ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 16.10 - Warszawa
- 17.10 - Wrocław
- 18.10 - Kraków
- 20.10 - Ostrów Wielkopolski
- 25.10 - Wałbrzych
- 09.11 - Wadowice
- 10.11 - Katowice
- 11.11 - Kraków
- 12.11 - Łódź
- 13.11 - Kielce
- 14.11 - Poznań
- 21.10 - Warszawa
- 22.10 - Wrocław
- 24.10 - Gdańsk
- 25.10 - Warszawa
- 26.10 - Poznań
- 22.10 - Warszawa
- 25.10 - Łódź
- 26.10 - Łódź
- 02.11 - Warszawa
- 03.11 - Kraków
- 09.11 - Poznań
- 10.11 - Warszawa
- 09.11 - Olsztyn
- 10.11 - Białystok
- 09.11 - Warszawa
- 10.11 - Wrocław
- 11.11 - Wrocław
- 12.11 - Warszawa
- 13.11 - Kraków
 

koncerty

02.08.2019

SUMMER FOG FESTIVAL, Warszawa, Torwar, 27.07.2019

SUMMER FOG FESTIVAL, Warszawa, Torwar, 27.07.2019
Po kosmicznym wstępie – Interstellar Overdrive i Astronomy Domine – „garkotłuk” przywitał się z publicznością i odkleił nałożone jeszcze za kulisami sztuczne wąsy, chcąc tym samym nawiązać do porzucenia swego image’u, jaki pielęgnował przez pierwszych dziesięć lat w macierzystej grupie, tym samym niejako odmładzając się o tyleż samo wiosen.

Minionej soboty miłośnicy muzyki progresywnej – mówiąc najogólniej – kierowali swe kroki, fizycznie bądź tylko telepatycznie, w stronę warszawskiego Torwaru. To tam właśnie w ramach pierwszej edycji Summer Fog Festivalu, zorganizowanego przez Kamila Kubicę, zagrały gwiazdy sceny progresywnej, zarówno tej anglosaskiej (Soft Machine, David Cross Band, Nick Mason’s Saucerful of Secrets), jak i tej rodzimej (Amarok, Believe).

Amarok pojawił się punktualnie na scenie, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Mój przyjazd do Warszawy opóźnił się z prozaicznych powodów: korków na A1 i hotelowych formalności. Szczęśliwie dotarłem na miejsce zanim Wojtas i spółka z niej zeszli. Twórczość Oldfieldowskiego (nie tylko z nazwy) projektu mieści się w kanonie rocka progresywnego, wzbogaconego – podobnie jak u autora Dzwonów rurowych – elementami etnicznymi. Usłyszeliśmy więc kawał(ek) dobrej muzyki, niewywołującej u człowieka osłuchanego wrażenia wtórności i, co za tym idzie, nieodzownej zadumy nad kondycją gatunku zwanego rockiem progresywnym. Żałuję jedynie, iż ta przyjemność nie trwała dłużej. Mea culpa. Z kolei Believe schlebiał gustom zgromadzonych na Torwarze sympatyków muzyki gitarowej spod znaku Collage. Mirkowi Gilowi, założycielowi obu ww. grup muzycznych, udało się na chwilę wskrzesić ducha tamtych lat, kiedy epickość i fantastyczność, ale także górnolotność i pretensjonalność tworzyły dychotomiczny obraz zarówno pierwszej, jak i drugiej fali zespołów tego kontrowersyjnego stylu muzycznego. Oprócz przeciągłych, rzewliwych sól lidera Believe, będących sygnaturą estetyki grupy, nieodłącznymi elementami jej sobotniego show (jak zapewne też każdego innego) były  niewymuszona teatralność Łukasza Ociepy (śpiew) oraz elegancka gra Satomi na skrzypcach. Ten punkt programu festiwalu bodaj mógł się spodobać jedynie miłośnikom tradycjonalistycznej wizji rocka progresywnego.

Pomiędzy występami rodzimych artystów miałem przyjemność wysłuchać najciekawszej, jak się potem okazało, części tego kompleksowego eventu, tj. koncertu Soft Machine, obchodzącego pięćdziesięciolecie działalności artystycznej. Ta wywodząca się ze sceny kanterberyjskiej grupa, grająca obecnie jazzrock fusion z domieszką psychodelii, ambientu i bluesa, wypadła równie olśniewająco, jak osiem lat wcześniej w Poznaniu. Swój złoty jubileusz świętowała w składzie: John Etheridge (gitara elektryczna), Roy Babbington (bas), John Marshall (perkusja) i Theo Travis (flet i saksofony). Jednocześnie muzycy promowali wydany pod koniec 2018 roku krążek Hidden Details, z którego usłyszeliśmy aż pięć utworów (Hidden Details, The Man Who Waved at Trains, Life on Bridges, Fourteen Hour Dream, Out Bloody Rageous (Part 1). W pewnym momencie, zapowiadając Kings and Queens (Fourth, Burden of Proof), Etheridge odniósł się w dowcipny sposób do zwyczaju numerowania przez artystów kolejnych swoich opusów. Pomyłka z liczebnikami porządkowymi, będącymi notabene tytułami pierwszych płyt Softów, rozbudziła we mnie głupią nadzieję na usłyszenie monumentalnego Facelift. Hélas! Hélas! Maszyniści szybko zrekompensowali mi brak otwierającego Third nagrania-pomnika brawurowym wykonaniem porywającego przeboju Karla Jenkinsa Hazard Profile (por. Song for the Bearded Lady z repertuaru Nucleus). Po nim grupa bisowała „kołysanką” Chloe and the Pirates z Soft Machine VI. Ich kapitalny gig mógłby równie dobrze wieńczyć Summer Fog Festival, gdyby marka tej grającej nieortodoksyjnego rocka formacji była na tyle znana w świecie muzyki rozrywkowej, aby móc prowadzić żywot samodzielny poza peryferiami własnej konwencji.

