ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

wywiady

12.11.2019

„Nasze albumy zawsze będą odbiciem tego kim jesteśmy” – rozmowa z Maciejem Karbowskim

„Nasze albumy zawsze będą odbiciem tego kim jesteśmy” – rozmowa z Maciejem Karbowskim

We wrześniu tego roku warszawska formacja Tides From Nebula wydała swój piąty album zatytułowany „From Voodoo To Zen”. Aktualnie muzycy są w trakcie „polskiej” trasy koncertowej i to ona stała się punktem wyjścia do naszej rozmowy o albumie z Maciejem Karbowskim…

Mariusz Danielak: Pozwól, że zanim poproszę cię o parę słów o waszej nowej muzyce, zacznę od sprawy bieżącej. Rozmawiamy w krótkiej przerwie między polskimi koncertami waszego tournee i zauważyłem wczoraj na twoim profilu Facebook, że przytrafił wam się jakiś problem techniczny z klawiszami…

Maciej Karbowski: Tak, mamy mały problem techniczny, ale to nic poważnego.

Akurat macie teraz trzy dni przerwy…

Tak. Chcemy się tego pozbyć. To problem z potencjometrem i nie chcemy ryzykować, żeby to się nie powiększało. Lepiej dmuchać na zimne.

Za wami europejska część trasy promującej From Voodoo To Zen. Jakie odczucia wynieśliście z tych koncertów? Jakieś różnice w stosunku do poprzednich europejskich tras?

Wydaje mi się, że sytuacja dla nas trochę się poprawia. Można powiedzieć, że zagraliśmy teraz tę trudniejszą część Europy – Europę Zachodnią, która jest bardziej kapryśna. Właściwie nie mieliśmy żadnych wtop, było kilka naprawdę przyzwoitych frekwencji, odbiór koncertów też był bardzo dobry. Zatem czujemy, że powoli marka zespołu się poprawia i wydaje mi się, że wszystko zmierza w dobrą stronę.

Za wami też pierwsze koncerty polskiej trasy. Jak przyjmowany jest nowy materiał? Czy to prawda, że polska publiczność jest bardziej emocjonalna i energetyczna od tej za naszymi granicami?

Na pewno jest tak, że ludzie traktują nas tutaj w sposób wyjątkowy i naprawdę jest bardzo duży entuzjazm na koncertach. Zatem to się nie zmieniło i czujemy tak naprawdę duże wsparcie od polskiej publiczności. No ale teraz mieliśmy weekend z mniejszymi miastami (Elbląg, Płock, Piła, Toruń – przyp. red), zatem te koncerty były troszeczkę mniejsze a i tak można było odczuć, że jest gorąco wśród publiczności. Ale te większe koncerty jeszcze przed nami.

Nie będę pytał o odejście Adama Waleszyńskiego, ale zapytam, czy myślicie w przyszłości o powrocie do formuły kwartetu i tym samym o dokooptowaniu czwartego oficjalnego muzyka?

Wiesz, trudno powiedzieć, że o tym nie myślimy, ale zamykanie się w jakichkolwiek opcjach nie jest w naszym stylu, aczkolwiek ta obecna formuła się u nas sprawdza i nie zamierzamy jej na tę chwilę zmieniać.

Wiem, że nie robicie sobie stylistycznych założeń i planów przed nagraniem płyty, jednak ten album ma kilka argumentów silnie odróżniających go od poprzedników. Przede wszystkim więcej w nim mroku i niepokoju. Czy to efekt jakichś życiowych doświadczeń w waszym obozie, czy raczej czysty przypadek?

Sam klimat utworów jest bardziej odbiciem naszej podświadomości niż naszym świadomym wyborem. Jesteśmy twórcami tej muzyki, zatem nasze albumy zawsze będą odbiciem tego kim jesteśmy, a zatem po części naszych życiowych doświadczeń. Ale nie tylko, bo także doświadczeń innych ludzi, filmów, które oglądaliśmy, książek, które przeczytaliśmy. I to wszystko składa się na życiowe doświadczenia.

