ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Church, The ─ Starfish w serwisie ArtRock.pl

Church, The — Starfish

 
wydawnictwo: Arista 1988
 
"Destination" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"Under the Milky Way" (Kilbey/Jansson)
"Blood Money" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"Lost" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"North, South, East And West" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"Spark" (Willson-Piper)
"Antenna" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"Reptile" (Kilbey/Willson-Piper/Koppes/Ploog)
"A New Season" (Koppes)
"Hotel Womb" (Kilbey)
 
Całkowity czas: 46:08
skład:
Personnel:
Steve Kilbey: bass guitar, lead vocals; Peter Koppes: guitars, lead vocal on "A New Season"; Marty Willson-Piper: guitars, lead vocal on "Spark"; Richard Ploog: drums, percussion
Additional musicians:
Greg Kuehn - keyboards; Russ Kunkel - drums and percussion on "Under The Milky Way"; David Lindley - mandolin on "Antenna"; "Awesome Welles" - Synclavier; Waddy Wachtel - backing vocals
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 3
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 6, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: * Bez oceny
28.12.2013
(Recenzent)

Church, The — Starfish

 

Ćwiara minęła ™ AD 1988!

 

Coś ostatnio zaniedbałem ćwiarę, ale było tyle innych rzeczy do pisania, poza tym 1988  to nie był już specjalnie miodny rocznik. Coś tam jednak  dało się wydłubać.

 

The Church to australijska kapela z kręgu nowej fali, która powstała na początku lat  osiemdziesiątych. Swego czasu jej największym fanem w Polsce był Tomasz Beksiński i to głównie dzięki niemu dosyć  sporą grupę zwolenników. Do której … nie należałem. Pierwsze nagrania usłyszałem gdzieś około 1984-85 roku, ale nie spodobały mi się specjalnie. Ot takie pitolenie – mało wyraziste, muzycznie też żadne mistrzostwo świata. A potem w telewizji trafiłem na teledysk do „Under The Milky Way”. Świetna nastrojowa ballada, która stała się największym przebojem grupy i chyba jedynym amerykańskim. Tak jak i całe „Starfish”, które było największym, komercyjnym sukcesem grupy.  Czy również i artystycznym? Nie mam zielonego pojęcia. Na półce mam jeszcze jedną płytę „Hey Day”, wyraźnie słabszą i inną od Rozgwiazdy. Poza tym znam to, co Tomek puszczał w swoich audycjach. Jakoś za bardzo do tej muzyki mnie nie ciągnęło, a to co pamiętam z następnych płyt nie podobało mi się tak bardzo jak muzyka ze „Starfish”. Dlatego pozostałem tylko przy tym albumie i tyle. Może i kiedyś zabiorę się za dokładniejsze poznawanie twórczości tej grupy, ale na razie mam inne priorytety.

 

Jeżeli porównamy okładki wcześniejszych albumów i „Starfish”, zauważymy, że zmienił się image grupy – z takiego typowo eighties, na bardziej długowłosy,  tradycyjnie rockowy. Muzyka trochę też. The Church nigdy specjalnie nie wieszało się na parapetach, było to raczej gitarowe granie, ale „Starfish” to krok dalej – postawiono na bardziej naturalną produkcję, tylko pozostało charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych „szerokie”, przestrzenne brzmienie i duży pogłos na gitarach. W każdym razie nie ma mowy o jakiejś produkcyjnej ascezie, która zapanowała kilka lat później. To płyta bardzo starannie dopracowana brzmieniowo. Można by to porównać do The Lilac Time, All About Eve, House of Love, trochę do REM, a trochę też do bardziej popowych The Outfield.

 

„Under The Milky Way” to nie tylko duży przebój, ale też i najlepszy utwór z całej Rozgwiazdy. Gdyby nie to nagranie, nie byłoby takiego sukcesu, a i cały album straciłby na wartości. Nie jest też na szczęście tak, że to tylko singiel plus wypełniacze,  pozostałe są również bardzo dobre, tylko nie są to single. Wyróżnić któryś z nich? Tak patrzę po track-liście… trudno będzie. Wszystkie mają konkretne, całkiem chwytliwe melodie, wszystkie są bardzo efektownie zaaranżowane. Cztery ostatnie na pewno, do tego „Lost”, „Destination” i „Blood Money”. Z pewnością całość zyskuje po kilku przesłuchaniach, bo nie jest to płyta od „pierwszego wejrzenia”. Nie jest specjalnie efektowna, na pewno nie narzuca się słuchaczowi – zainteresowało cię, to posłuchasz jeszcze raz. Przejdziesz obok, nie zwrócisz uwagi – twoja strata.

 

To nie jest może jakaś nadzwyczajna płyta, ale na pewno  taka do, której chce się wracać.

 

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.