ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Beethoven, Ludwig van ─ Symphony no. 9 in D minor Op.125 Simon Rattle – Wiener Philharmoniker w serwisie ArtRock.pl

Beethoven, Ludwig van — Symphony no. 9 in D minor Op.125 Simon Rattle – Wiener Philharmoniker

 
wydawnictwo: EMI Records Ltd 2003
dystrybucja: EMI Music Poland
 
1. I. Allegro non troppo un poco maestoso (Beethoven) [16:56]
2. II. Molto vivace – Presto (Beethoven) [11:59]
3. III. Adagio molto e cantabile – Andante moderato – Tempo I – Andante moderato – Adagio – Lo stesso tempo (Beethoven) [17:03]
4. IV. Presto – Allegro assai – (Beethoven) [06:19]
5. Presto – Recitativo – Allegro assai – Allegro assai vivace (alla marcia) – Andante maestoso – Adagio ma non troppo ma divoto – Allegro energico e sempre ben marcato – Allegro ma non tanto – Presto – Maestoso – Prestissimo (Beethoven, Schiller) [17:40]
 
Całkowity czas: 69:58
skład:
Wiener Philharmoniker conducted by Sir Simon Rattle. City Of Birmingham Symphony Chorus – Chorus Director: Simon Halsey. Soloists: Barbara Bonney – Soprano. Birgit Remmert – Contralto. Kurt Streit – Tenor. Thomas Hampson – Baritone.
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,0
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,0
Arcydzieło.
,2

Łącznie 3, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
20.12.2012
(Recenzent)

Beethoven, Ludwig van — Symphony no. 9 in D minor Op.125 Simon Rattle – Wiener Philharmoniker

Jak niektórzy kraczą – za niespełna 48 godzin ma być po wszystkim. Jutro koniec świata. Nie wiem, jaki ma to związek z urodzinami jednego z naszych redakcyjnych kolegów, ale jest spora szansa, że w sobotę rano rzeczywiście będzie przeżywał istny koniec świata i tupot białych mew. W razie, gdyby Majowie jednak się nie pomylili, przynajmniej będzie sobie balował przez resztę życia. Niezależnie od tego, która z opcji się sprawdzi, proponuję odświeżyć sobie utwór, przez wielu uważany za najwybitniejszy w całej historii muzyki.

Choć w pierwszej chwili „Dziewiątkę” przyjęto z mieszanymi uczuciami. Zresztą w roku 1824 był to utwór nieco wyprzedzający swój czas: symfonia rządziła się swoimi prawami – a włączenie do niej fragmentu wokalnego, stawiającego głos ludzki na równi z instrumentami – tak poważnego rozsadzenia dość sztywnych, skodyfikowanych ram symfonii wcześniej nie było. [Co prawda Peter von Winter w roku 1814 włączył do swojej „Schlacht-Simfonie” partię chóru, ale ten jednoczęściowy utwór nie jest uważany za symfonię sensu stricte.] Zdaniem jednych, włączenie partii wokalnej oznaczało, że kompozytorzy osiągnęli granicę możliwości dostępnych środków wyrazowych i symfonia jako gatunek zamiera, drudzy twierdzili, że wręcz przeciwnie – otwierają się nowe, niezwykłe możliwości kompozytorskie. O ile podczas wiedeńskiej premiery 7 maja 1824 publiczność była wniebowzięta, tak inni muzycy nie szczędzili razów: bo ekscentryczna, bo ta czwarta część z „Odą do radości” wręcz wulgarna, źle skomponowane partie wokalne. Premiery londyńska i nowojorska zakończyły się niepowodzeniem. Dzieło za to bardzo ciepło przyjęli młodzi muzycy: zdaniem Hektora Berlioza Symfonia nr IX była przełomem w historii muzyki, pod jej bardzo silnym wpływem pozostali choćby Franz Liszt, Richard Wagner, Anton Bruckner i zwłaszcza bodaj najbardziej konsekwentny w przeplataniu partii instrumentalnych i wokalnych i poszerzaniu form symfonii Gustav Mahler.

Beethoven długo szukał odpowiedniej ilustracji dla poematu Friedricha Schillera „An die Freude”, którym zachwycił się już w roku 1792. Pierwsze fragmenty muzyczne, które po daleko idących przeróbkach i poprawkach trafiły w końcu do finalnego dzieła, pojawiły się w jego notatkach dwadzieścia lat później. Choć wtedy powoli rozpoczynała się praca nad IX symfonią – do momentu, gdy dzieło ujrzało światło dzienne, minęła kolejna dekada. Beethoven do końca nie był pewny, jaką właściwie formę ma mieć Dzieło: ostateczna forma pojawiła się dopiero pod koniec pracy kompozytorskiej. Nawet po premierze Beethoven nie był pewny, czy koncepcja z częścią wokalną jest trafiona, zastanawiał się nad zastąpieniem jej fragmentem czysto instrumentalnym. Do tego oryginalny tekst Schillera uzupełnił swoimi wstawkami.

