ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Astralasia ─ The Politics Of Ecstasy w serwisie ArtRock.pl

Astralasia — The Politics Of Ecstasy

 
wydawnictwo: Magick Eye 1992
 
1. The Politics Of Ecstasy [5:52]
2. Warp Factor 7 [1:30]
3. Realize Your Purpose [4:36]
4. Fantasize To Realize [5:43]
5. Psilocybe Semianceata [2:13]
6. Celestial Dream Sequence [5:45]
7. The Deep [8:58]
8. Strange Celestial Dream [0:55]
9. Turn Of The Tide [14:32]
10. Glasstrap Reprise [3:12]
 
Całkowity czas: 53:25
skład:
Swordfish – Instrumenty klawiszowe , gitary / Kim Oz – Wokalizy / Nozmo – Instrumenty klawiszowe / Gary Moonboot – Gitary / Bones - Gitary / Sam - Skrzypce
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 2
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 4, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: * Bez oceny
11.10.2001
(Gość)

Astralasia — The Politics Of Ecstasy

Jak najbardziej świadomy mojej nieco kontrowersyjnej decyzji, pragnę wam, przedstawić jedyny w swoim rodzaju zespół, który dokonał wyczynu teoretycznie niemożliwego. Zespól ten połączył dwa tak przeciwne, można by nawet powiedzieć że sprzeczne gatunki, jak nowoczesna muzyka elektroniczna (czyt. na przykład techno) i rock progresywny, w jedną nierozerwalna i cudowna całość.

Nazwa tego zespołu to Astralasia.

W jaki sposób muzycy dokonali tego mariażu? Temu przyjrzymy się bliżej omawiając poszczególne utwory znajdujące się na omawianym albumie. Zanim jednak do tego dojdzie, chciałbym pokrótce przedstawić historię tej nieprzewidywalnej grupy. Początków Astralasii możemy doszukiwać się w działalności art-rockowej grupy The Magic Mushrom Band (gdzie na saksofonie grał dawny muzyk Van Der Graaf Generator – David Jackson). To właśnie stamtąd pod koniec lat ‘80, „obsługujący” klawisze, bębny i gitarę muzyk o pseudonimie Swordfish, postanowił założyć zespól, który łącząc tradycje progresywnego i psychodelicznego rocka, powstałej w tamtym czasie nowoczesnej muzyki elektronicznej i fascynacje orientem utworzy cos niepowtarzalnego i mistycznego. Przy współpracy kolegów z Magic Mushrom Band, Swordfish nagrał nisko budżetową płytę demo. Następnie w bardziej stałym już składzie (Kim Oz – wokale, chórki, Nozmo – instrumenty klawiszowe, Gary Moonboot – gitary, Bones – gitary i Sam - skrzypce) nagrany został właściwy debiut – omawiany poniżej. W 1993 powstało następne dzieło – równie intrygujące i zaskakujące co debiut („Pitched Up At The Edge Of Reality”). Po nim Astralasia nagrała dwie bardzo ambientowe (oczywiście wspaniale) płyty („Whatever Happened To Utopia?” i „Axis Mundi”). Jednak w 1997 frontman Swordfish pożegnał się ze swoimi bliskimi współpracownikami, by tworzyć bardziej komercyjną muzykę psychodelic trance (na płycie „Seven Pointed Star”) – które nie miała z dawnymi propozycjami Astralasii już tak wiele wspólnego. W 1998 Astralasia a raczej sam Swordfish wydal ostatnia jak dotąd płytę, wypełnioną przez dosyć proste psychodeliczno - transowe utwory plus dyskotekowe „hity” przy których nasi rodacy w dresach bawią się w remizach w każdy piątek. Żeby jeszcze tego było mało frontman wcale nie pożegnał się ze swoimi art-rockowymi inspiracjami, i tak na płycie znajduje się również cover I Talk to The Wind (musze przyznać ze dosyć udany – choć brakuje mu tej specyficznej atmosfery która wypełniała cały pierwszy album King Crimson). No ale skończmy już te żałosne zawodzenia i płacze nad rozlanym mlekiem i zajmijmy się muzyka, prawdziwa i piękna muzyka – która z powodzeniem zasługuje na miano ambitnej i progresywnej.

