ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Pink Freud ─ Alchemia w serwisie ArtRock.pl

Pink Freud — Alchemia

 
wydawnictwo: Universal Music Polska 2007
 
01. Police Jazz [12:30]
02. Punk Freud [11:29]
03. Mademoiselle Madera [10:05]
04. Muzyka Pięciu Przemian [10:45]
05. Boogie Woogie Waltz [13:50]
06. Rozmowy z Kapokiem-Noc [09:57]
 
Całkowity czas: 68:50
skład:
Wojciech Mazolewski - bass, percussion; Tomasz Ziętek - trumpet; Tomasz Duda - saxophone, bass clarinet; Marcin Masecki - Hammond B3, Wurlitzer electric piano; Kuba Staruszkiewicz - drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 3
Arcydzieło.
› 2

Łącznie 6, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
10.02.2008
(Recenzent)

Pink Freud — Alchemia

Pink Freud – Alchemia, to album koncertowy, będący pamiątką po trzech koncertach, jakie zespół dał dla krakowskiej publiczności w dniach 23, 24, 26 października 2006 roku. Pierwsze, co mnie urzekło po zakupie tej płyty, to forma wydania. Piękny rozkładany, digipack całkowicie czarny, nie licząc szarej nazwy zespołu i szaro-czarnych zdjęć muzyków. Potem wysypała mi się okrągła czarno-czarna (na czarnym matowym tle czarne błyszczące litery) fantastyczna naklejka wielkości płyty. W okładce znajdziemy pisane biało na czarnym (w języku polskim) i biało na różowym (w języku angielskim) posłowie Wojtka Mazolewskiego. Jest w nim mowa o klubie, o pewnej stodole, o buncie komputerów, o intymności. Za opis płyty w zupełności wystarczy te właśnie kilka zdań, ale możecie je przeczytać dopiero po zakupie, więc…

 

Album zawiera sześć kompozycji, z których cztery pierwsze są autorstwa Pink Freud, piąta Josefa Zawinula, zaś ostatnia również autorstwa zespołu jest bisem. Utwory takie, jakie kocham najbardziej, długie, długaśnie od dziesięciu do czternastu prawie minut. Jakoś tak się złożyło, że miałem okazje uczestniczyć w ich koncercie we Wrocławiu, na zakończenie trasy promującej ów album, – co ciekawe jeszcze przed jego premierą. I nie spodziewałem się, że to, czego doświadczyć można na ich koncertach znajdzie się na płycie. Płyta ta to doskonały powrót do koncertowych chwil, dla sympatyków zespołu i świetne zaproszenie do wybrania się na ich koncert dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji ich widzieć i słyszeć na żywo. Album jest dużym przeżyciem dla Wojtka i reszty zespołu, co słychać w tej jakże intymnej muzyce. Ale nie tylko. Obserwując ich proces tworzenia w wersji live, podczas licznych koncertów, wiem, że również dla słuchaczy było to bardzo intymne spotkanie. Jest również przeglądem przez cała ich twórczość. Kompozycje wybrane przez zespół za pomocą Alchemii, rozłożono na składniki podstawowe i zdekomponowano ponownie za pomocą czynników zewnętrznych, takich jak owa stodoła, bułka z masłem na śniadanie, magia trzeciego dnia i kilku innych czynników trudnych do określenia. Dość, że po włączeniu płyty przypomniał mi się klimat z dawnego koncertu (oczywiście bilet dalej posiadam) – pierwszego, na jakim byłem, jaki miał miejsce we wrocławskim Centrum Sztuki IMPART, gdzie jednego wieczora (17 stycznia 2004 roku, – co za zbieżność premiery albumu i tamtego dnia) wystąpił legendarny już Łoskot (Mikołaja Trzaski) i właśnie Pink Freud. Tamte, nowe wówczas dla mnie odkrycia, dominują na tym albumie. Niby znamy te kompozycje, niby jakoś je kojarzymy, a jednak musimy podejść do zespołu w innej nieco tonacji. A to za sprawa obecności Tomka Dudy i Marcina Maseckiego. Pierwszy serwuje nam przepiękne dźwięki klarnetu basowego i saksofonu, co nadaje specyficznej drapieżności kompozycjom. Drugi zaś, będący wirtuozem instrumentów klawiszowych przywiózł ze sobą do klubu… organy Hammonda. To zaś skierowało free-yassową muzykę Pink Freud na zupełnie odmienne tory. Powróciliśmy do podstaw psychodelii i improwizacji. I to jest cudowne.