Po silnie jazzowym akcencie festiwalu na estradę przy Łazienkowskiej weszli członkowie David Cross Band z gościnnym udziałem Davida Jacksona (Van der Graaf Generator, Peter Hammill, The Tangent). Były skrzypek King Crimson z okresu Larks’ Tongues in Aspic z pomocą saksofonisty VdGG i muzyków zespołu pierwszego z ww. Davidów zmienił nastrój z jazzrockowego na zdecydowanie artrockowy. Obok ciekawych autorskich kompozycji w rodzaju Starfall, Come Again, Calamity czy The Pool mieliśmy okazję usłyszeć kawałek historii napisanej przez Karmazynowego Króla w latach świetności jego rozimprowizowanego orszaku. Klasyki King Crimson Exiles i Starless zagrano tak, aby było w nich jak najwięcej pola do popisu dla Crossa z niewielką rolą Jacksona, sporadycznie dmącego niczym śp. Dick Heckstall-Smith w oba saksy równocześnie. Szkoda, że obaj panowie tak mało miejsca poświęcili na wspólne improwizacje z wyłącznym udziałem instrumentów solowych.

Festiwal rządzi się jednak swoimi prawami, w związku z czym najwięcej czasu do dyspozycji dostała jego główna gwiazda Nick Mason. Legendarny perkusista Pink Floyd przyjechał z własnym zespołem, który ochrzcił wymowną nazwą Saucerful of Secrets. W jej składzie znaleźli się: Guy Pratt (bas, śpiew), Gary Kemp (gitara, śpiew), Lee Harris (gitara, chórki) oraz Dom Beken (klawisze). Zamysłem autora Grand Vizier’s Garden Party było najwyraźniej wyjawienie tajemnic wczesnego Pink Floyd zanim zrobią to pozostali dwaj jego członkowie. Mason zaczął swój występ w Warszawie od pierwocin ww. psychodelicznego fenomenu, grając połączone ze sobą Interstellar Overdrive i Astronomy Domine. Po tym kosmicznym wstępie „garkotłuk” przywitał się z publicznością i odkleił nałożone jeszcze za kulisami sztuczne wąsy, chcąc tym samym nawiązać do porzucenia swego image’u, jaki pielęgnował przez pierwszych dziesięć lat w macierzystej grupie, tym samym niejako odmładzając się o tyleż samo wiosen. W dalszej części koncertu Mason’s Saucerful of Secrets fani sci-fi i zgrzytliwych brzmień psychodelicznych mogli dać upust swoim fantazjom podczas głośnych numerów w rodzaju Set the Controls for the Heart of the Sun, A Saucerful of Secrets i Let There Be More Light. Większość repertuaru stanowiły niedługie piosenki psychodeliczne z lat 1967-1972, z których całkiem ciekawie zabrzmiały te śpiewane pierwotnie przez Syda Barretta (Astronomy Domine, Lucifer Sam, Bike). Nawet utwory z najmniej poważanych przez krytyków albumów z muzyką filmową zespołu z Wysp – More i Obscured by Clouds – znalazły po latach miejsce pośród czołowych tytułów, w tym hardrockowe The Nile Song z 1969 roku. Chyba największym entuzjazmem wśród festiwalowiczów cieszyło się dynamiczne wykonanie One of These Days, w trakcie którego Guy Pratt brylował na scenie jak za dawnych lat u boku Davida Gilmoura podczas tournée Floydów promującego A Momentary Lapse of Reason. Zresztą ww. utwór instrumentalny z płyty Meddle (1971) był wówczas jedyną wykonywaną kompozycją z wczesnego okresu Wyspiarzy, co nawiasem mówiąc dokumentuje podwójny album koncertowy A Delicate Sound of Thunder z 1988 roku. Stąd pewnie ten szczególny zachwyt nad żywiołową interpretacją One of These Days wsród publiczności, ceniącej najwyraźniej poukładaną muzykę Floydów po 1970 roku wyżej od, dajmy na to, obskuranckiego dwupłytowego eksperymentu dźwiękowego Ummagumma (1969).

Skądinąd całość eventu stała pod znakiem muzycznej niszy, bo kto przy zdrowych zmysłach, kierujący się chłodną kalkulacją, a nie sercem, zaprasza nań gwiazdy wprawdzie o imponującym dorobku artystycznym, ale działające poza głównym nurtem rocka, do tego od dawna tkwiące w przebrzmiałej estetyce własnego gatunku? Wierzę, że organizacja Summer Fog Festivalu nie nadszarpnęła zbytnio budżetu jego pomysłodawcy i cieszy się on dobrym – podobnie zresztą jak ja – samopoczuciem pofestiwalowym. Jemu samemu należą się serdeczne podziękowania za próbę przybliżenia do mainstreamu muzycznej niszy. Miejmy więc nadzieję, że druga edycja SFF będzie równie romantyczna, co (nie)rozważna.

Zdjęcia:

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.