ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 26.05 - Gdańsk
- 26.05 - Olsztyn
- 01.06 - Kraków
- 21.06 - Ostrzeszów
- 02.06 - Wrocław
- 03.06 - Warszawa
- 03.06 - Wrocław
- 03.06 - Wrocław
- 04.06 - Gliwice
- 11.06 - Kraków
- 12.06 - Kraków
- 18.06 - Kraków
- 20.06 - Warszawa
- 21.06 - Ostrzeszów
- 21.06 - Warszawa
- 22.06 - Warszawa
- 21.06 - Chorzów
- 22.06 - Kraków
- 24.06 - Warszawa
- 25.06 - Kraków
- 25.06 - Sopot
- 26.06 - Warszawa
- 27.06 - Warszawa
- 26.06 - Warszawa
- 28.06 - Kraków
- 10.07 - Kraków
- 11.07 - Gdańsk/Sopot
- 12.07 - Warszawa
- 12.07 - Warszawa
- 13.07 - Warszawa
 

felietony

01.10.2013

Karmazynowy Październik - 10 najważniejszych utworów King Crimson wg redakcji artrock.pl

Karmazynowy Październik - 10 najważniejszych utworów King Crimson wg redakcji artrock.pl

Pomysł z listą dziesięciu najlepszych utworów klasycznego wykonawcy okazał się trafiony. Na pierwszy redakcyjny ogień poszedł dorobek Pink Floyd. Co jako drugie? Gdy Robert Fripp ogłosił, że Karmazynowy Król powraca, było jasne, że kolejna redakcyjna lista będzie poświęcona dziesięciu kompozycjom King Crimson. Co prawda niektórzy kręcili nosem, że to trochę jak męskie turnieje Wielkiego Szlema (no, przynajmniej parę lat temu) – niby startuje ponad setka zawodników, a w finale i tak zagrają Nadal z Federerem; niby dziesiątki utworów do wyboru, a i tak wszyscy po cichu wiedzieli, co będzie na pierwszym miejscu – i tak też było, do tego faworyt wygrał z miażdżącą przewagą nad resztą stawki (wszak zwycięzca zgarnął prawie tyle samo głosów, co pozostałe dwa utwory z podium razem wzięte). Z uwagi na powrót Karmazynowego Króla na scenę, niniejszym inaugurujemy Karmazynowy Październik w serwisie ArtRock.

10. I Talk To The Wind (Ian McDonald, Peter Sinfield; In The Court Of The Crimson King, 1969) – 16 punktów.
Czyli: w prostocie siła. Ładna, rozlewna kantylena, delikatne trele fletu, w tle uroczo myszkująca wyciszona gitara brzmiąca trochę jak fortepian elektryczny. I ten smutny, przepojony rezygnacją śpiew... Piękne wyciszenie po szaleństwach „21st Century Schizoid Man” i zarazem wprowadzenie do „Epitafium”.

9. Islands (Robert Fripp, Peter Sinfield; Islands, 1971) – 21 punktów.
Fortepian, łaczący klasyczną prostotę z jazzową swobodą. Nostalgicznie kwilący flet. Miękki, nieco smutny głos Boza Burrella. Melancholijnie płaczący kornet... Od strony czysto formalnej, w przypadku innego zespołu byłaby to zapewne dość konwencjonalna rockowa ballada, ale Robert Fripp zrobił to oczywiście po swojemu, wbrew schematom: zdecydował się na nietypową aranżację i instrumentarium, nadając całości czarowny, jakby śródziemnomorski klimat. I do tego bajkowy finał, z solem kornetu na tle narastającego z niesamowitą mocą melotronu. Po chwili ciszy, jeszcze mały fragment ze studia: okruszek z próby muzyków. Dźwiękowy chaos, z którego rodzi się konkretna forma. Wspaniałe podsumowanie pierwszego okresu działalności King Crimson.

8. In The Wake Of Poseidon (Robert Fripp, Peter Sinfield; In The Wake Of Poseidon, 1970) – 26 punktów.
Robert Fripp mówi publiczności i prasie muzycznej: this band is my band! Tak jak cały album „In The Wake Of Poseidon” był na swój sposób frippowską wersją zespołowej płyty debiutanckiej, tak utwór  tytułowy to monumentalna forma muzyczna skonstruowana nieco na podobieństwo „Epitaph”. Podniosłe melotronowe pejzaże, niespieszne, jakby marszowe tempo, intrygujący przerywnik w środku (zwięzły gitarowy temat - „Libra's Theme” - pojawia się najpierw w wersji akustycznej, potem mocniejszej elektrycznej), ezoteryczny tekst Sinfielda i chóralny finał, zwieńczony kodą z wyeksponowanym fletem. Dla wielu „In The Wake Of Poseidon” to najsłabszy album z pierwszego okresu działalności King Crimson – i jest w tym stwierdzeniu wiele prawdy; co nie zmienia faktu, że jest to niezwykle intrygująca płyta, a utwór tytułowy sam w sobie jest dużym osiągnięciem.

