ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

25.06.2007

Genesis, Turn It On Again Tour, Stadion Śląski, Chorzów, 21 czerwca 2007

Genesis, Turn It On Again Tour, Stadion Śląski, Chorzów, 21 czerwca 2007 Pogoda uparła się, żeby akurat w porze koncertu zaprezentować mały pokaz deszczów monsunowych. Ale muzyka i tak sie wybroniła. Bez żadnych problemów.

Skończyło padać dokładnie pół godziny po tym, jak Phil Collins powiedział "Goodbye!" i Genesis zeszli ze sceny. Co ciekawe, nie byłem specjalnie wściekły - byłem zachwycony tym, co zobaczyłem, co usłyszałem, co przeżyłem. A kto nie był, ten trąba. Zwłaszcza trąby są ci, którzy nie pojechali "bo co to za reunion bez Gabriela i Hacketta". Byli tacy. Naprawdę. Nie, też nie wiem, skąd się urwali.

Dochodziła 21, mokłem pod sceną coraz bardziej, wybrzmiały ostatnie nuty fragmentu ścieżki dźwiękowej do filmu "American Beauty" i...zaczęło się! Ot tak, po prostu. Wyszli na scenę i wystartowali z kopyta od fragmentów "Duke'a" : "Behind The Lines" - "Duke's End" - "Turn It On Again". No proszę państwa, taki opener ,że tylko czapki z głów. Na Śląskim pełna ekstaza, czterdzieści (chyba nawet ponad...) tysięcy ludzi solidarnie przemaka do szpiku kości, tańczy, śpiewa, śmieje się... Przecież czekaliśmy na ten koncert tyle lat. Tempo nie ustaje. "Land Of Confusion" - na ekranie znane z teledysku karykatury, na scenie ogień. Collins się nie oszczędza. Zagaduje do publiczności zabawną polszczyzną, wspomina cos o "fucking deszcz". Mimo dojmujacej ulewy robi się jakoś cieplej. Serdeczniej. Rzadkość na wielkim stadionowym koncercie. Reszta zespołu dotrzymuje Philowi kroku - zwłaszcza Darryl i Mike po jego prawej, starsi panowie dobrze się bawią "wiosłując". Tylko biedny Tony moknie wraz ze sprzętem - czasem w trakcie koncertu ślizgały mu się na klawiaturze palce.

Wybrzmiewa "No Son Of Mine" i... Collins ogłasza, że teraz będzie "very, very, very old song". Ryk radości, przecież na to czekaliśmy! "In The Cage"!!! I to w całości! Na ekranie dziwna komputerowa animacja, ale najwazniejsza jest muzyka, wykonanie. Wgniata w ziemię po prostu! Płynnie przechodzą do drugiej części "Cinema Show", powitanej szalonym aplauzem. Tony Banks szaleje w solówce, my szalejemy w potokach wody, "Cinema Show" przeistacza się płynnie w instrumentalną końcówkę "Duke's Travel" (szkoda, że Phil odpuścił sobie zaśpiewanie - tylko bębnił). I "Afterglow" - też w całości, cudne wykonanie, aż łzy stają z radości w oczach. A na ekranie ogniki pełgają... Piękna część tego koncertu, jeden z kilku szczytowych punktów.

Super pomysłem było wykonanie "Hold On My Heart" zaraz po "Afterglow" - oba te utwory dzieli prawie 20 lat, ale łączy klimat i bardzo do siebie pasują. I znów chwila dla Phila (wybaczcie rymy częstochowskie) - opowiastka o "dom w kterim strasi" czyli "Home By The Sea". Przy drugiej części ulewa zmusiła mnie do odwrotu spod sceny - schroniłem się w tunelu prowadzącym na płytę. Widok miałem niezły, słyszałem świetnie, choć wiedziałem, że robię źle i jestem słabym człowiekiem... W tym czasie "Dom nad morzem" się skończył i znów nadszedł czas "very, very old songs". I to jakich! "Follow You Follow Me"! Collins w podwójnej roli - gra na perkusji i śpiewa jednocześnie. Super wykonanie - cała piosenka. I strzał między oczy - fragment "Firth Of Fifth". Darryl Stuermer chyba troszkę przegiął z efektownością grania, ale klimatu na szczęście nie zepsuł. "It's one o'clock, time for lunch, hum de dum de dum" - każdy fan Genesis to zna. "I Know What I Like (In Your Wardrobe)" w cudownej, genialnej, długaśnej wersji z zabawnym popisem Phila żonglującego tamburynem. Niby stary numer znany z różnych wideo, ale...zobaczyć to na żywo - bezcenne. Atmosfera był tak gorąca, że ulewa powinna z sykiem parować :) Dostaliśmy "Mamę" niby na ostudzenie. No ale jak tu mówić o uspokojeniu atmosfery, skoro akurat ten utwór został przez Collinsa wykonany z taką energią i mocą, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi stało jak zahipnotyzowanych, wpatrzonych w tego niedużego, krępego, starszawego facia na scenie wykrzywiającego się demonicznie. Ha ha HA!

