ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Keith Jarrett Trio ─ Bye Bye Blackbird w serwisie ArtRock.pl

Keith Jarrett Trio — Bye Bye Blackbird

 
wydawnictwo: ECM 1993
 
1. Bye Bye Blackbird [11:13]
2. You Won't Forget Me [10:46]
3. Butch and Butch [6:37]
4. Summer Night [6:43]
5. For Miles [18:43]
6. Straight No Chaser [6:47]
7. I Thought About You [4:02]
8. Blackbird, Bye Bye [3:00]
 
Całkowity czas: 67:51
skład:
Keith Jarrett – piano
Gary Peacock – bass
Jack DeJohnette – drums
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 0
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 2
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 2, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
28.09.2013
(Recenzent)

Keith Jarrett Trio — Bye Bye Blackbird

When he died, I asked myself what does this mean? Miles, while he was alive, was a resonating object. Everyone’s playing resonated, somehow, off him. When he’s gone, there’s no object there. Players are, all of a sudden, alone.

Keith Jarrett[1]

 

Miles Davis zmarł w wieku 65 lat w sobotę 28 września 1991 roku w St John’s Hospital and Health Care Center w Santa Monica w Kalifornii. Do szpitala trafił kilka tygodni wcześniej z powodu zapalenia płuc i niewydolności oddechowej. Nie to jednak zabiło zaprawionego w bojach z własnym organizmem Trębacza, lecz… poniekąd uczynił to on sam. Oto przybyli do wezgłowia chorego lekarze zalecili tlenoterapię i intubację, co wiązało się między innymi z umieszczeniem w jego tchawicy rurki intubacyjnej. Kiedy tylko Miles o tym usłyszał, z miejsca nastroszył się jak zagrożony jeżozwierz. Ponieważ lekarze nie chcieli ustąpić i wciąż naciskali, Trębacz z właściwą sobie cholerycznością wściekł się jak diabli, spurpurowiał głębszym odcieniem purpury aniżeli Deep Purple i… doznał rozległego udaru mózgu, w wyniku którego zapadł w śpiączkę i wkrótce zmarł.

Wiadomość o odejściu Milesa Davisa, człowieka, który „od jakichś pięciu dekad zajmował centralną pozycję w jazzie, zaś jego muzyka była znana i kochana przez fanów, muzyków, a nawet krytyków” spadła na wielu niczym grom z jasnego nieba, „więc szok, poczucie straty i żal z powodu jego śmierci były powszechne. Długie nekrologi w gazetach, wyrazy uznania w radiu i telewizji obiegały cały świat”[2].

Davisa pochowano wraz z jedną z jego trąbek na Woodlawn Cemetery na nowojorskim Bronksie, nieopodal rodzinnej kwatery Duke’a Ellingtona, który przed dekadami nawet chciał sprowadzić młodego Milesa do swojej orkiestry. Związaną z tym anegdotę przytoczył Davis w swojej autobiografii: „Idę na spotkanie z Dukiem, odpicowany jak żaba na zastrzyk, wchodzę na górę do gabinetu, patrzę, a tam siedzi Duke w szortach, a na kolanach trzyma jakąś babę. Szok normalnie. Wyobraźcie sobie – facet, którego uważam za największego, najbardziej wyluzowanego i eleganckiego cizia w całym tym muzycznym bajzlu, siedzi przede mną w swoim gabinecie w szortach i babką na kolanach i uśmiecha się do mnie głupio. Jakby mi ktoś na łeb nasrał. Ale on mi gada, że ma wobec mnie plany na jesień, znaczy się muzyczne, że chce mnie wziąć do zespołu” [3]. Koniec końców do współpracy nie doszło, gdyż Miles miał inne plany.