7. Exiles (David Cross, Robert Fripp, Richard Palmer-James; Larks' Tongues In Aspic, 1973) – 28 punktów.
Pierwszy na naszej liście utwór z drugiego okresu działalności Karmazynowego Króla – ery Johna Wettona i Billa Bruforda. Po symfonicznych, podniosłych aranżacjach, jazzowych partiach instrumentów dętych i naleciałościach europejskiej muzyki kameralnej pozostało tu niewiele: to zdecydowanie gitarowe granie, wsparte chłodnymi partiami skrzypiec i (na pierwszym albumie) perkusjonalnymi ozdobnikami szalonego Jamiego Muira. King Crimson AD 1973 grał mocno i ciężko, ale nie stronił od chwil delikatnych i wyciszonych – takich jak „Exiles”, subtelnie zaaranżowana delikatna ballada Davida Crossa (John Wetton napisał środkowy fragment i zagrał w nim na fortepianie; na niektórych płytach koncertowych i składankach jest nawet wymieniany w miejsce Crossa jako współautor całości) z intrygującym wstępem wywiedzionym z utworu „Mantra” (pierwszy skład Króla grywał go na żywo), melancholijnym tekstem, ładną melodią skrzypiec, stonowanym, nastrojowym solem gitarowym i fletową kodą samego autora. W wersji studyjnej wypada bardzo intrygująco, choć studyjna aranżacja trochę rozmywa ten utwór: wersja koncertowa z albumu „USA” (lub pierwszej płyty zestawu „The Great Deceiver”), z uroczą skrzypcowo-melotronową partią przed pierwszą zwrotką, to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie udało się zagrać jakiemukolwiek wcieleniu Króla.

6. The Court Of The Crimson King (Ian McDonald, Peter Sinfield; In The Court Of The Crimson King, 1969) – 35 punktów.
Czyli jazda do piekła windą z filmu „Harry Angel” - wszak Karmazynowy Król to synonim Belzebuba. Wręcz gotycki nastrój, wielopłaszczyznowe, bogate melotronowe przestrzenie w tle i zaskakująca, jakby cyrkowa wstawka w środkowej części. Przedziwna podróż po zakamarkach piekła, jakby dźwiękowa wersja malarstwa Hieronymusa Boscha. Do dziś – jedno z najbardziej frapujących osiągnięć rocka (nie tylko progresywnego).

5. 21st Century Schizoid Man (Robert Fripp, Ian McDonald, Greg Lake, Michael Giles, Peter Sinfield; In The Court Of The Crimson King, 1969) – 38 punktów.
Monument. Zdaniem niektórych – pierwszy heavymetalowy utwór w historii. Do dziś jest istnym muzycznym trzęsieniem ziemi – masywny gitarowo-saksofonowy riff, duża ekspresja wykonania, nieziemsko brzmiące, zniekształcone, agresywne partie wokalne Grega Lake'a, wściekłe solo gitary i saksofonu, rytmiczne łamańce (choć całość operuje w dwóch metrach, 4/4 i 6/8). W roku 1969 to musiał być miażdżący cios. Robert Fripp wspominał, jak to podczas pierwszej trasy po Ameryce zespół natrafił na publiczność oczekującą zespołu gospel. Zagrany na początek koncertu „Schizofrenik” kompletnie zmiażdżył zaszokowaną publikę... Dzieło zespołowe, poskładane z elementów przyniesionych przez wszystkich muzyków (Ian McDonald dostarczył jedną ze swych jazzowych kompozycji, którą zgrabnie wpleciono w całość, Michael Giles opracował utwór pod względem zmian tempa i dynamiki), utrzymało się w koncertowym repertuarze Crimson do roku 1974 (kilka różnych wersji pojawiło się na minialbumie „Schizoid Man” w roku 1996), potem grywało je też Podwójne Trio.

