ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Wakeman, Rick ─ The Six Wives Of Henry VIII: Live at Hampton Court Palace [DVD] w serwisie ArtRock.pl

Wakeman, Rick — The Six Wives Of Henry VIII: Live at Hampton Court Palace [DVD]

 
wydawnictwo: Eagle Records 2009
 
1.Henry's Fanfare
2.Tudortue 1485
3.Catherine Of Aragon
3.Kathryn Howard
4.Jane's Prelude
5.Jane Seymour
6.Defender Of The Faith
7.Katherine Parr
8.Anne Of Cleves
9.Anne Boleyn
10.Tudorock
11.Tudorture 1485
 
Całkowity czas: 125:00
skład:
Rick Wakeman - instrumenty klawiszowe
The Orchestra Europa (pod batutą Guy'a Protheroe'a)
The English Chamber Choir
The English Rock Ensemble (Jonathan Noyce, Tony Fernandez, Dave Colquhoun, Adam Wakeman, Ray Cooper, Pete Rinaldi)
Brian Blessed - narrator
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,1
Arcydzieło.
,0

Łącznie 3, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Brak oceny
Ocena: * Bez oceny
07.04.2017
(Recenzent)

Wakeman, Rick — The Six Wives Of Henry VIII: Live at Hampton Court Palace [DVD]

YesSupremacy – czyli ArtRockowa celebracja dwóch wiekopomnych wydarzeń związanych z grupą Yes, które miały miejsce ostatnimi czasy (część I)

Pierwsza to oczywiście (mające miejsce dzisiaj) wprowadzenie zespołu do Rock’n’Roll Hall Of Fame, a drugie to (re)aktywacja nowej inkarnacji formacji, która niedawno wywalczyła pewne prawa do używania nazwy w związku z czym koncertuje obecnie pod szyldem Yes feat. Anderson, Rabin & Wakeman.

Samo Rock’n’Roll Hall Of Fame jest instytucją dość dziwną. Jest to swego rodzaju franczyza magazynu Rolling Stone, a jako, że rzecz to amerykańska tak więc korzenie muzyczne i podejście inne. Poza tym wpływ na nominacje mają osoby ściśle związane z magazynem co niejednokrotnie wywoływało kontrowesje (zwłaszcza swoimi werdyktami). Stąd też nic dziwnego, że przed Yes dostały się tam takie wynalazki jak N.W.A., Run DMC, czy Grandmaster Flash and the Furious Five (o tych ostatnich w życiu nie słyszałem)... Poza nie jest tajemnicą, że panowe z Rolling Stone darzą wykonwaców spod znaku rocka progresywnego prawdziwą awersją.

Niemniej wydarzenie miało to być świętem fanów Yes. A takim nie było. Zadymę rozpoczął Billy Sherwood, który poskarżył się, że „pan A, pan R i pan W, nie chcieli, aby zagrał on na scenie podczas uroczystości”. Nawet jeśli tak rzeczywiście było to należałoby zadać sobie pytanie kimże ten pan Sherwood jest i jaki miał wpływ na sukcesy zespołu, żeby się domagać tego zaszczytu. Był on (do pewnego momentu) dla mnie współautorem dwóch najgorszych płyt zespołu („Open Youe Eyes”, „The Ladder”), a broni go jedynie fakt, że ukazały się potem dwie gorsze („Fly From Here”, „Heaven & Earth”). Owszem pogrywał też z zespołem wcześniej, a Squire miał do niego słabość jak Macierewicz do Misiewicza, ale czy to wystarcza, aby domagać się udziału w całej ceremonii? To już bardziej z klasą zachował się Jon Davison, który nie tylko nie robił afery, ale cieszył się najbardziej ze spotkania z Jonem Andersonem (okraszone okolicznościową fotką umieszczoną w mediach społecznościowych z komentarzem o... planach nagrania wspólnej płyty) i nie wypłakiwał się na fejsie... Do tego Sherwood (podobież) zaczął podwżać fakty o nienajdelikatniejszym wyrzucieniu byłego frontmana z zespołu twierdząc, że to Jon sam odszedł. Dolał tym samy dodatkowo oliwy do ognia konfliktu i tak już wystarczająco skłóconych fanów zespołu...*

OK, teraz powód drugi, czyli wspólne tournee panów Andersona, Rabina i Wakemana. Trasa nie tylko będąca sentymentalnym powrotem muzyków do twórczości (i nazwy) Yes, ale przede wszystkim dawką świetnych wersji klasyków zespołu zarówno z lat 70-tych jak i 80-tych. Edynburski koncert mnie osobiście niezwykle oczarował i szczęśliwcami są ci posiadający już bilety na występ formacji w Dolinie Charlotty. Stąd o „panu A, panu R i panu W” słów kilka.