 

Rozpoczynający album Police Jazz pochodzi z ostatniego studyjnego krążka Punk Freud. Tam trwa niecałe cztery minuty – tutaj ponad dwanaście. To pierwszy dowód na wspaniałości, jakich możemy oczekiwać po zespole. Podstawowy motyw jakby lekko odmieniony, ale przede wszystkim ogromna ilość dodatków, smaczków, improwizacji, subkompozycji. Całość leniwie się rozciąga, choć jak to na patrolu. Czasem adrenalina wzrasta w trakcie pościgu, tak jest i tutaj. Można powiedzieć, że w każdym z tych utworów rozbrajają nas wszystkie instrumenty. W tym utworze prym wiedzie psychodeliczna szarpanina Wojtka, który tylko sobie znanym sposobem rozkochuje w nas ten zazwyczaj stojący na uboczu instrument, jakim jest gitara basowa. Oraz w cudowny, przypominający najlepszy okres muzyki progresywnej (przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych) Hammondowe zagrania Marcina. To, co pojawiło się tutaj, z pewnością zaskoczyło wielu słuchacz – mnie na pewno.

 

Punk Freud to utwór wcześniej nieprezentowany. Jest to wczesna kompozycja zespołu, tutaj odświeżona i bazująca na hammondowym podkładzie – od tego się zaczyna. Potem prowadzenie przejmują instrumenty dęte i oczywiście wszystkiego pilnujący bas. Zaś poznane już Hammondy istnieją cały czas. Są pod zespołem i obok niego, pojawiają się i znikają, ale cały czas nie pozwalają o sobie zapomnieć. Doskonałe ostre, mantryczne tempo plus doskonały Tomek Ziętek i wszyscy są ugotowani. W pewnej chwili pojawia się przetworzony w specyficzny sposób bas, którym znowu nas Wojtek zaskoczył, wydawałoby się, że muzyka osiągnęła apogeum – a tu niespodzianka, apogeum improyassu osiągnie dopiero z gwizdami publiczności. Muzyka trwa i trwa, ciągnie się rozwija, oplata nas ze wszystkich stron i w końcu dusi w mocnym psychodelicznym, pozbawionych jakichkolwiek barier splocie.

 

Mademoiselle Madera to jeden z moich ulubionych, (choć znajdzie się tu jeszcze jeden taki) utworów zespołu. Cichuteńki, spokojny początek, jakby poi poprzednim utworze Wojtek zużył cały instrument. Na całe szczęście to tylko palce odpoczywały, pojawiają się wiec bardziej rozbudowane dźwięki. A także oczekiwane przeze mnie wrzaski dzikich małp i odgłosy z puszczy amazońskiej – to za sprawą trąbki, dziwacznie stłumionej i przetworzonej. Jak to nazwać? Elektroniczna trąbka? Tomek jest w tej dziedzinie mistrzem. Po kilku (trzech) minutach pojawia się znany, koktajlowy niemal motyw. Leniwie płynący parostatek, wokół dzika przyroda, słuchacz, jazz i dobre wino. Ten utwór jest jak dobre wino. Im starszy i bardziej improwizowany tym lepszy. Na tym koncercie panowie z zespołu poszli na całość i powoli dokładając instrumentów, zebrali siły i zaczęli tę maszynę parową rozpędzać. Dzieje się coraz więcej i więcej, dźwięki narastają, prędkość rośnie. W pewnym momencie wydaje nam się, że mocniej już się nie da grać… i tak jest rzeczywiście. Komputer rejestrujący nagranie się buntuje, przegrzewa i zatrzymuje. Niesamowite.

