwierał szyki, jak choćby w 2005 roku w trio Trisum z gitarzystami Budjaną i Balawanem, na potrzeby tekstu nadmienię więc tylko, iż po pewnym czasie zdecydował się nagrać coś pod własnym imieniem. Zaowocowało to ogłoszeniem w 1998 roku eponimicznego albumu Tohpati, na którym usłyszeć można m.in. gościnnie udzielającego się piosenkarza indonezyjskiego Glenna Fredly’ego, oraz kolejnymi krążkami. W latach 2010 i 2012 Tohpati nagrał swoje pierwsze międzynarodowe płyty dla MoonJune Records – były to Save the Planet projektu Tohpati Ethnomission oraz Riot formacji Tohpati Bertiga, obie zrecenzowane na ArtRocku, starsza przez Wojtka, młodsza przez Ignacego. W roku 2014 Bontot wypuśił nakładem wytwórni Pavkovicia kolejny album, Tribal Dance, który przypadł w udziale do zrecenzowania mnie.

Do stworzenia Tribal Dance Tohpati zaprosił dwóch cenionych muzyków, z którymi sesję nagraniową pomógł mu zaaranżować Pavković. Pierwszy to amerykański basista Jimmy Haslip, przez lata członek fusionowej kapeli Yellowjackets, z którą zresztą Bontot miał okazję zagrać kilka kawałków, kiedy w 2010 roku Amerykanie przyjechali na festiwal jazzowy do Dżakarty. Drugi to perkusista Chad Wackerman, znany ze współpracy z tak różnymi artystami, jak Frank Zappa, Allan Holdsworth, Barbra Streisand czy Albert Lee, mniej zaś z kariery solowej. Czytelników ArtRocka może zainteresować informacja, iż przed rokiem Wackerman zastąpił Marco Minnemanna w trakcie amerykańskiej części trasy koncertowej, w którą Steven Wilson udał się, aby promować swój trzeci album studyjny, The Raven That Refused to Sing (And Other Stories).

Wspomniana sesja odbyła się 12 września 2013 roku w Echobar Studios w North Hollywood, dzielnicy Los Angeles. Tego dnia zarejestrowano 7 z 8 utworów, jakie zamieszczono na płycie. Ostatni, wykonany w pojedynkę na gitarze, nagrany został 31 marca tego roku w Dżakarcie w studio domowym Tohpatiego. Dodać trzeba, iż oprócz gry wspomnianej trójki na płycie posłyszeć można również śpiew Indonezyjczyków, z których dwaj wymienieni zostali z imienia i nazwiska. Są to Pak Kompyang i Iwan Wiradz, których słychać w Rahwana. Całość, zmiksowaną w indonezyjskim Aluna Studio przez Eko Sulistiyo, a wyprodukowaną przez Tohpatiego, urozmaicono samplami, które w zamierzeniu zapewne miały uzasadniać nadanie zarówno albumowi, jak i poszczególnym kompozycjom takich, a nie innych tytułów. Pojawiają się one na początku większości utworów, bez wyjątku napisanych przez Bontota.

Płyta ukazała się na rynku w kwietniu 2014 roku (najpierw w wersji cyfrowej, niedługo później na schowanym w rozkładanym kartoniku CD), a ozdobił ją kolorowy, fajny, acz trochę dziecinnie prezentujący się obraz, który namalowała Saskia Gita Sakanti. Szatę graficzną zaprojektowała niejaka Melda VNH, wplatając w nią dodatkowo zdjęcia pstryknięte przez osobę podpisaną jako Pheren Soephandi. Na koniec tego natłoku różnych, a niekoniecznie istotnych dla każdego czytelnika informacji wspomnę jeszcze, iż przed zwyczajowymi wyrazami wdzięczności dla rodziny i innych muzyków pojawiło się jedno podziękowanie, niosące ogólną informację nt. religijności i duchowości Tohpatiego. Zostało ono skierowane do samego Allacha, jak zapisano z rewerencją - „Allah SWT”, tj. z arabskiego Subḥānahu Wa Ta'Ala, „Niech będzie Sławiony i Wielbiony”.