Dużo tu też odważnej i wyrazistej elektroniki. Który z was ciągnie w tym kierunku? A może macie jakieś silne inspiracje w tej elektronicznej szufladzie, które ostatnio wywarły na was wpływ?

Myślę, że każdego z nas ciągnie w tę stronę. Po części brzmienie tej płyty wynika z tego, w jaki sposób była ona robiona. Żadnej innej płyty nie robiliśmy w tak bardzo studyjny sposób, czyli pracując stricte w studiu nagraniowym. Pracowaliśmy nad konkretnymi fragmentami numerów i często zaczynaliśmy od motywów klawiszowych. Pojawiał się jakiś pomysł na arpeggiato, jakaś plama klawiszowa, czy brzmienie i to stawało się zalążkiem utworu. Wtedy rozwijaliśmy te pomysły. Natomiast przy wcześniejszych płytach był to zwykle motyw gitarowy. Siłą rzeczy ta płyta brzmi bardziej elektronicznie.

Mam też wrażenie, że odeszliście w poszczególnych kompozycjach od takiego klasycznego budowania napięcia, które kumuluje się i wybucha w finale. Tym razem utwory są różnorodne, a nawet chwilami mają wręcz piosenkowy schemat i można się w nich doszukać zwrotek i refrenów, jak w Radionoize

Wydaje mi się, że po części tak. Odeszliśmy na pewno od formuły crescendo, czyli przez pół utworu budujemy go, jest dynamicznie i następuje wybuch. Ta formuła jest bardzo wyeksploatowana. A czy świadomie podeszliśmy do tego, że są tam jakieś zalążki piosenek? I tak i nie. Wspomniany przez ciebie Radionoize jakby wołał o takie rozwiązanie. Czasami jest tak, że muzyka pisze się sama i żadne inne rozwiązanie nie wchodzi w grę. Wiem o czym mówisz, jeśli chodzi o kwestie zwrotkowe, bowiem jest tam przepoczwarzona forma zwrotki grana dwa razy. Ale my to traktujemy bardziej jako dwa różne motywy. Ale faktycznie można to tak odebrać, aczkolwiek nie mamy założeń, aby robić utwory bardziej piosenkowe.

Opowiedz nieco więcej o wyjątkowej dość kompozycji tytułowej. Skąd pomysł na wykorzystanie w niej flugelhornu i jak doszło do współpracy z kwartetem smyczkowym?

Mieliśmy napisaną pierwszą część utworu, po której pojawia się ambient. I mieliśmy także stworzoną harmonię na klawiszu, tę która jest odgrywana przez kwartet smyczkowy. Po zaaranżowaniu bębnów stało się jakby oczywiste, że to muszą być żywe smyki, bo wtedy zabrzmi to idealnie. Na początku pograliśmy sobie smyczki z komputera i sprawdziliśmy, czy pomysł jest dobry. Podobnie rzecz się miała jeśli chodzi o melodię dla sekcji dętej (jeszcze wtedy sekcji). A potem… cóż, zarówno Tomek Stołowski, jak i ja prowadzimy studio nagrań, zatem mamy kontakty do wielu muzyków. Z kwartetem smyczkowym nie było problemu, gdyż kilka tygodni wcześniej nagrywał u nas materiał na inną płytę. A Tomek Kasiukiewicz, który rejestrował flugelhorna, to dosyć znana postać na scenie muzycznej jeśli chodzi o klawisze i puzon. Dostałem kontakt od znajomego i szybko poszło.

Wrócę jeszcze na chwilę do słowa piosenka, które zresztą sam wywołałem. Nie myśleliście kiedyś, żeby jednak poflirtować z klasyczną piosenką i na przykład umieścić na albumie jeden utwór wokalny śpiewany przez zaproszonego gościa? Praktycznie regularnie czyni to, postrzegana jako instrumentalna, niemiecka formacja Long Distance Calling. Czy jednak byłaby to – mówiąc nieco żartobliwie – „zdrada waszych muzycznych ideałów”?