Całość zaczyna się spokojnie. Od dźwięków przypominających strojenie się sekcji smyczków. Szybko jednak pojawia się potężny, monumentalny temat, stanowiący swoisty kręgosłup całej pierwszej części, który aż do jej końca będzie ulegał tu rozlicznym przetworzeniom. Beethoven chętnie wykorzystuje tu też kontrasty: fragmenty spokojne, ciepłe, subtelne zgrabnie są tu zderzane z momentami pełnymi ekspresji i dramatyzmu o mocno romantycznym, pełnym brzmieniu.

Druga część jest nietypowa: jest to szybkie scherzo i trio – a w symfonii druga część powinna być wolna, scherzo i trio powinno być trzecie. Ta zamiana daje ciekawy efekt: scherzo pod pewnymi względami przypomina część pierwszą (także za sprawą nieco podobnego otwierającego motywu smyczków), jest jednak nieco lżejsze, jakby większy nacisk położono tu na partie subtelne i łagodne, choć nie brakuje należycie dramatycznych, bogatych brzmieniowo pasaży. Do tego bardzo ciekawie uzupełnia je trio, oparte na prostej, jakby ludowej melodii.

Trzecia część – to właśnie ten wolny fragment (zresztą to właśnie w nim miała się pierwotnie znaleźć „Oda do radości”). Budują go głównie następujące po sobie przetworzenia dwóch lirycznych tematów, przetykane prostszymi, bardziej zwięzłymi pasażami. Całość jest bardzo liryczna i ciepła, choć nie brakuje (w drugiej części) momentów dramatycznych i podniosłych.

Wreszcie część finałowa. Będąca w istocie małą symfonią w symfonii, sama składa się z czterech części. [W wielu wydaniach CD jest ona rozbita na dwie ścieżki – pierwszą całkowicie instrumentalną, drugą instrumentalno-wokalną.]  Pierwsza część (sama w sobie dość luźno podzielona na następne cztery części…), po dynamicznym otwarciu, wprowadza temat „Ody do radości”, najpierw w postaci cichej melodii wiolonczel i kontrabasów, potem stopniowo rozbudowywane brzmieniowo; przeplatana jest ona z dynamiczną, żywiołową melodią z otwarcia. A potem rozpoczyna się część wokalna. Z tekstem najpierw podawanym przez solistów, potem uzupełnionym chórem. Z ciekawie przeplatającymi się liniami wokalnymi, chwilami wykorzystującymi głos stricte jako instrument (specyficzne akcentowanie sylab). W drugim fragmencie nieco marszowy, „wojskowy” pasaż wokalno-instrumentalny rozwija się w dynamiczne scherzo. Które nagle się wycisza, przygotowując grunt pod potężne wejście całego chóru i orkiestry. Trzeci fragment to znów część wolna (powtórzona jest tu zamiana dwóch środkowych części, zastosowana w całej symfonii), w której partie wokalne tak chóru, jak i solistów ciekawie przeplatają się z orkiestrowymi pasażami. I dynamiczny finał, zgrabnie wiążący ze sobą wątki melodyczne pierwszej i trzeciej części.

Recenzowane wykonanie zarejestrowano na żywo w Wiedniu 12 maja 2002 (prawie wszystkie dźwięki publiczności zostały usunięte, włącznie z oklaskami na koniec). Od strony technicznej całość wypada bez zarzutu: poszczególne partie są bardzo czytelne, brzmienie jest należycie dynamiczne i selektywne. Bardzo ciekawe jest (również dość łatwo osiągalne) nagranie z festiwalu w Lucernie 22 sierpnia 1954, pod batutą Wilhelma Furtwanglera – człowieka, który miał pecha trochę zbyt blisko skumać się z panami w brunatnych koszulach (nie do końca dobrowolnie zresztą), co potem dość mocno skomplikowało mu życie. Nagranie to jest dość przeciętnej jakości technicznej, co rekompensuje intrygujące, nieszablonowe wykonanie – ciekawie wypada porównanie interpretacji Furtwanglera i Rattle’a. Jeśli zaś ktoś chce mieć w zbiorach tylko jedną „Dziewiątkę” – no cóż: sir Rattle, chór orkiestry z Birmingham i filharmonicy wiedeńscy – do tego całość w niezbyt wyśrubowanej cenowo serii EMI Classics. Jak najbardziej polecam. I na koniec świata, i na przebudzenie następnego ranka.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Riiva with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.