Na pierwszym albumie Astralasii znalazło się 10 utworów. Niestety 3 spośród nich to tylko króciutkie ambientowe przerywniki, czy tez pomosty miedzy kompozycjami – świadczy to troszkę o niedojrzałości mużyków – tym bardziej ze przerywniki te są nie są najwyższych lotów – ot takie tam „atmosferyczne kręcenie galami”. Album zaczyna się od utworu tytułowego The Polititsc Of Ecstasy - już pierwsze soczyste dźwięki syntezatorów (razem ze wszędobylskimi samplami, które jak gdyby tworzą sekcje wokalne) zwiastują prawdziwą ucztę dla uszu. Jakiś lekko zduszony glos oznajmia nam ze możemy się zrelaksować i zacząć podroż w głąb nas samych... – brzmi zachęcająco. Za chwilkę jednak Astralasia atakuje nas ścianą dźwięku – poszczególnych ścieżek jest tak wiele że bardzo trudno jest je wszystkie wyłapać po pierwszych 3-4 przesłuchaniach (czy widzicie podobieństwo do art-rocka ?. W tej ścianie możemy odnaleźć: tak bardzo typowe dla Astralasii (można by wręcz powiedzieć ze to znak rozpoznawczy) wysokie urywane dźwięki (dla wtajemniczonych appergiator), świszczące, ale bardzo przyjemne dla ucha brzmienie syntetycznego basu, hinduski rytm i chóralne akordy, które wszyscy tak bardzo kochamy w rocku progresywnym. Oczywiście wymieniłem tylko główne, wpadające w ucho za pierwszym razem dźwięki. W tle dzieją się równie niesamowite rzeczy jak i na pierwszym planie... Ta muzyka żyje... mimo masy elektroniki, słychać w tym utworze radość tworzenia, czuć wręcz jakieś niesamowite mistyczne moce i siły. Muzyka jakby lewituje nad głośnikami, nie zamienia się w powietrze jak większość piosenek radiowych, zostaje w pokoju/w uszach na długi, długi czas. W tym miejscu musze zacytować kolegę Dobasa, który niedawno zrecenzował ostatnie dokonanie zespołu Galahad: Following Ghosts. Powiedział mi kiedyś : „Ta muzyka płynie !”. Lepiej muzyki Astralasii nie można zdefiniować. Należy tez dodać ze podobieństwo miedzy takim Bug Eye’m a twórczością omawianego zespołu jest ogromne (choć popatrzmy teraz na daty wydania tych albumów) Tuz po pierwszym utworku, nadchodzi czas na pierwszy ambientowy przerywnik – po nim z głośników „wydziera się” na nas Martin Luther King (Nie wiem dlaczego ale jego słynne przemówienie jest samplowane przez cala rzesze zespołów różnej maści) i zaczyna się następny utwór - Realize Your Purpose. Housowy beat w połączeniu ze świetnie współbrzmiącym basem i niesamowitymi plamami keyboardowymi powolutku sobie płynie, aż wreszcie dochodzimy do paro sekundowego zastoju – Martin Luther King wrzeszczy: „Realise your purpose on this planet.” I tu pojawia się moment kiedy wszystkim po plecach (obowiązkowo i bez żadnych wyjątków) przechodzą ciarki... do całej tej ściany dźwięków z początku dochodzi gitara solowa. Ta niesamowita, troszkę orientalna melodia, tak genialnie i tak cudownie komponuję się z (nieźle namieszana już rożnymi analogowymi brzmieniami) aranżacją, ze nie pozostaje nic innego jak tylko delektować się tym nektarem płynącym z głośników. Utwór ten niesie ze sobą jeszcze większą dawkę energii niż kompozycja tytułowa, i naprawdę nie pozwala być wobec niego obojętnym... Kiedy to powoli zbliżamy się ku końcowi czeka na nas jeszcze 4 sekundowa niespodzianka – do tej całej muzycznej uczty dochodzi jeszcze słodziutkie banjo, zostaje jednak brutalnie przerwane, gdyż utwór przechodzi w Fantasize To Realize, następny “killer” (wybaczcie mi moje amerykanizmy, ale inaczej tych utworów nie da się nazwać). Zaczyna się housowym beatem z tymi wysokimi urywanymi dźwiękami syntezatora, i znów gitara zaczyna swój cudowny taniec po bezkresie „astralnego wymiaru”. W tej kompozycji jednak decydującą role (obok gitary) pełni piękny kobiecy glos Kim Oz. Owszem zgadzam się, można zarzucić temu utworowi pewna przebojowość, jednak będę niesamowicie wdzięczny jeśli ktoś poda mi nazwę jakiegoś innego zespołu, który w tak cudowny sposób łączy komercyjność z art-rockową ekspresją. Po następnym ambientowym przerywniku nasze uszy zostają atakowane przez przeraźliwe dźwięki rozstrojonych skrzypiec i tajemnicze szepty, wszystko zostaje jednak po chwili przerwane znowu przez te charakterystyczne urywane wysokie dźwięki, i tak oto znajdujemy się w centrum następnego (ostatniego już) żywiołowego utworu na tej płycie. Druga polowa płyty jest już bardziej ambientowo, eksperymentalna. Od dziwacznych dźwięków z dna oceanu w The Deep, połączonych z psychodelicznym pianinem do magnum opus The Pollitics Of Extasy – Turn Of The Tide – ten 14 minutowy „mamut” to najprościej mówiąc ogromny trybut dla Pink Floyd, Tangerine Dream i Soft Machine. I chociaż z początku utwór wydaje się monotonny, to z czasem zaczyna się doceniać się jego wielowarstwowość i ogrom. Na tle orkiestrowej aranżacji rytmicznej Astralasia rozcina przestrzeń kosmiczną dramatycznymi pasażami bogatego brzmienia syntezatora. Dźwięki jakby falują – wznoszą się i opadają, zostają zastąpione przez następne ledwo słyszalne jeszcze niespełna 5 sekund temu, a orkiestrowe kotły dodają monumentalności i patosu. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha brzmienia syntezatorów. Płyta kończy się pięknym uspokajającym solem na saksofon przy akompaniamencie szumu morza, ćwierkających mew i słodkich padów klawiszowych – naprawdę piękne zakończenie, i cudowny odpoczynek po Turn Of The Tide – którego napięcie nieustannie rosło przez ponad 14 minut.