Nie, po prostu nie myślimy o tym. Nikt z nas nie śpiewa i nie chcemy zmieniać składu…

…ale w formule gościnnego udziału, rozumiem , że też nie?

Wiesz, to tak jakby nagrać album, w którym w jednym utworze będzie inny zespół. My jesteśmy w określonym składzie i u nas się nic nie zmienia. Nie myśleliśmy o tym, nie mamy takiego zamiaru. Wiem, że inni tak robią, ale to nie dla nas.

Czy muzyka na From Voodoo to Zen ma nieść jakieś przesłanie, podporządkowana jest jakiemuś tematowi, jak to ma miejsce w klasycznych koncept albumach zawierających warstwę tekstową?

Nie, absolutnie nie. Nie stoi za tą płytą żaden koncept. Nie będziemy dorabiać ideologii do czegoś, czego nie ma.

To opowiedz trochę o powstaniu klipu do Ghost Horses i zdradź proszę, dlaczego ilustruje go fragment z życia VIP-a, któremu towarzyszą ochroniarze?

Pomysł nie wyszedł od nas a od reżysera, który zaproponował swoje refleksje po wysłuchaniu utworu. Te duchy skojarzyły mu się z ochroniarzami, którzy zawsze są za tobą, jeśli jesteś VIP-em i nie masz tak naprawdę swojego prywatnego życia. Stąd te sceny, w których są fragmenty oficjalne, gdy ta ochrona jest potrzebna, a na końcu utworu widać już, że nawet w trakcie wieczornego relaksu ci ochroniarze cały czas są i towarzyszą tej osobie non stop. Pomysł nam się spodobał, dostaliśmy bardzo konkretnie zaplanowany scenariusz, zaakceptowaliśmy go i jesteśmy z niego zadowoleni. Udało się jeszcze zaangażować do tego obrazu znanego aktora, Pawła Deląga…

…i z tego co wiem, było to dla was sporym zaskoczeniem, nie wiedzieliście o tym?

Tak. Dowiedzieliśmy się o tym już w trakcie produkcji. To jest o tyle ciekawe, że Paweł Deląg nie jest obecnie aktorem jakoś szczególnie widocznym na polskich ekranach. I byliśmy ciekawi jak on aktualnie wygląda, wszak okres dużej popularności miał pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ale na szczęście troszeczkę się postarzał i wyglądał jak… prezydent (śmiech).

Pięć lat temu, między innymi wraz z Tomkiem Stołowskim, nagrałeś pod szyldem Moonglass album WEBS. Po pierwsze – czy to temat zamknięty? I po drugie – czy nie ciągnie was do kolejnych skoków w bok od Tides From Nebula, może solowych albumów?

Sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo Moonglass to pozostałość zespołu, który istniał długo przed założeniem Tides From Nebula. My z Tomkiem gramy już ze sobą od prawie siedemnastu lat. Wtedy zakładaliśmy pierwsze zespoły i nagraliśmy w 2007 roku z zespołem Root debiutancki album. Potem ta grupa się rozpadła, a tak naprawdę zmieniliśmy wokalistę, zmieniliśmy nazwę i nagraliśmy… płytę WEBS pod szyldem Moonglass. I różnica w składach obu zespołów to osoba wokalisty. Czy to już temat zamknięty? W sensie szyldu i zespołu raczej tak. Nie będziemy nagrywać drugiej płyty. Natomiast jeśli chodzi o naszą działalność muzyczną, to pewnie każdy z nas będzie coś tam sobie robił. Rozmawiamy o tym, gdy co tydzień spotykamy się, aby pograć w piłkę. Jesteśmy w kontakcie i… kto wie?

Zdjęcie: www.tidesfromnebula.com

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.