ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

27.07.2007

Porcupine Tree/ Pure Reason Revolution, Warszawa, Klub Stodoła , 06 lipca 2007, godzina 20.00

„Bardzo czekałem na Sentimental, który usłyszeliśmy w dalszej kolejności właśnie dlatego, że jest niesamowicie ( aż do bólu) sentymentalny. Gra świateł mogła zachwycić przy Blackest Eyes...”
        Nie wiem dlaczego, ale trudno mnie się było zebrać aby rozpocząć pisanie tej relacji. Po prostu chyba musiało minąć trochę czasu, abym się mógł otrząsnąć z wrażeń doświadczonych tego wieczoru. Wchodzenie do klubu oraz zajmowanie miejsca przy scenie pośrodku mam na razie opanowane do perfekcji, tak więc te jakże nieistotne szczegóły pominę. Cokolwiek bym nie napisał to i tak nie wyrażę wszystkich swoich odczuć. Niektórych z nich bowiem nie można wyrazić słowami. No, ale spróbować trzeba. Więc do dzieła. Koncert był widowiskiem muzycznym połączonym z efektami świetlnymi (co prawda skromnymi, ale jednak) oraz z obrazami filmowymi na ekranie umieszczonym w głębi sceny. Jednak na razie jedno słowo o zespole poprzedzającym głównego wykonawcę a mianowicie grupie Pure Reason Revolution – koszmar, występ beznadziejny. Na szczęście grali tylko około 45 minut. Kwadrans po dwudziestej pierwszej przy aplauzie widowni weszli muzycy Porcupine Tree i zaczęli mocnym uderzeniem, czyli od dynamicznego Fear Of A Blank Planet. Od razu dało się słyszeć bardzo dobre ustawienie nagłośnienia, szczególnie czysto brzmiała perkusja oraz bardzo wyraźnie gitara basowa. Dalej niemalże w biegu Steven Wilson zmienił gitarę na akustyczną i popłynęła piosenka Lightbulb Sun . Ze względu na bardzo melodyjne frazy gitarowe w refrenie doskonale nadawała się na początek występu. Następnie muzycy powrócili do najnowszych dokonań i usłyszeliśmy spokojny i balladowy My Ashes. Po nim lider zespołu zapowiedział, że zagrają najdłuższy utwór wieczoru i już wszyscy wiedzieli, że usłyszymy Anesthetize, oprócz tego Wilson powiedział coś w tym sensie, że te najdłuższe , nie muszą być wcale najlepsze – to w odpowiedzi na owację publiczności. Nagranie trwające niemalże 18 minut i przedstawiające cały przekrój muzycznych dźwięków charakterystycznych dla rocka progresywnego u progu XXI wieku. Był to jeden z najbardziej poruszających momentów, niezupełnie dobre słowo, lepiej pasować tu będzie: poruszające prawie dwadzieścia minut, dla którego opłacało się tłuc w różnych środkach transportu międzymiastowego i miejskiego aby to usłyszeć i ujrzeć. Główne partie gitarowe wykonywał tu John Wesley, który towarzyszy zespołowi na trasach koncertowych. Jego gra na instrumencie bardzo pasuje do brzmienia grupy. Oprócz tego muzyk ten bardzo pięknie śpiewa, czego próbkę dał w wykonanym później In Farmaldehyde, gdzie w ogóle odłożył gitarę podszedł do mikrofonu, cudnie zaśpiewał a Steven Wilson wykonał takie soczyste rockowe solo gitarowe, że gdybym był w czapce to zapewne by mi spadła z głowy. Przewodnim motywem filmu pokazywanego podczas trwania Anesthetize były tabletki. Poukładane w kręgi kapsułki a następnie rozsypujące się na wszystkie strony i znowu powracające do poprzednich układanek. No, ale wracajmy do chronologii prezentowanych pozycji koncertu. Przy Open Car nie było na ekranie żadnego obrazu. Ale filmy później wróciły. Wyśmienicie zabrzmiał Drown With Me z pulsującym rytmem i piękną solówką gitarową. Bardzo czekałem na Sentimental, który usłyszeliśmy w dalszej kolejności właśnie dlatego, że jest niesamowicie ( aż do bólu) sentymentalny. Gra świateł szczególnie mogła zachwycić przy Blackest Eyes, ale tu główną rolę odegrały światła białe pulsujące w rytm gitar i perkusji. Sever wypadł bardzo przekonywująco. Dwa ostatnie utwory zasadniczej części występu to nagrania z nowej płyty , które poszły połączone ze sobą a mianowicie Way Out of Here i Sleep Together. Przy zapowiadaniu pierwszego z nich Wilson powiedział, że jest to według niego najlepszy fragment z nowego albumu. Przy tych numerach na ekranie wyświetlane były niezwykle frapujące filmy . Bo najpierw mieliśmy cały czas motyw torów, po których idzie młoda kobieta ze słuchawkami na uszach. Oprócz tego przewijały się pędzące pociągi. Natomiast przy ostatnim jakiś mrówkopodobny owad nie posiadający oczu uwięziony w olbrzymiej kropli wody i siedzący na dziwnym fotelu jednocześnie uderzający przednimi kończynami (czyli jakby rękoma) w coś w rodzaju podłużnego pulpitu z dwoma przyciskami. Uderzenia zgrane były z rytmem perkusji. W połączeniu z transową muzyką i dobranymi światłami robiło to niesamowite wrażenie. I tak, nie wiadomo kiedy przyszła godzina dwudziesta trzecia a z nią pora na bisy. Najpierw tradycyjnie z wielką energią Even Less, dalej instrumentalny Mother And Child Divided i na koniec Hello z bardzo mocno sugestywnymi tekstami na ekranie. Repertuar bisów dokopał nam nieźle i praktycznie wbił w parkiet swoją niezwykłą dynamiką. Biorąc pod uwagę ostatnie płytowe dokonania zespołu, charakteryzujące się mocniejszym brzmieniem, jechałem na ten koncert z lekką obawą. Jednak nie zawiodłem się, więcej, po wysłuchaniu tej muzyki na żywo zrozumiałem, dlaczego grupa wprowadza do stylu miejscami progmetalowe i ostre rockowo fragmenty. To jest po prostu wyznacznikiem ich muzycznego rozwoju. No, ale wreszcie, jaki był ten koncert? Energetyczny i rewelacyjnie przekazany. Były momenty , podczas których nie wiedziałem na czym mam skupić uwagę, tyle się jednocześnie działo na scenie. Myślę sobie – aby utrwalić takie widowisko i jak najwięcej z niego wynieść trzeba by obejrzeć je co najmniej dwukrotnie ale niestety nie zawsze istnieją takie możliwości. Póki co cieszmy się , że mieliśmy okazję posłuchać tak dobrej muzyki, a kto nie był – niech żałuje. Do następnego razu.. Panie Wilson.
 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.