Wkrótce po pogrzebie odbyło się nabożeństwo żałobne w St Peter’s Church na Manhattanie, na które przybył i Dave Liebman, wspaniały saksofonista przed laty grający w grupie Davisa, przywołujący potem w następujących słowach tamto smutne wydarzenie: „Rozglądając się i widząc wielu muzyków, którzy grali z Milesem w ciągu ostatnich trzydziestu lat, zdałem sobie sprawę, że wszystkich nas łączyły co najmniej dwie rzeczy. Najmował nas, kiedy byliśmy młodzi i właściwie nieukształtowani, a dla niejednego z nas sposób, w który graliśmy z Milesem, był wyjątkowy – nigdy potem nie mieliśmy tak grać. No i, oczywiście, błogosławieństwem płynącym z przebywania przy Księciu był murowany rozwój twojej kariery. Lecz niewypowiedzianą i głębszą prawdą było na przykład to, że on uczył cię całego mnóstwa rzeczy: wyczucia czasu, niuansu, subtelności, skupiania energii, prowadzenia zespołu, nawet spraw biznesowych”[4]. Dodać można, że też oswajał muzyków z nieszablonowym, transgresyjnym i progresywnym myśleniem, a co więcej – zachęcał ich do niego: „Sądzę, że najcenniejszą rzeczą, jakiej nauczył nas Miles, nie tylko w muzyce, ale i w życiu, było to, że powinniśmy raczej uczyć się akceptować i przyjmować zmianę, niż się jej bać”[5]. Jak sam Davis wyznał w wywiadzie dla „Playboya”: „Zawsze powodowała mną ciekawość wypróbowywania nowych rzeczy w muzyce”[6].

Wśród tych, którzy w okresie wspomnianych przez Liebmana mniej więcej trzydziestu lat przed zgonem Davisa wraz z nim tworzyli, grali, występowali i odeń się uczyli, byli i trzej muzycy, wchodzący w skład sformowanego w latach osiemdziesiątych za namową Manfreda Eichera, założyciela i szefa monachijskiej wytwórni fonograficznej ECM, Keith Jarrett Trio. Tworzone przez wybitnych instrumentalistów-improwizatorów, więc kontrabasistę Gary’ego Peacocka, perkusistę Jacka DeJohnette’a i fenomenalnego pianistę Keitha Jarretta, trio to, ze względu na prezentowany materiał częstokroć określane mianem „Standards Trio”, nagrywało cieszące się uznaniem krytyki albumy studyjne i koncertowe od roku 1983, choć trzeba pamiętać, iż już w ‘77 wspólnymi siły zarejestrowało longplay Tales of Another, sygnowany nazwiskiem Peacocka. O ile ten ostatni zagrał z Milesem jedynie kilkakrotnie w połowie lat sześćdziesiątych, o tyle Jarrett i DeJohnette występowali z nim potem dłużej, odciskając swoje piętno na kilku nagraniach studyjnych (pierwszy – np. Bitches Brew, drugi – Get Up with It) i koncertowych (jeden i drugi na Miles Davis at Fillmore, Live-Evil i in.). Obu Davis skomplementował w swojej autobiografii, stwierdzając, iż „w składzie z Keithem Jarrettem i Jackiem DeJohnette’em to oni dwaj dyktowali, którędy pójdzie muzyka”[7]. Jarrett właśnie pod kierunkiem Milesa zaczął grać na wcześniej nie tolerowanym przez siebie pianinie elektrycznym, przy tym po odejściu Chicka Corei z combo Davisa grał symultanicznie na dwóch instrumentach, jedną ręką obsługując organy Fender Contempo, drugą – piano Fender Rhodes.

Poruszeni śmiercią dawnego pracodawcy, a nieprzemijającego mistrza, muzycy ci, Jarrett, DeJohnette i Peacock,  weszli do studia Power Station w Nowym Jorku już 12 października 1991 roku, by wykonać utwory, które złożyły się na dedykowaną pamięci Trębacza płytę Bye Bye Blackbird. Na tę ogłoszoną w 1993 roku nakładem ECM, trwającą ponad godzinę „elegię”, że sięgnę po termin celnie wcześniej użyty pod adresem opisywanego wydawnictwa przez Richarda S. Ginella z AllMusic, składa się osiem utworów, sześć standardów jazzowych (Bye Bye Blackbird, You Won’t Forget Me, Butch and Butch, Summer Night, Straight No Chaser, I Thought About You) i dwie autorskie kompozycje DeJohnette-Jarrett-Peacock Trio (For Miles, Blackbird, Bye Bye).