4. Lizard (Robert Fripp, Peter Sinfield; Lizard, 1970) – 40 punktów.
Robert Fripp nie przepada za tą płytą. Kiedyś nazwał ją tragiczną porażką. Wśród fanów i krytyków ma za to bardzo wysokie notowania. Inna rzecz, że powstała w wyjątkowo trudnym okresie: z pierwszego składu został jedynie Sinfield, King Crimson jesienią 1970 tworzyli Robert, Peter, Mel Collins i Keith Tippett (który twardo nie zgadzał się na pełnowymiarowe członkostwo, pozostając wolnym elektronem) plus batalion muzyków sesyjnych. Do tego panowie z sekcji rytmicznej nie bardzo rozumieli muzykę King Crimson i po zakończeniu nagrań odeszli, przekreślając wszelkie plany koncertowe... Po składzie Fripp-Collins-Haskell-McCulloch-Sinfield pozostała raptem jedna płyta i jedyna w dorobku zespołu, 24-minutowa suita. Złożona z kilku różnych części, wśród których znalazła się czarowna piosenka z bajkowym głosem Jona Andersona, nieco beatlesowskim klimatem i efektownym chorałem na koniec (Prince Rupert Awakes), rozbudowane jazzowe granie w klimacie muzyki hiszpańskiej, z improwizacjami instrumentów dętych i monumentalnym finałem (Bolero – The Peacock's Tale), delikatny, choć brzmiący dość niesamowicie rożek angielski niby wprost z IX Symfonii Antonina Dvoraka (Dawn Song), apokaliptycznie brzmiący fragment bitewny (Last Skirmish) i przesycone bólem gitarowe solo (Prince Rupert's Lament). I na finał odgłosy niczym z wesołego miasteczka (Big Top)... Nawet jak na King Crimson, bardzo nietypowa, odjechana to kompozycja, mieszająca ze sobą zakręcony rock spod znaku Canterbury, free jazz, europejską muzykę kameralną, psychodelię, muzykę hiszpańską... Zarazem świadectwo swoich czasów, jazzowych eksperymentów i formalnych poszukiwań rocka progresywnego AD 1970.

3. Larks' Tongues In Aspic (David Cross, Robert Fripp, John Wetton, Bill Bruford, Jamie Muir – Part One; Robert Fripp – Part Two; Robert Fripp, Adrian Belew, Tony Levin, Bill Bruford – Part Three; Robert Fripp, Adrian Belew, Trey Gunn, Pat Mastelotto – Part Four; Larks' Tongues In Aspic – 1973, Three Of A Perfect Pair – 1984, The ConstruKction Of Light – 2000) – 43 punkty.
Już od pierwszych dźwięków słychać, że King Crimson AD 1973 to zupełnie inny zespół, niż ten z pierwszych kilku lat działalności. Zamiast instrumentów dętych i melotronu – powoli narastające dźwięki afrykańskiej sanzy. To oczywiście Jamie Muir. Potem przy akompaniamencie nowego elementu Karmazynowej palety dźwięków skrzypiec wyłania się powolny, superciężki gitarowy riff jakby wprost z płyty Black Sabbath... Pierwsza część „Skowrończych języczków w auszpiku” to karmazynowy mikrokosmos w pigułce: całość jest zamierzenie eklektyczna, chaotyczna, nie sposób tu znaleźć kompozycyjnej ramy spinającej cały utwór (podobnie jak choćby w „Lizardzie”), kolejne części (to zespołowe granie, to skrzypcowe popisy Crossa – inspirowane „The Lark Ascending” Ralpha Vaughana-Williamsa, stąd tytuł całej kompozycji) łączone są ze sobą na zasadzie kontrastów. Druga część opiera się na ostrym gitarowym riffie (częściowo inspirowanym fragmentem „Święta wiosny” Strawińskiego), ciekawie kontrastowanym nieco łagodniejszą, ciekawie stopniującą napięcie sekcją, w której sporo do powiedzenia mają to Cross, to Muir ze swoimi zabawkami – jedyne, co psuje nieco obraz całości, to zbyt płaskie brzmienie (zresztą cały album „Larks' Tongues In Aspic” brzmi tak, jakby panowie realizatorzy się obżarli valium). Co ciekawe, przeróbkę drugiej części „Języczków” wykorzystano w filmie „Emanuelle”, bez pytania Frippa o zgodę (Robert co nieco zarobił na ugodzie pozasądowej). Jedynkę często grywał na żywo King Crimson AD 1973-74, część druga pozostała w koncertowym repertuarze grupy aż do 1996 (potem skład z Gavinem Harrisonem odkurzył ten utwór). W roku 1984 pojawiła się część trzecia, nie aż tak intrygująca jak pierwsze dwie, ale niemniej ciekawa: zelektronizowane brzmienie, kaskady gitarowych dźwięków, solidny basowy fundament Tony'ego Levina, intrygujące finałowe solo Frippa... Część czwarta podobno powstała w drugiej połowie lat 80., jako główny temat do filmu „Neuromancer”, i została zarzucona, gdy porzucono pracę nad filmem. Ile z tego utworu przeniknęło do wydanego w 2000 „Larks' Tongues In Aspic Part Four” - nie wiadomo. Wiadomo za to, że zespół, zauroczony post-rockowym graniem, spróbował uczynić część IV bardziej atmosferyczną, odchodząc od konwencjonalnych struktur melodycznych i skupiając się na konstruowaniu wielopiętrowych partii instrumentalnych, co nie do końca się powiodło, choć „Coda: I Have A Dream” (po 11 września 2001 pomijano partię wokalną, z uwagi na nawiązanie w tekście do pierwszego zamachu na WTC) robi duże wrażenie.