Teraz kilka słów dla fanów Porcupine Tree. Jeśli naprawdę jesteście wielkimi fanami Jeżozwierza – szczególnie z początkowego okresu działalności – na pewno pokochacie Astralasie... – Miedzy tymi zespołami jest wiele podobieństw, niech za przykład posłuży nam budowa partii basowych. Czy ten niesamowity pulsujący bas na pierwszych płytach PT powoduje u was ciarki na plecach? Na The Politics Of Ecstasy znajdziecie to co uwielbiacie. Jeśli ktoś nie wie jak mniej więcej brzmi Astralasia, to polecam trzeci utwór na Voyage 34 Porcupine Tree. Jest to remix Swordfisha i kolegów (choć po zremixowaniu brzmi bardziej jak utwór samej Astralasii).

Jestem prawie pewien ze jeśli ktoś po przeczytaniu tej recenzji sięgnie po to dokonanie Astralasii nie usłyszy z początku nawiązań do art-rocka – gwarantuje jednak ze jeśli poświęci tej płytce troszkę czasu i cierpliwości, to znajdzie je i zakocha się w tej muzyce tak samo jak ja. Jak już wielokrotnie podkreślałem, jednym z największych atutów tej płyty jest jej wielowarstwowość, nie jest to płyta która „wchodzi jak masełko”. Muzyka zawarta na tym albumie potrzebuje czasu – bądźcie zatem łaskawi

Polecam Astralasie szczególnie tym, którzy uwielbiają narkotyczne klimaty w połączeniu z ekspresją i złożonością rocka progresywnego, a także wszystkim miłośnikom tak zwanego inteligentnego techna i ambientu – każdy znajdzie tutaj cos dla siebie. Polecam tez pierwsze dwie płyty tego zespołu wszystkim tym, którzy docenili nowe podejście do neoproga przez, już wymieniany przeze mnie zespól Galahad. Wreszcie polecam Astralasie wszystkim, którym wydaje się ze w art-rocku nic już nie można wymyślić, i wszystkim tym którzy są już znudzeni 47 tak samo brzmiącą płyta pendragona. W niedługim czasie postaram się także zrecenzować druga płytę Astralasii – Pitched Up At The Edge Of Reality.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.