Album otwiera Bye Bye Blackbird, utwór napisany przez Raya Hendersona (muzyka) i Morta Dixona (słowa) w 1926 roku. Kowerowany przez kolejne pokolenia muzyków, w tym – Milesa Davisa na ‘Round About Midnight (1957), tutaj doczekał się doskonałej, ujmującej i pogodnej interpretacji, wypełnionej między innymi nienachalnymi solami perkusyjnymi DeJohnette’a, basowymi Peacocka i znakiem firmowym nagrań sygnowanych przez Jarretta – jego pokrzykiwaniami. Wersja to długa, gdyż przeszło jedenastominutowa, choć i tak nie aż tak długa, jak na biorącym swój tytuł od nazwy utworu albumie Johna Coltrane’a z 1962 roku, gdzie trwał blisko osiemnaście minut, niechże dodam i podkreślę – osiemnaście porywających minut. Następnie leniwie płynie stonowany You Won’t Forget Me Kermita Goella i Freda Spielmana. Kawałek ten znalazł się również na ogłoszonej w 1991 roku płycie pianistki i wokalistki Shirley Horn i oprócz śpiewu tejże wyróżnia go czarujące jak zawsze brzmienie trąbki Maestro Davisa, który 13 sierpnia 1990 roku w Nowym Jorku po raz ostatni w życiu wystąpił jako sideman. Trio żywiej i weselej dosala w rzadko przez innych przerabianym Butch and Butch Olivera Nelsona, przedwcześnie zmarłego w 1975 roku wskutek zawału serca saksofonisty i klarnecisty, a każdy z nich, jeden po drugim, daje pełne swady solo na swoim instrumencie. Do spokojniejszej gry wracają w zamieszczonym i na Quiet Nights (1963) Davisa, ułożonym przez  Ala Dubina i Harry’ego Warrena Summer Night, po czym następuje najokazalsza na Bye Bye Blackbird i stanowiąca jej trzon kompozycja – grubo ponad osiemnastominutowa, z wolna wzbierająca, dedykowana Dark Magusowi For Miles. Długi perkusyjny wstęp, dołączający po jakichś stu dwudziestu sekundach bas i nieco później pianino, chwilowo zostają podparte żałobnym, chwytającym za serce zawodzeniem Jarretta, którego dalsze, pełne wyczucia i namaszczenia uderzenia w piano idealnie współgrają ze skrytym w tle, znakomitym basowaniem Peacocka i miarowym, pełnym powagi, prowadzącym niby kondukt pogrzebowy rytmem, wybijanym na perkusji przez DeJohnette’a. Po tym pięknym, pozornie spokojnym, w istocie pełnym emocjonalnego napięcia i dramatyzmu, dyskretnie tętniącym skrytą w nim mocą, bardziej od pozostałych utworów abstrakcyjnym majstersztyku, daje się posłyszeć rozpogadzający nastrój, rozbrzmiewający perkusyjnymi popisami i mogącymi wywoływać uśmiech wokalizami Jarretta Straight, No Chaser. Równie sławny, jak wspaniały, standard ten napisany został przez giganta pianistyki jazzowej, Theloniousa Monka. Wziął przed laty Straight, No Chaser na warsztat także Miles Davis, w wersji studyjnej zamieszczając go na swoim ekstraordynaryjnym longplayu Milestones (1958). Jak każdorazowo wcześniej, tak i teraz po żywszym numerze wije się delikatniejszy, tym razem nastrojowy I Thought About You, w ‘39 skomponowany przez Jimmy’ego Van Heusena, oryginalnie ze słowami Johnny’ego Mercera. Jak inne zawarte na płycie standardy, tak i ten zaaranżowany został z pietyzmem, przy tym celujący w improwizacji muzycy nie omieszkali przydać mu własnego, zresztą pełnego powabu i impresji piętna. Album zamyka nawiązujący tytułem i treścią do otwierającego go utworu, nieco żywszy, wyrazistszy i pogodniejszy od poprzedniego kawałka Blackbird, Bye Bye, nader przyjemny, zwieńczony uderzeniami w talerze i klawisze, które milkną w zapadającej ciszy.