2. Epitaph (Robert Fripp, Ian McDonald, Greg Lake, Michael Giles, Peter Sinfield; In The Court Of The Crimson King, 1969) – 44 punkty.
Z debiutanckiej płyty KC na naszej liście nie znalazł się jedynie „Moonchild”. W sumie trudno się dziwić – pozostałe cztery kompozycje to pomniki, żelazna klasyka prog-rocka jako takiego. A „Epitaph”... Jak na rok 1969 – trudno znaleźć inny przykład tak monumentalnego, symfonicznego grania. Moody Blues co prawda też lubili melotron, ale ich muzyka jest znacznie lżejsza, bardziej psychodeliczna, „angielska”, a Crimson pełnymi garściami czerpie z europejskiej muzyki doby romantyzmu (i nie tylko – Wagner jest tu słyszalny, ale i Strawiński też się kłania). Równie dystopijny co w przypadku „Schizofrenika”, ponury tekst, marszowy rytm, pełen bólu, podniosły śpiew Lake'a (zresztą to głównie jego utwór – to on napisał melodię „Epitafium”; zresztą ELP pożyczyli fragment „Epitaph” do koncertowych wykonań „Tarkusa”), przerywnik z nieziemsko brzmiącym klarnetem basowym, dodającym całości niesamowitej aury, a potem monumentalny finał... Nawet jeśli w przeciwieństwie do „21st Century Schizoid Man” „Epitaph” co nieco odczuł upływ czasu, to nadal jest wielki, znakomity utwór.

1. Starless (David Cross, Robert Fripp, John Wetton, Bill Bruford, Richard Palmer-James; Red, 1974) – 79 punktów.
Tak jak „Epitaph” zaczął się od pomysłu Lake'a, tak pomysł na „Starless” przyniósł John Wetton. To on napisał piosenkę będącą punktem wyjścia do całej kompozycji, jego także był pierwotny tekst. Inna rzecz, że pierwsza wersja „Starless” niezbyt przypadła Frippowi do gustu. Zespół zaczął przerabiać całość, pojawiła się długa część instrumentalna i skrzypcowe wprowadzenie, zmieniał się też tekst... Przerobiony utwór trafił do koncertowego repertuaru grupy, Wetton chciał, by „Starless” trafił też na drugą studyjną płytę KC ze jego udziałem, ba! - by stał się jej utworem tytułowym. Fripp i spółka zawetowali ten pomysł, a płytę nazwano „Starless And Bible Black” - by podkreślić, że King Crimson to czteroosobowy, mniej lub bardziej demokratyczny twór. Co się odwlecze... Ostatecznie „Starless” trafił na kolejny, ostatni na siedem lat studyjny album Karmazynowego Króla. W dopracowanej, nieco przearanżowanej wersji, z doszlifowanym przez Palmera-Jamesa tekstem. Z gościnnym udziałem starych znajomych – Mela Collinsa i Iana McDonalda na saksofonach, Robina Millera na oboju i anonimowego wiolonczelisty. Skrzypcowy wstęp nieobecnego już w zespole Crossa zastąpiła gitara i saksofony. Ostatecznie „Starless” to King Crimson 1969-74 w pigułce. Jest tu wszystko, z czym mieliśmy do czynienia na płytach tego zespołu. Łagodna, smutna ballada? Jest. Ekspresyjne gitarowe granie? W długim instrumentalnym rozwinięciu go nie zabrakło. Awangardowe odjazdy? Jazzowe szaleństwa? Pod koniec utworu mamy hałaśliwe, ocierające się o atonalność solo saksofonu. Kontrasty? Ależ proszę: choćby moment, gdy kończy się część piosenkowa i zaczyna ciężki duet gitarowo-basowy. Monumentalne progresywne granie z dużą dawką melotronu? Jest sam finał – potężny, majestatyczny powrót głównego motywu części piosenkowej, z potężnymi dźwiękami gitary basowej i melodią prowadzoną przez obój (na koncertach grał to Fripp na gitarze – swoją drogą, pomysł z obojem okazał się trafiony w dziesiątkę). Porywające zakończenie siedmiu lat królowania Karmazynowego Monarchy.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.