Tribal Dance otwiera najdłuższy na płycie Rahwana, tytułem nawiązujący do przewijającego się na stronicach eposu Ramajana złego rakszasy Rawana. Nie bez związku zatem z opowieścią o postępkach tego demona utwór zaczyna się od niepokojącego intro, w którym we wzmagającej napięcie, swego rodzaju wyspiarskiej aurze słychać teatralizowany monolog jakiegoś gniewnego kapłana, być może samego Rawana, oraz plemienne ujadanie tubylców usiłujących zakląć, przyzwać albo odstraszyć podłego niecnotę. Kiedy tylko głosy milkną i złowieszcza aura rozwiewa się niczym zły sen, do akcji zdecydowanie wchodzą instrumentaliści, którzy w ciągu niespełna ośmiu minut, w kilkakrotnie zmieniającej się, epickiej atmosferze, miejscami nieco nazbyt błogiej, dają udane, wysoce techniczne i precyzyjne popisy. Należycie słychać wszystkie instrumenty, z których stale najbardziej skryty jest bas, tak tu, jak i później z powodzeniem współgrający z gitarą i perkusją. Najciekawiej wypada upstrzona gitarowymi efektami i solówkami główna, środkowa część utworu, w której na większą uwagę zasługuje też rozbudowana gra Wackermana. Kolejny numer, Spirit of Java, z momentami cięższą i posępniejszą, wręcz doomowatą gitarą, zrazu kroczy powoli i majestatycznie, by śmielej ruszyć dopiero po przeszło dwóch minutach, kiedy to Tohpati z feelingiem i bez wysiłku krzesze riffy i solówki, napędzany przez akompaniujących mu muzyków. Na koniec powraca ponura a podniosła gitara z początku „Spirit of Java”, który zgodnie ze swoim mianem chyba najbardziej z wszystkich numerów oddaje atmosferę i ducha rodzinnych stron Bontota. Jako trzeci na krążku umieszczono utwór tytułowy, który, kiedy tylko wybrzmi intro, przez chwilę jako żywo wywołuje skojarzenia z pierwszymi albumami Ala Di Meoli. Inspiracje nimi słychać i potem, tak że zdaje się, iż „Plemienny taniec” to swoisty hołd złożony Di Meoli, jego unikalnemu stylowi i znakomitym longplayom solowym z końca lat 70. Okraszona solówkami na gitarze i basie kompozycja obfituje w zmiany temp i nastrojów, przy tym nieraz popada w nazbyt ładne i gładkie, pozbawione pazura i wyrazu, nijakie granie. Azjatycki wstęp otwiera czwarty na płycie, lekki, pogodny i przyjemny, wypełniony pełną czucia grą Tohpatiego Red Mask. Potem pojawia się ckliwa i cukierkowa Savana, nudna miniaturka gitarowa, która jako nie przystająca do reszty utworów zgromadzonych na Tribal Dance jest tu absolutnie zbędna. Dla kontrastu żwawiej poczynają sobie muzycy w mieszającym gatunki, urozmaiconym długą solówką Haslipa na basie Run, w którym dochodzą do głosu m.in. wpływy młodzieńczych pasji Tohpatiego - muzyki Led Zeppelin z okresu Presence. Bieg tego kawałka niestety bywa przełamywany i wstrzymywany rozrzedzającymi atmosferę spowolnieniami, z których ostatnie przeradza się w nieciekawe zakończenie. Przedostatni numer na płycie to najbardziej ognisty na niej Supernatural. Ostra i ciężkawa gitara Bontota przywodzi tu na myśl riffowanie à la John Petrucci. Poza odjazdową grą lidera na szczególną uwagę zasługuje również perkusyjne solo Wackermana w drugiej połowie utworu. Krążek wieńczy wykonana samopas przez Tohpatiego łagodna i zadumana kompozycja Midnight Rain, jedyna, w której nie pojawia się „etniczne” intro. Kawałek ten, utrzymany w stylu niektórych dokonań Terjego Rypdala lub Jeffa Becka, nie najlepiej pasuje do charakteru poprzednich utworów.