 

Muzyka Pięciu Przemian to utwór pochodzący z albumu Sorry Music Polska. Tak trwa niecałe pięć minut, tutaj prawie jedenaście. Znowu przykład doskonałości koncertów jazzowych w ogóle, improwizacji, nieskrępowanego, nieograniczonego zmieniania podstawowej struktury utworu, dokomponowania i odkrywania na nowo. We Wrocławiu znaleźć można Dzielnicę Czterech Świątyń, gdzie jest miejsce na dialog i zrozumienie. W tym utworze taki dialog i zrozumienie również następuje. Odnoszę wrażenie, że ma ten utwór jakiś związek z różnymi religiami. Bowiem pozornie odległe od siebie zagrania i „odjazdy” splatają się ze sobą, aby pod koniec osiągnąć pełnię doskonałości. Dodatkowej przemiany dostarczają nam organy, których wcześniej (w innych wersjach tego utworu) nie było. Warto wsłuchać się w osobną cicho grająca w tle linię melodyczna prowadzonego przez Wojtka basu. Można tam znaleźć kilka smaczków.

 

Boogie Woogie Waltz jest niespodzianką na koniec koncertu. Od razu słychać, że to nie ich utwór, choć nie do końca. Radośniejszy, bardziej klasyczny w swojej jazzowej istocie, ale bez przesady. Gdyby formacja Pink Freud chciała grać jazz klasyczny nie byłaby sobą. Tutaj dużo się zmieniło w stosunku do oryginału, jako że wieczór był specyficzny. Poza tym Wojtek marzył o zaimprowizowaniu tego utworu od długiego już czasu. Alchemia nadawała się do tego doskonale. Mam wprawdzie pewne obawy, co do samego określenia walc, no może walczyk, umpa-umpa pojawia się tu najdłuższą chwilę, ale nie jest to typowy rytm utworu określanego tym mianem. Ale pod Boogie Woogie podpisuję się obiema rękami.

 

Rozmowy z Kapokiem – Noc, jako bonus pojawił się tez na wcześniejszym albumie (SMP), choć tam w innej tonacji, bo i inny był schemat utworu... Tutaj rozmowy toczą się nocą, tam za dnia. Tutaj pojawiają się senne mary, upiory, strzygi, dzikie wrzaski, jęki, koszmarne zawodzenia i strach. Wszechobecny, ogarniający nas w ciemnościach strach. Pomyślałem sobie, że gdybym słuchał tego nad Jeziorakiem, w miejscu gdzie spędzałem dzieciństwo i ktoś by mnie dotknął znienacka – chyba bym umarł na zawał. Tak realne są te nocne opowieści. Ale mógłbym tez wypłynąć łódką na środek cichego nocnego jeziora, gzie nocny brat Słońca przyglądałby mi się bacznie i puścić po wodzie te dźwięki. Jestem przekonany, że strzygi i upiory za chwilę by się zjawiły. Wszelkiego rodzaju topielcy, niedopalone Marzanny i inne osobliwości. I to byłoby ich święto, zaś dialog prowadzony z pomocą Kapoka, z pewnością byłby bardzo… ożywczy?

 

Podsumowując, doskonała płyta. Nie słychać aż tak bardzo publiczności, która jak wiadomo w jazzowym świecie jest wymagająca i słucha muzyki, kontempluje ją i odbiera całym swoim jestestwem – tak, więc mamy tylko muzyków i ich instrumenty. Cudowne improwizacje, atonalne zagrania, psychodeliczne pasaże i przede wszystkim wolność, wolność free yassowych improwizacji. Doskonale się ten rok dla mnie zaczął. Mam również nadzieję, że dla sympatyków tego nurtu również.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.