Zaczynamy od tego ostatniego.

„Żony Henia” to dzieło na których Rychu wypłynął na szersze (solowe) wody. Album nagrany troszkę z doskoku i braku zajęcia w przerwie w działalności Yes okazał się przepustką klawiszowca do sławy. Z tą solową karierą Wakemana potem bywało różnie, a od pewnego momentu źle, lub bardzo źle.

Po latach postanowił wrócić do swojego wiekopomnego dzieła i odegrać je na nowo (i po raz pierwszy w całości).

Jako pretekst wybrał sobie 500-tną rocznicę koronacji Henryka VIII-go, a miejsce wydarzenia również nie było przypadkowe, gdyż w Hampton Palace Court jego trzecia żona (Jane Seymour) urodziła królowi syna (który niedługo potem zmarł), a  z szóstą i ostanią (Catherine Parr) tamże się hajtnął. Klawiszowiec chciał zagrać w tym miejscu już kilkakrotnie, ale lokalne władze z uporem lepszej sprawy przez lata skutecznie blokowały pomysł. W końcu się udało...

Sam koncert jest z przytupem zrobiony; jest bowiem chór, orkiestra, regularny zespół rockowy, narrator (w rolę tę wcielił się znany brytyjski aktor Brian Blessed, polskim fanom znany głównie z postaci księcia Vultana w filmie „Flash Gordon” z 1980 roku)  no i sam Mistrz Rychu, który wyszedł na  scenę z sześcioma paniami, wszyscy ubrani w średniowieczne stroje. Tak więc impreza na cztery fajery.

Sam koncet jest wyborny. Już „Tudoture 1485” fajnie się rozwija, a partie Wakemana ciekawie współbrzmią z filharmonikami. Zresztą nie tylko tutaj, orkiestra tworzy piękne tło podczas do partii Mooga w „Catherine Of Aragon, czy do pasaży klawiszowych w „Kathryn Howard”.

Ciekawostek jest kilka. Wspomniana „Katheryn Howard” ma kilka dodatkowych partii Ricka, których nie ma na oryginale z 1973 roku. Znalazło się tutaj również miejsce na kompozycji „Defender Of The Faith”, będącą odrzutem z oryginalej sesji albumu. Również rozdudowane (w porównaniu ze studyjnymi pierwozworami) są „Anne Boleyn” oraz „Katherine Parr”. Ujmująca (dla innych zapewne drażniąca przepychem, lub nawet groteską) jest scena w której Wakeman przywdziany w złotą pelerynę, odgrywa partie z „Jane Seymour” odwrócny plecami do publiczości na ogromnych, zamontowanych na tę okazję na scenie, organach kościelnych. Wygląda tutaj troszkę jak taki Drakula rocka progresywnego...

Minusy koncertu? Generalnie żadne. Jedyne o co można mieć pretensje to do tego, iż niektóre dodatkowe partie nie zawsze są równie ciekawe jak te z oryginału "The Six Wives Of Henry VIII", a te z chociażby z "Katherine Parr", są tego koronnym przykładem. Ponadto nie do końca przekonująco (pomimo usilnych aktorskich starań) wypada czytający z kartki biografie poszczególnych żon – Brian Blessed. Jednakże króluje tutaj przedw wszystkim muzyka i na niej przede wszystkim należy się skupić.

Reasumując koncert jest jest niezwykle klimatyczny z jednej strony, ale niezwykle efekciarski z drugiej. Proporcje zostały jednak znakomicie zachowane, gdyż występ z Hampton Court Palace ani nie przytłacza, ani nie nuży. Całość ogląda się miło i przyjemnie, a uczciwie należy przyznać, iż „Żony” jakoś specjalnie się nie zestarzały i w nowych aranżacjach na orkiestrę i chór słucha się ich wyśmienicie.

 

 

*ostatecznie na basie zagrał Geddy Lee, który wraz z Alexem Lifesonem wprowadził Yes do Rock'n'Roll Hall Of Fame.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.