ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

26.06.2007

DAVE MATTHEWS i TIM REYNOLDS – BERLIN, Columbiahalle, 12 marca 2007 roku.

DAVE MATTHEWS i TIM REYNOLDS – BERLIN, Columbiahalle, 12 marca 2007 roku. Co za dzień, co za noc. 2 godziny i 45 minut tyle trwał koncert akustyczny Dava Matthewsa i Tima Reynoldsa w Berlińskiej Columbiahalle. Około 3 tysięcy ludzi ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Danii, Holandii, Szwecji, Belgii - oraz co mnie osobiście bardzo ucieszyło, bardzo duża grupa fanów z Polski. Już po wejściu do hali i zajęciu możliwie najlepszego miejsca na sali (10 metrów od sceny) zauważyłem, że na balkonie wisi Polska flaga z napisem „Hope to see you in Poland”.
Jeszcze przed wejściem do Columbiahalle zobaczyłem Forda Transita, którym jak się okazało, na koncert przybył wokalista zespołu Dżem - Maciej Balcar oraz część „dżemowej” ekipy Po koncercie, w samym środku nocy, spotkałem wesołą ekipę „Dżemu” gdzieś pod Berlinem na jednej z kolejnych stacji benzynowych. Wymieniliśmy krótko uwagi na temat koncertu Dava i Tima i pojechaliśmy w tą samą stronę, ale osobno. Nie stanie się chyba nic złego jeżeli napiszę, że wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem kunsztu technicznego Tima Reynoldsa. .
 
    Ale zacznijmy od początku w Berlinie byłem w dniu koncertu, po godzinie 11:00. Jak się wkrótce okazało mapa zakupiona dzień wcześniej w Tesco miała dość istotny defekt. Ulica Columbia Damm była na niej w 2 miejscach. Przez tą „drobną” pomyłkę zabłądziliśmy ale na całe szczęście „fałszywa” Columbia Damm była blisko tej właściwej. Wyobraźcie sobie kolesia jadącego na koncert z Gliwic do Berlina, który wreszcie dojechał na wskazane na mapie miejsce, patrzy a tam mieszkania prywatne – przyznam się że mnie lekko zamurowało. Gdy już udało nam się zaparkować samochód i gdy trafiliśmy szczęśliwie pod halę Columbiahalle kolejne zaskoczenie – oto naszym oczom ukazała się hala wyglądająca na absolutnie opuszczoną. Columbiahalle wyglądała jak jakiś stary magazyn albo podupadły bowling club. Nad wejściem tablica z napisem „T ni h” – chodziło oczywiście o Tonight, na dodatek zero informacji na temat samego koncertu Dava Matthewsa. Obok hali natomiast rozwieszone plakaty reklamujące kolejne koncerty w Columbiahalee a więc koncert girls bandu Sugarbabes oraz gwiazdy ostrego rocka – grupy Incubus. Uwielbiam takie nie jasne sytuacje.
 
Po zwiedzeniu Berlina wraz z fanami Dava z Wrocławia, których spotkaliśmy pod halą (oczywiście pozdrawiam) wróciliśmy pod Columbiahalle przed godziną 18:30. Już na pierwszy rzut oka dostrzegliśmy zasadniczą zmianę. Na tablicy umieszczonej nad głównym wejściem do berlińskiego obiektu pojawił się napis – Tonight: DAVE MATTHEWS. Oczywiście upewniliśmy się wcześniej czy jesteśmy w dobrym miejscu ale pomimo tego wszystkiego przyjęliśmy tą informację z pewną ulga. Pod halą spora grupa fanów – od samego początku moją uwagę zwrócili Amerykanie z fan-klubu– Warehouse. Język polski był doskonale słyszalny w tłumie a prym wiedli fani Dave Matthews Band z Wrocławia. Czekanie przez półtorej godziny w tłoku nie należy do rzeczy przyjemnych ale co zrobić – jak się chce mieć dobre miejsce to trzeba swoje odczekać i odcierpieć. Hala została otwarta około godziny 19:15 i wtedy nastąpił prawdziwy szturm fanów na główne drzwi wejściowe.
 
Tym razem nie było żadnego supportu. Koncert zaczął się prawie punktualnie o 20:00 za co Dava ma u mnie sporego plusa. Byłem w życiu na wielu koncertach ale jeszcze nikt, nigdy nie był tak punktualny – może dlatego, ze nigdy nie byłem na koncercie w Niemczech. Sam Dave od samego początku okazał się człowiekiem bardzo autentycznym, wyluzowany i zwłaszcza na początku koncertu również nieco zaspanym. Matthews wszedł na scenę zabawnym krokiem kowbojskim kojarzącym się z westernami z Johnem Waynem. Tuz za nim podążał malutki Tim Reynolds, którego można bez wątpienia uznać za wzór skromności. Ludzie oszaleli i tak gdzieś do połowy otwierającego koncert Bartendera nie słyszałem muzyki tylko wrzaski, oklaski, pogwizdywania itp. Hala kompletnie odleciała – to był wybuch wielkiej zbiorowej radości, która trwała przez cały okres trwania koncertu. Prym od samego początku wiedli Amerykanie, którzy moim zdaniem wypili o te kilka piw za dużo. Po zakończeniu Bartendera jeden z fanów – mężczyzna krzyknął w stronę Dava mocno zachrypniętym (patrz zmęczonym) głosem – „Dave, I love You”. Cała hala „ryknęła” śmiechem bo strasznie zabawnie i kontrowersyjnie to zabrzmiało – Dave spojrzał z byka w stronę, z której dobiegł głos – podrapał się w głowę po czym zrobił zalotną minę i odpowiedział „WOW, Am I lucky today?”. Takich docinek i gier słownych było tego wieczoru całkiem sporo. 
 
