ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Twelfth Night ─ Live from London w serwisie ArtRock.pl

Twelfth Night — Live from London

 
wydawnictwo: The Iguana Project 2005
dystrybucja: Rock Serwis
 
1. The Ceiling Speaks; 2. Human Being; 3. We Are Sane; 4. Fact And Fiction/The Poet Sniffs A Flower; 5. Creepshow; 6. Art. And Illusion; 7. Love Song
Recorded live at The Marquee Club , London on 9th March, 1984
 
Całkowity czas: 60:00
skład:
Andy Sears – lead vocals/ Brian Devoil – drums/ Clive Mitten – bass guitar/ Andy Revell – guitar/ Rick Battersby – keyboards
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,6

Łącznie 7, ocena: Arcydzieło.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
23.01.2006
(Recenzent)

Twelfth Night — Live from London


No, na reszcie jest. Już się nie mogłem doczekać. Polska premiera tego DVD odwlekała się miesiącami!!

Jednym z niewielu zespołów, które w połowie lat 80-tych mogły podskoczyć Marillion w kategorii „Wymiatacz Koncertowy”, było Twelfth Night. Grupa powstała z inicjatywy gitarzysty Andy Revella, początkowo jako Andy Revell Band, potem doszedł basista Clive Mitten i zespół zmienił nazwę na Twelfth Night. Następnie doszedł klawiszowiec Rick Battersby , a po pewnym czasie miejsce przy mikrofonie zajął Goeff Mann. To był ten najsłynniejszy skład Twelfth Night, który nagrał min. „Fact & Fiction” i „pogrobowy” koncertowy album „Live And Let Live”. W 1983 roku Mann opuścił kolegów, a na jego miejsce zaangażowano nowego wokalistę Andy Searsa. Nowy skład miał okazję załapać się na występ w BBC, w jednym z programów w cyklu „Live from London” – godzinny koncert zarejestrowany został w klubie Marquee. Faktycznie byli tacy mocni na koncertach? Uczciwie trzeba powiedzieć, że byli. Spokojnie dorównywali Marillion z tamtego okresu, a jak wtedy grało Marillion, to parę osób pamięta, bo widziało (Kosiak stwierdził, że Genesis przy nich to nic – nieprawdaż?)

W Twelfth Night show na scenie tworzyło głównie dwóch ludzi – wokalista Andy Sears, dość drobnej postury, lekko umalowany, z blond trwałą – na scenie żywiołowy, demoniczno-groteskowy. Wulkan energii, śpiewający i odgrywający utwory, obsługujący również czasami dodatkowe instrumenty perkusyjne. Drugi to basista Clive Mitten – jeszcze bardziej umalowany (te błękitne cienie na powiekach...) z jeszcze okazalszą trwałą i drewnianymi lub kościanymi „warkoczykami”, nieco z imidżu podobny do Nikki Beggsa z Kaja Goo Goo. Też podobnie jak on grający i równie dobrze. Również ze słabością do nieco nietypowych instrumentów – Beggs grał na sticku, a Mitten ma basa sześciostrunnego. No i wie po co ma te sześć strun. Bo bassman jak ma taki instrument to nie po to, żeby szpanować przed panienkami na widowni, tylko widocznie taki jest mu potrzebny.

Sam Andy Sears miał trudne zadanie, bo musiał zastąpić poprzedniego wokalistę Goeffa Manna – a była to w zespole postać znacząca i charyzmatyczna. Wielu fanów utożsamiało Twelfth Night właśnie z Mannem. Sam pamiętam, że jak mi znajomy o tym koncercie opowiadał – to zapytałem – czy z Mannem? Słysząc odpowiedź - Nie, z Searsem – odparłem rozczarowany - bueee. Jednak szybko zmieniłem zdanie.

Zaczęli od dynamicznego „The Ceiling Speaks”, potem z równym rozmachem „Human Being” – tylko może momentami trochę chaotyczna wersja. No i jeden z klasyków zespołu – w „We Are Sane” Sears z Mittenem dają popis swoich możliwości scenicznych, ale to jeszcze nic, bo potem jest „Fact & Fiction” z kapitalnym wstępem-dialogiem dwóch polityków (Sears i Mitten – mówiący po rosyjsku!! Do tego dobrze!) zakończony słynnymi słowami - „The truth is only what we tell You! We are the fact, they are the fiction”. Wtedy dotyczyło to stosunków międzynarodowych, teraz może dotyczyć każdej kampanii wyborczej. Opus magnum to „The Creepshow” . Tutaj Sears przechodzi samego siebie, a zespół dzielnie mu sekunduje. Potem już są już bisy – dwa. Pierwszy to utwór tytułowy z powstającego mini-longplaya „Art & Illusion”, a drugi, no co mogło kończyć koncert Twelfth Night? Oczywiście „Love Song”. Gitarzysta wreszcie sobie pograł, popisując się w finale utworu ładna solówką, której dobre wrażenie psuły napisy z listą płac, akurat wtedy puszczone. Trudno, zawsze można zamknąć oczy na te kilkanaście sekund. Jak na zespół prog-rockowy solowych popisów instrumentalnych nie ma zbyt dużo – raczej poniżej średniej gatunkowej. Ale grania jest masę – coś cały czas się dzieje, najwięcej roboty ma sekcja rytmiczna, grająca mocno „do przodu”, nieomal funkująco. Połamane rytmy, ciągłe zmiany tempa, od czasu do czasu czujnie wrzucony klawiszowy pasaż, krotka solówka gitarowa. Muzycznie to nie tylko odwoływanie się do progresywnej przeszłości, ale baczne rozglądanie się wokół, co się wtedy w muzyce działo – to chyba najbardziej nowofalowo-noworomantyczny zespół progresywny, jaki wtedy działał. Porównania z Kaja Goo Goo , a także z Duran Duran wcale nie są takie bezpodstawne (i wcale nieobraźliwe) , jeśli chodzi o warstwę rytmiczną i nowoczesne brzmienie. O ile na studyjnej płycie „Fact & Fiction” odbija się to lekko plastykiem, to na żywo wychodzi już zupełnie dobrze. Nie jest to oczywiście koncert idealny Wpadki się zdarzają – a to trochę „krzywe” przejście, a to któryś z muzyków nie do końca z tonacją trafi, a to basiście się palec na klawiaturze omsknie (bo też gra i na klawiszach). Jednak to są niuanse, zupełnie nie mające wpływu na odbiór całości. Mało widziałem lepszych koncertów na video lub DVD.

Żeby nie było tak słodko – to ile co do części muzycznej nie mam żadnych zarzutów – to edytorsko... Już pomijam te napisy w finale „Love Song”. Ale na płycie nazwiska muzyków napisano z błędami!! Z Searsa zrobiono Scarsa, z Devoila - Devaila, nazwisko Battersby’ego też przekręcono. Odpowiedzialnego za to pacana uderzyć, a nie zabić to grzech. Na szczęście to też niuanse. Niektórych słuchaczy (oglądaczy?) rozpuszczonych na wysokobudżetowych, „wypasionych” DVD może rozczarować skromność tego wydawnictwa – dźwięk taki sobie, zwykłe stereo, dodatki bardzo skromne, wizualnie też bez fajerwerków – ot, zespół na scenie sobie gra. I tyle. Ale to jest najważniejsze – ten zespół, ta scena i ta muzyka.
I nadeszła ta wiekopomna chwila . Po raz pierwszy – daję dychę!


 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.