I "Ripples" w następnej kolejności. Nie dają chwili wytchnienia. A i tekst się jakoś tak ładnie wpasował w tę cholerną pogodę. Na dobrą sprawę pewne uspokojenie i rozluźnienie przyniósł dopiero obszerniejszy fragment z "Invisible Touch", a dokładnie "Throwing It All Away" i "Domino". Przed tym drugim utworem Phil zafundował publiczności zabawę w "głosowe domino" i świetnie to wyszło. Facet potrafi dyrygować tłumem, nie mam pytań - ludzie robili wszystko, o co prosił. No i lubię ten numer - zwłaszcza jego drugą, dynamiczną część. "Blood on the window / millions of ordinary people are there" - zawsze robią na mnie te słowa wrażenie i tak było i w Chorzowie.

A potem panowie chester Thompson i Phil Collins pokazali, że solówka perkusyjna może również oznaczać bezlitosne okładanie ... stołków. Zabawny moment, ale sam "Drum Duet" mógł przyprawić niejednego pałkera o kompleksy. Świetne zgranie obu panów, karkołomne popisy i finał w postaci "Los Endos". I znów wielkie ciary na plecach, bo to przecież taki cudowny utwór jest. W ogóle zdziwiło mnie, że "Los Endos" nie kończy koncertu, ale w tym konkretnym przypadku wyszło to na dobre. Dlaczego? Finałem zasadniczego seta były połączone "Tonight Tonight Tonight" i "Invisible Touch" (co sobie pośpiewałem, to moje). W ostatnich taktach tej drugiej piosenki błysnął piorun i zagrzmiało. Jakby pogoda też chciała mnieć udział w tym koncercie. Przypadek, a wyszło genialnie, perfect timing :)

"Thank You!" i schodzą ze sceny. Owacje gorące, ludzie klaszczą, krzyczą, gwiżdżą, deszcze leje bezlitośnie. Genesis szybko wracają. Collins składa wyrazy szacunku publiczności, która wytrzymała w tak ekstremalnych warunkach. Podziękowania i ruszają z bisami. Na pierwszy ogień "I Can't Dance". Na ekranie komputerowe sylwetki Collinsa, Rutheforda i Banksa chodzą krokiem znanym z teledysku. Na scenie ów krok prezentuje Phil. A gdy zaprezentował "a perfect body with a perfect face" to parsknąłem śmiechem. Facet mimo wieku ma do siebie mnóstwo zdrowego dystansu :) I już zupełnie na sam koniec, w charakterze wisienki na torcie, kolejny powrót do Wielkich Utworów Genesis - "Carpet Crawlers". Oniryczne zakończenie znakomitego koncertu.

Właśnie - to był znakomity koncert. Pewnie sporo, paradoksalnie, pomogła w tym pogoda. Ekstremalne warunki zmobilizowały muzyków i sprawiły, że dali z siebie więcej, niż zwykle. Bo zasłużyliśmy. Bo tak długo czekaliśmy. Bo zgotowaliśmy Im gorące przyjęcie. Bo Oni czuli, że mają przed sobą czterdzieści tysięcy fanów spragnionych muzyki Genesis. I nastąpiła kapitalna interakcja, wszystko "zażarło". Było tak, jak sobie wymarzyliśmy. Tylko ten fucking deszcz padał, padał i padał. Ale jakoś już nikomu to nie przeszkadzało. Cudowny był to wieczór i żal, że pewnie już się nie powtórzy. Choć...kto wie?

PS. Proszę o wybaczenie w kwestii jakości zdjęć. Niech ekstremalne warunki będą usprawiedliwieniem - bogowie mi świadkiem, że starałem sie, by wyszły jak najlepiej :)

 

Zdjęcia:

Rozmyty deszczem Phil przy mikrofonie Genesis w całości Tony Banks w kolorze blue Phil za bębnami Mike i Darryl Tony z telebimu Darryl, Mike, Tony i Chester Thank You, Goodnight!
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.