Przed wykonaniem niepublikowanego Sister - Dave zakomunikował: – „tego kawałka nie ma na żadnej płycie. Z pewnością niektórzy z Was o nim słyszeli. Zapewne wielu z Was już go skądś sobie ściągnęło a jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście to sobie ściągnijcie. Ja nie mam nic przeciwko temu – ciągnijcie sobie jeśli chcecie. Mam nadzieję, że wam się spodoba ... jak nie to (chwila konsternacji)... jak nie to pocałujcie mnie w dupe.” Tyle Dave w kwestii Sister. Podczas Sister powinno być cicho. Oczywiście nie wszyscy potrafili zachować ciszę i skupienie więc co chwilkę przez salę przebiegało gromkie „ciiiiiiiiii”.
 
Matthews i Reynolds grali wspaniale, na totalnym luzie a podczas Crash Into Me - Dave wreszcie rzucił okiem na Polska flagę i kilka razy puścił oko oraz wykonał kilka gestów w stronę Polskich fanów. Po Crash Into Me - Matthews powiedział, że cieszy się z tego, że na koncercie są Polscy fani. Miły gest, miejmy nadzieję, że w przyszłości Matthews przypomni sobie o tej sytuacji przy planowaniu kolejnej europejskiej, akustycznej trasy koncertowej. A swoją drogą fajnie że Dave wypatrzył polska flagę właśnie przy Crash Into Me. Największy przebój DMB zabrzmiał w Berlińskiej hali cudownie. Niedaleko mnie stała młoda dziewczyna, która przy Crash Into Me płakała. To była jedna z tych chwil, dla której warto przemierzyć każdą drogę by spotkać się z muzyką Matthewsa.
 
Jaka była oprawa samego koncertu? Można powiedzieć, że był to przerost treści nad formą. Dwa krzesła, stolik, termos z kawą (prawdopodobnie z kawą, nie sprawdzałem), dwie butelki wody mineralnej i dwie gitary akustyczne. Jeżeli ktoś oglądał w przeszłości koncerty Ewy Demarczyk to znakomicie wie o co chodzi. 
 
Co do muzyki to polecam zapoznanie się ze wspaniałym albumem akustycznym Matthewsa i Reynoldsa - Live at Luther Colegge. Były takie momenty kiedy w Columbiahelle robiło się wręcz magicznie. Dla mnie takim pięknym i wyjątkowym momentem była solówka Tima Reynoldsa w Lie In Our Graves. Wyczekiwałem tego kultowego kawałka i gdy wreszcie zabrzmiał zastanawiałem się jak będzie wykonany bez udziału perkusisty - Cartera Beauforda i genialnego skrzypka DMB – Boyda Tinsleya. Wyczekiwałem do chwili gdy Tim Reynolds zaczął grać solówkę w miejscu, w którym normalnie swój niesamowity popis daje Boyd Tinsley. Oczywiście solówki Boyda z Lie in Our Graves nic nie jest w stanie zastąpić ale sposób w jaki zmierzył się z tym kawałkiem Reynolds i tak zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Przecież ci facecie grają tylko i wyłącznie na dwóch pudłach. Trzeba to docenić zwłaszcza mając w pamięci wiele zespołów zmagających się z instrumentami akustycznymi podczas serii koncertów MTV Unplugged. Inne wspaniałe, niezapomniane momenty to: Gravedigger (uwielbiam ten kawałek), Stay or Leave, Crash Into Me, przy którym śpiewu Matthewsa oczywiście nie dało się za nic w świecie usłyszeć, Jimy Thing, Don`t Drink the Water, Dancing Nancies, solówka Reynoldsa z cytatem z klasycznego utworu Kashmir – legendarnego Led Zeppelin, Ants Marching (odlot w czystej formie) no i na koniec oczywiście - genialny Two Step, na który wszyscy czekali. Wykonania Ants Marching i Two Step do końca życia nie zapomnę. Trzeba poczuć na plecach te ciarki i tą energię żeby zrozumieć z jak wspaniałymi artystami ma się do czynienia.

Wspaniała atmosfera, sporo zabawy muzyką i dialogami z publicznością oraz wszechobecna świadomość, że to miał być tylko przedsmak tego co czeka fanów Dave Matthews Band już w maju. To co jest szczególne godne uwagi to fakt, że przez blisko 3 godziny trwania koncertu ani przez moment nie było nudno. Bez wątpienia Dave Matthews i Tim Reynolds potrafią zahipnotyzować fanów swoją muzyką nawet wtedy gdy na scenie nie ma całego bandu ale są tylko 2 „gołe” gitary akustyczne. To był wielki popis i dowód na to, że nawet w szalonym wieku XXI można tworzyć prawdziwą muzykę rockową i być na samym szczycie popularności nawet wtedy gdy brzdęka się w dwie „nagie” gitary akustyczne. Cudowna, niezapomniana noc.

 

Zdjęcia:

Dave Matthews Band Berlin 02 Dave Matthews Band Berlin 03
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.