ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

felietony

10.01.2016

Muzyczne podsumowanie roku 2015 według redaktorów Artrock.pl

Muzyczne podsumowanie roku 2015 według redaktorów Artrock.pl
Jak w każdym roku na Artrock.pl nie przeczytacie jednego zestawienia. Cenimy sobie subiektywne opinie naszych redaktorów, a także ich swobodę wypowiedzi! Na kolejnych stronach możecie przeczytać muzyczne podsumowania 2015 przygotowane przez poszczególne osoby, które publikowały na naszych łamach (kolejność alfabetyczna). Zachęcamy do lektury!

strona 2 z 8

Paweł Horyszny

Rok 2015? Dziwny. Działo się niewiele w kwestii nowych, wartych wspomnienia wydawnictw. Częściej się smuciliśmy zejściami z tego świata kolejnych niezapomnianych muzyków Starej Gwardii...

Jednak wracając do tematu. Oto moje trzy typy:

1. Europe – „War Of Kings”
Zdecydowanie największa niespodzianka i niesamowite zaskoczenie. Zespół Tempesta odciął się od spuścizny z którą zawsze będzie się kojarzył (gitarzysta John Norum określił twórczość grupy z lat 80-tych jako „bubble-gum rock band”) i od ponad dekady nie przestaje zaskakiwać nagrywając coraz to lepsze płyty! Już poprzednia „Bag Of Bones” zapowiadała, że Szwedzi ujawniają coraz większą wenę twórczą w nowo obranym kierunku, lecz „War Of Kings” jest jeszcze bardziej powalająca. Śmiało mogę rzecz, że jest to najlepszy krążek w ich karierze. A panu redaktorowi pewnego polskiej pisma zajmującego się tematyką rocka progresywnego (którego nazwa zapożyczona została z pewnej płyty King Crimson tudzież najlepszego zespołu na naszym krajowym podwórku) tłumaczącego, że Europe są niesamodzielni, bo pomagał im Dave Cobb odsyłam do laryngologa .

2. Anderson Ponty Band – „Better Late Than Never”
Na taką pozycję fani Yes czekają od prawie półtorej dekady (czyli od “Magnification”). Nie jest to wprawdzie zupełnie premierowy materiał, ale na bezrybiu i rak ryba jak mawia przysłowie. Całość jest spójna, świetnie zagrana i prezentująca odpowiedni poziom o którym byli koledzy Jona mogą ze swoimi „Fly From Here” i „Heaven & Earth” tylko pomarzyć.

3. Rush – „R40 Live”
Wprawdzie to tylko album koncertowy, ale za to jaki! Ciężko powiedzieć w czym jest on lepszy od całej masy podobnych wydawnictw, którymi sympatyczni Kanadyjczycy nas uraczają przy okazji kolejnych tras, jednakże przynać trzeba, że przede wszystkim setlista robi różnicę; lat 70-tych więcej kosztem chociażby wątpliwej jakości kawałków z „Clockwork Angels”. Poza tym wydawać się może, iż jest to pożegnanie z zespołem, którego przyszłość (na chwilę obecną) pozostaje wielką niewiadomą. Dlatego wartość sentymentalna rzeczonego wydawnictwa sprawia, że bez wahania wrzucam je na podium mojego podsumowania.

Czytaj na stronie: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8