ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Hackett, Steve ─ Wild Orchids w serwisie ArtRock.pl

Hackett, Steve — Wild Orchids

 
wydawnictwo: InsideOut Music 2006
dystrybucja: Mystic
 
1. A Dark Night In Toytown (3:42)
2. Waters Of The Wild (5.35)
3. Set Your Compass (3:38)
4. Down Street (7:34)
5. A Girl Called Linda (4:44)
6. To A Close (4:49)
7. Ego & Id (4:08)
8. Man In The Long Black Coat (5:07)
9. Wolfwork (4:49)
10. Why (0:47)
11. She Moves In Memories (5:00)
12. The Fundamentals Of Brainwashing (3:01)
13. Howl (4:31)
 
Całkowity czas: 57:26
skład:
Steve Hackett - Guitars, Electric Sitar, Harmonica, Psaltery, Optigan & Voices
Roger King - Keyboards & Rhythm Guitar
John Hackett - Flute
Rob Townsend - Saxes, Flute, Tin Whistle & Bass Clarinet
Gary O'Toole - Drums & Harmony Voices
Nick Magnus - Keyboards

The Underworld Orchestra:
Christine Townsend - Principal Violin, Viola
Richard Stewart - Cello
Dick Driver - Double Bass
Colin Clague - Trumpet
Chris Redgate - Oboe, Cor Anglais
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 5
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 15
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 12
Arcydzieło.
› 8

Łącznie 45, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 6 Niezła płyta, można posłuchać.
21.10.2006
(Recenzent)

Hackett, Steve — Wild Orchids

Ani wstydu, ani chwały ta płyta Hackettowi nie przyniesie. To jest dolna strefa stanów średnich, jeżeli chodzi o jego twórczość. Ale od czasów „Darktown” nagrywa coraz słabsze rzeczy.

Zaczyna się tak, że... o matko pojedyncza, a co to, Rhapsody? No bo jakoś ten wstęp trochę podobny do tytułowego utworu z nowej płyty knight-metalowców Turilliego :). Jeszcze ta perkusyjna młocka w finale. Niezbyt zachęcająco to brzmi, prawda? Ogólnie jednak słucha się tej płyty stosunkowo dobrze – łatwo, lekko i przyjemnie. Tyle, że mniej więcej do połowy. Potem tak bezwiednie człowiek zaczyna przeglądać gazetę, robić herbatę i drapać się po brzuchu. W pewnym momencie muzyka przestaje interesować. Trochę dziwne, bo druga część płyty jest lepsza, ale to pewnie efekt zamulenia się pierwszymi utworami. To taka muzyczna bombonierka z pralinkami – trochę zbyt słodka, żeby strawić w całości. Brakuje na tej płycie jakichś wyjątkowych "killerów", do których obecności Hackett ostatnio nas przywyczaił – „In Memoriam”, „Serpentine Song”, „Mechanical Bride”. Czy na „Wild Orchid” jest jakiś taki utwór, który mógłby trafić do hackettowskiego kanonu? Nie widzę... Nie słyszę... Mam wrażenie, że niektóre utwory, to gorsze kopie odpowiedników z przeszłości, na przykład „Down Street” i „Vampyre with A Healthy Appetite”. Może za bardzo się czepiam? Może „Wild Orchids” to miała być właśnie taka lekka , melodyjna płyta. Może i tak miało być. Pewnie nie miałbym nic przeciwko temu. Tylko te melodie trochę zbyt banalne. Jego rodzony brat popełnił rok temu płytę o podobnym charakterze i wyszło mu o niebo lepiej. Jednak to nie po chrześcijańsku jeździć tak bez umiaru po tej płycie. Jak wspomniałem słucha się jej wcale przyjemnie. Są delikatne i kameralne ballady – „Set Your Compass” i „To A Close” na których ucho zawiesić można, kolejna wersja ballady Boba Dylana „Man in A Long Black Coat” – to utwór, którego praktycznie nie da się zepsuć. Wyróżnia się też „Ego And Id” ale to kolejna pożyczka, tyle , ze od brata . Niezłe „ Wolfwork” wydaje mi się udziwniane nieco na siłę – rozbijanie łomotliwym refrenem delikatnego tematu canta nie przypadło mi zbytnio do gustu. Interesujące są dwa ostatnie połączone ze sobą utwory „The Fundamentals of Brainwashing” i „Howl”.

Ta płyta ma trochę pecha. U mnie ma pecha. Ostatnio modernizowałem swoją kolekcję płyt Hacketta (wymieniłem CDRy na oryginały i nie-remastery na remastery) i sporo jego wcześniejszych dokonań mam zupełnie na świeżo, a „Wild Orchids” przy nich nie prezentuje się zbyt okazale. No cóż , bywa. Po płytach wspaniałych zdarzają się słabsze.

Co bardziej oddani fani Hacketta łykną to bez popitki, ci co trzeźwiej myślący też łykną, ino nieco się skrzywią i stwierdzą, że no cóż, bywa...

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.