Bardzo dobra płyta i piękny hołd złożony Milesowi Davisowi, którego czarna, samotna postać, jakby wędrująca z dzierżoną w lewej dłoni trąbką ku krainie cieni, wyraźnie odcina się na okładce od szarzejącej bieli. Zaiste, znakomita to fotografia, za pomocą kontrastu jakże zgrabnie, trafnie a inteligentnie oddająca złożoną osobowość Trębacza, jego kontrowersyjne życie i inspirującą, ponadczasową muzykę, za życia Twórcy niejednokrotnie nowatorską i wyznaczającą nowe kierunki, swą jakością i mocą zdecydowanie odcinającą się od tego, co akurat w jazzie się tworzyło. Jak wieńcząc swoją książkę ujął to biograf Davisa, trębacz Ian Carr: „Jego życie artystyczne, bez względu na upadki i błędy, było triumfem wizji i woli. Jego autentyczne zaangażowanie i znakomite dokonania wzbogaciły i uświetniły muzykę oraz jej odbiorców, a my, muzycy, zostaliśmy rozsławieni jego przykładem”[8].

A co powiedziałby Davis o Keith Jarrett Trio i Bye Bye Blackbird? Tego nikt się nie dowie, przypuszczać jednak można, że swoim szorstkim głosem rzuciłby spode łba jakieś zdawkowe Yeah, they are great motherfuckers and that’s a good shit!

W 22 rocznicę śmierci muzyka dorzucę od siebie na koniec:

Bye Bye Blackbird, farewell!

 


[1] Za: Ian Carr, Miles Davis. The Definitive Autobiography, London 1999, s. 549.

[2] W oryginale: Miles Davis had held centre stage in jazz for some five decades, and his music was known and loved by fans, musicians and even critics, so that the shock, the sense of loss and grief at his death were universal. All round the world there were long obituaries in newspapers, and tributes on radio and television. Za: tamże, s. 547. Tu i dalej tłumaczenia własne (chyba że zaznaczono inaczej).

[3] Za: Miles Davis, Quincy Troupe, Miles. Autobiografia, przeł. Filip Łobodziński, Warszawa 2006, s. 122. W oryginale: I go down to see Duke, cleaner than a motherfucker, go upstairs to his office, knock on the door, and there's Duke, dressed in shorts, with some woman in there sitting on his lap. I was shocked. Now here was the person that I thought was the coolest, hippest, cleanest person in the music business, sitting in his office dressed in shorts with a woman on his lap, a big grin on his face. Man, that shit fucked me all the way up. But he tells me that I'm in his plans for the fall, musically speaking, and he wants me in his band. Za: Miles Davis, Quincy Troupe, Miles. The Autobiography, New York 1990, s. 121.

[4] W oryginale: Looking around and seeing many of the musicians who had played with Miles during the last thirty years, I realized that we all had at least two elements in common. He had hired us when we were all young and virtually unformed, and for many of us the style we played with Miles was unique – we would never play that way again. And of course there was the benediction factor meaning you were with the Prince, your career was on the way. But the unspoken and deeper truth was that by example, he taught you a whole bag of things: timing, nuance, subtlety, focusing energy, leading a band, even matters of business. Za: Ian Carr, Miles Davis…, op. cit., s. 547.

[5] W oryginale: But I guess the best thing Miles taught us, not only in music but in life, was that we should learn to accept change, to embrace change rather than fear change. Stwierdzenie Jacka DeJohnette’a. Za: tamże, s. 548.

[6] W oryginale: I always had a curiosity about trying new things in music. Za: tamże, s. 44.

[7] Za: Miles Davis, Quincy Troupe, Miles. Autobiografia, op. cit., s. 411. W oryginale: In the band with Keith Jarrett and Jack DeJohnette, Keith and Jack dictated where the sounds went. Za: Miles Davis, Quincy Troupe, Miles. The Autobiography, op. cit., ss. 399-400.

[8] W oryginale: His artistic life, whatever its faults or failings, was a triumph of vision and will. His serious commitment and superb achievements have enriched and dignified the music and its audience and we musicians have been magnified by his example. Za: Ian Carr, Miles Davis…, op. cit., s. 563.

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.