ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Forgotten Silence ─ Kro Ni Ka w serwisie ArtRock.pl

Forgotten Silence — Kro Ni Ka

 
wydawnictwo: Redblack Productions 2006
dystrybucja: Foreshadow
 
01. Brighton (the Streets And The Pier) [25:02]
02. Declaration (the Marble Halls V.) [18:21]
03. Mezzocaine [17:55]
04. Interactive CD EXTRA
 
Całkowity czas: 61:02
skład:
Medved – guitar; Krusty – bass, voice; Cepa – drums, percussion; Marty – keyboards; Biggles – guitar
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 5
Arcydzieło.
› 5

Łącznie 11, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
13.02.2007
(Recenzent)

Forgotten Silence — Kro Ni Ka



Czwarty album naszych południowych sąsiadów to tylko trzy utwory. Ale składające się na ponad godzinę wspaniałej, poruszającej muzyki. Długość utworów zapowiada mnogość atrakcji i tak jest w rzeczywistości już od początku.

Rozpoczynający płytę Brighton (the Streets And The Pier) rozpoczyna się niczym chillout’owa płyta, na niedzielne senne popołudnie. Ale to zmyłka. W trzeciej minucie pojawiają się ciekawe brzmienia gitar, dobrze słyszalny, niepokojący bas oraz przede wszystkim wszechobecne instrumenty klawiszowe, na których Marty wygrywa niepokojące i niecodziennie słyszane frazy, operując wciągającymi barwami czarnobiałej klawiatury. Wiele tu hammond’owych dźwięków, wiele fraz gotyckich. Kilkukrotne załamania rytmu i niesztampowe akordy. W między czasie słyszymy historię opowiadana przez Krusty’ego. Ponieważ zespół wywodzi się z nurtu metalowego, więc drapieżny metalowy pazur, co jakiś czas nas drapie. Utwór narasta, zaczyna być coraz bardziej złożony i przygniatający słuchacza. Jest tu mocne progmetalowe granie, obłędne riffy gitar i uderzenia klawiszy. Ale to tylko koniec pierwszej części suity, gdyż od ósmej minuty rytm się zmienia i to, co do tej pory uważaliśmy za mocniejsze uderzenie okazuje się zaledwie przystawką. Na początku bębny, werble i pustynna karawana, za chwilę zaś chłopaki się rozkręcają i atakują nas wciągającymi metalowymi rytmami, przesterowanymi dźwiękami i głosami. Głosami, gdyż słusznie jest podane: KRUSTY – VOICES. Nie ma tu w zasadzie śpiewu, są za to melodeklamacje dużej ilości tekstu. Rozbudowana perkusja i znowuż klawisze, jakich nie powstydziłby się niejeden wiodący zespól progresywny. Jest w tym utworze mnóstwo ulubionych przeze mnie zagrań, czyli jednego wyeksponowanego dźwięku na tle ściany, jaką buduje zespół. Przygniatająca moc gitar bardzo, bardzo metalowych. Powraca główny wątek, ale otoczony piękną sekcją rytmiczną. Słuchacz zresztą znajdzie tu jeszcze więcej ciekawych momentów, bo rozwiązania zastosowane w tych dwudziestu pięciu minutach, z powodzeniem wystarczyłyby na trzy albumy przeciętnego zespołu. Gdyby ktoś zażądał porównania…

I met myself walking down the street
It was a surprise
I looked like a stranger


Drugi utwór Declaration (the Marbles Halls V.) to zmiana klimatu. Zespół ewidentnie chce pokazać, iż potrafi i chce grać inaczej niż na wcześniejszych płytach. Od razu moje wspomnienia podążyły w kierunku Manowar, aby po kilku chwilach przenieść się w świat The Doors i ambitnego rocka tamtych czasów. Znowu klawisze jakby przeniesione z lat siedemdziesiątych, zwodnicza perkusja i jakby lekko jazzowy bas. Tak, coś w tym jest. Dużo muzyki improwizowanej, jakby nagranej podczas wieczornego jam session. Pięknie to brzmi. Nagle kilka fraz stoner-(r)ockowej gitary i jedziemy. Narastający klimat, rozbudowująca się aranżacja, poszerzanie i tak szerokiego horyzontu. W pewnym momencie – około jedenastej minuty - przychodzi uspokojenie i wyciszenie, gdzie towarzyszą nam głównie dźwięki klawiszy. Uspokojenie jest nam potrzebne, gdyż muzycy nie zamierzają nas oszczędzać. Wzorem najlepszych zespołów z początków lat siedemdziesiątych, muzyka trwa, nieograniczana, nie zatrzymywana, niepokojąca.

Pozostał nam najkrótszy na płycie Mezzocaine. Najkrótszy trwający prawie osiemnaście minutek. O tak, TRANSATLANTIC przypłynął. Możemy wsiąść i odpłynąć w podróż w nieznane. Podróż będzie psychodeliczna, z wieloma urwanymi wątkami, z kilkoma zmianami tras i kierunków. Ba, nawet się na chwilę cofniemy. Ale gwarantuję, że wysiądziemy w tym samym, choć nie takim samym porcie. Pojawiają się długie improwizowane, jazzowe minuty a także progresywne aranżacje na klawisze, perkusję, gitary i bas.

Na sam koniec jeszcze część multimedialna. Na płycie znajdziemy biografię i dyskografię zespołu, dużo zdjęć, teksty, tapety na pulpit i radiowe wersje utworów z płyty – rewelacyjnie brzmią, a ich czas to za każdym razem około … sześciu minut.

Książeczka zaczynająca się z dwóch stron – po angielsku i po czesku. Zaś w środku „dane techniczne” i logo zespołu – właśnie doom-metalowe. Świetny klimat płyty. Gdyby ktoś zażądał porównania… Deadwing (PT) plus El Baile Leman (Senor Coconut) plus Coming Through (Ryo Okumoto) plus Stigmata (Dominium) plus Passion & Warfare (Steve Vai) -- ale to moje własne przemyślenia. Nevermind… Sam zespół ewoluował, zaczynając jako doom-metalowy band, grający na mrocznych dość festiwalach. Jednak zbudowany jest z muzyków poszukujących, rozglądających się za nowymi formami i brzmieniami. Muzyka, jaką prezentują obecnie jest pofałdowana jak droga z Wrocławia do Pragi, znajdziemy tu mnóstwo zakrętów ostrych zjazdów i mozolnej wspinaczki, a w pewnym momencie będziemy musieli przekroczyć granicę…
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.