Reasumując, Tribal Dance to album bardzo przyzwoity, o dobrym brzmieniu, złożony z nieszczególnie frapujących, aczkolwiek znakomicie wykonanych kompozycji, co jednak dziwić nie może, skoro wykonało je fusionowe power trio złożone ze sprawnych i doświadczonych instrumentalistów. Pewne jest, iż materiał zgromadzony na płycie, skądinąd pomysłowo łączący inspiracje płynące z jazzu, rocka, fusion, funku, bluesa czy progresji, mógłby być znacznie ciekawszy, gdyby śladem chociażby Ala Di Meoli, którego wpływy w grze Tohpatiego wszakże słychać wyraźnie, wprowadzić i dopuścić do głosu dodatkowe poza basem i perkusją instrumenty, dzięki którym zawartość Tribal Dance stałaby się bogatsza, bardziej barwna i urozmaicona, jednocześnie zaś mniej zdominowana przez popisy gitarowe. Natomiast pojawiające się tu i ówdzie sample, prezentujące jakieś wyrwane z kontekstu wycinki tradycyjnej muzyki indonezyjskiej, nie odgrywają na krążku większej roli, tak że wydają się mało potrzebne. W istocie dodano je chyba tylko po to, by, jak już nadmieniłem wyżej, w pewien sposób uzasadnić nadanie albumowi „plemiennego” tytułu, mimo że ten z plemiennością, etnicznością czy ludowością w gruncie rzeczy ma niewiele wspólnego. A szkoda, może jeśliby nająć do współpracy więcej muzyków i nasycić poszczególne kawałki właśnie jakimś plemiennym roztańczeniem, a przy tym gdyby prace nad płytą potrwały dłużej, niż tylko 1 dzień, to udałoby się cały materiał uczynić bardziej interesującym, egzotycznym i oryginalnym, takim, który podniecałby bębenki nie wyłącznie miłośników zapamiętałej gitarowej (dla jednych) ekwilibrystyki czy (dla innych) masturbacji.

Na koniec, sięgając po słowne rozwinięcia ocen stosowanych na ArtRocku, stwierdzę, iż Tribal Dance to z jednej strony album dobry, porządnie zagrany i takoż nagrany, z drugiej jednak zaledwie poprawny, jeden z wielu podobnych, taki, który nic nowego do ucha odbiorcy i utkanego z wielu lepszych dzieł kosmosu muzyki nie wnosi. Stawiając kwestię oceny na ostrzu noża można by wręcz skonstatować, że jest to album zbędny. Lecz nie o noże i symbolizowane przez nie skrajności tu się rozchodzi, lecz o wystawienie względnie wyważonej oceny. A skoro tak, to trzeciemu nagranemu przez Tohpatiego dla MoonJune Records krążkowi daję punktów 6. Bo jest to płyta niezła, którą, owszem, posłuchać można. Ale też bez żadnej dla siebie straty z pewnością nie trzeba.

Gwoli uczciwości, rzetelności, a poniekąd i samokrytyki dodam, iż album Tribal Dance zebrał, nie licząc niniejszej, bardzo pozytywne, czasem wręcz entuzjastyczne recenzje na całym świecie, dla przykładu doczekując się aż dwóch tekstów na stronie All About Jazz, gdzie płycie przyznano 4 i 4,5 gwiazdki na bodajże 5 możliwych. Cóż, de gustibus non disputandum est, jak słusznie mawiali starożytni.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.