ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Foo Fighters ─ Sonic Highways w serwisie ArtRock.pl

Foo Fighters — Sonic Highways

 
wydawnictwo: RCA Records 2014
dystrybucja: Sony Music Polska
 
1. "Something from Nothing" (Chicago, IL) 4:49
2. "The Feast and the Famine" (Arlington, VA) 3:49
3. "Congregation" (Nashville, TN) 5:12
4. "What Did I Do?
God As My Witness" (Austin, TX) 5:44
5. "Outside" (Los Angeles, CA) 5:15
6. "In the Clear" (New Orleans, LA) 4:04
7. "Subterranean" (Seattle, WA) 6:08
8. "I Am a River" (New York, NY) 7:09
 
Całkowity czas: 42:03
skład:
Dave Grohl – lead vocals
Pat Smear – rhythm guitar
Nate Mendel – bass
Taylor Hawkins – drums
Chris Shiflett – lead guitar
Rami Jaffee – organ, piano, mellotron
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,1
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,0
Album słaby, nie broni się jako całość.
,1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,1
Album jakich wiele, poprawny.
,2
Niezła płyta, można posłuchać.
,0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,2
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,1
Arcydzieło.
,0

Łącznie 9, ocena: Niezła płyta, można posłuchać.
 
 
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
18.11.2014
(Recenzent)

Foo Fighters — Sonic Highways

W ostatnich latach Dave Grohl został prawdziwym propagatorem klasyki i tradycji. W czasach, gdy wszechobecny jest Internet, digitalizacja muzyki i coraz to nowe bardziej lub mniej udane pomysły dystrybucji (U2, czy Thom York), lider Foo Fighters postanowił zabrać fanów w podróż po … słynnych studiach nagraniowych. W 2013 przygotował dokument Sound City opisujący miejsce, w którym Nirvana nagrała Nevermind. W ramach ścieżki dźwiękowej powstał m.in. pamiętny „Cut Me Some Slack” napisany przez część Nirvany i Paula McCartneya. Oprócz nich dźwięki do filmu stworzyła prawdziwa śmietanka producentów, muzyków i wokalistów. Wszystko w hołdzie tradycji.

W tym samym roku Grohl ogłosił, że Foo Fighters powróci z nowym, ósmym albumem. Okazja nadchodziła zacna, ponieważ 2014 to dwudziesta rocznica powstania zespołu. Do stworzenia Sonic Highways zaproszony został Butch Vig, który bezpośrednio odpowiadał za produkcję niezwykle udanego Wasting Light. Album to jednak nie wszystko – Foos postanowili stworzyć cały muzyczno-filmowy koncept, który ukazuje kawał historii amerykańskiej muzyki.

Wydaniu albumu Sonic Highwyas towarzyszy dokumentalny miniserial o tym samym tytule, którego reżyserem i pomysłodawcą jest … Dave Grohl. Nawiązanie do Sound City na początku recenzji nie było przypadkowe, ponieważ i tym razem głównymi bohaterami całego pomysłu są wyjątkowe studia nagraniowe. Album składa się z ośmiu utworów i tyle też będzie odcinków serialu, który obecnie sukcesywnie emitowany jest na stacji HBO. Zespół wybrał się na trasę po całych Stanach i w każdym studiu spędził tydzień nagrywając materiał muzyczny i filmowy. Każdy utwór opierał się na inspiracji pochodzącej z danego miejsca, regionu i artystów, którzy twórczość danego regionu mają w małym palcu. Koncepcję tą najłatwiej zauważyć patrząc na okładkę – wokół znaku nieskończoności (nawiązanie do ósmej płyty) widzimy budynki – symbole miast, do których udał się zespół. W celu dodania wyjątkowości całej tej koncepcji w każdym z miast do muzyków dołączali niezwykli goście, którzy mniej lub bardziej odcisnęli piętno na ostatecznych formach kompozycji. Co oczywiste, taki tryb pracy mógł spowodować całkowitą dezorganizację Sonic Highways. Nic bardziej mylnego! Sam się zastanawiam jak dużo pracy musieli włożyć kompozytorzy i producent, aby stworzyć coś tak spójnego z takiej burzy pomysłów. To się naprawdę chwali.

Idea super, pomysł wspaniały, a jak jest muzycznie? Cóż, naprawdę fajnie, ale … bez trzęsienia ziemi. Na Sonic Highways dostajemy osiem, porządnych, ciekawie rozbudowanych rockowych numerów, które są wierne dotychczasowym dokonaniom Foo Fighters. Album otwiera singiel „Something from Nothing” nagrany w Chicago w towarzystwie gitary Ricka Nielsena z Cheap Trick. Porządne granie, które rozwija się do mocnej, drive’owej końcówki, w której Grohl daje upust swoim wokalnym możliwością. Zapewne stały, koncertowy killer napisany z fajnym wyczuciem. Jako drugi w głośniki wjeżdża przygotowany w Arlington (Waszyngton) „The Heast and the Famine”. Do zespołu dołączyli Peter Stahl i Skeeter Thompson („chórki”) z hardcore-punkowego zespołu Scream, w którym swego czasu udzielał się Dave Grohl. Słychać, że czuje się on w takiej stylistyce bardzo dobrze – dynamiczna perksuja, szybki rytm, wrzaski, moc. Punkowy duch unosi się nad całą kompozycją, a Grohl w pewnych momentach ze śpiewu „grohlowego” robi wręcz typowe screamo. Szybka zmiana klimatu i miejsca i trafiamy do Nashville, czyli kolebki country. Muzycznie w utworze udziela się Zac Brown, który swoją gitarą i wokalnym wsparciem pomaga zbudować odpowiednią otoczkę utworu – jest rockowa moc i wyczucie, ale utwór momentami nuży. Zabrakło jakiegoś twórczego balansu między country, a rockiem, przez co można odnieść wrażenie, że obydwa nurty muzyczne raczej są wobec siebie zachowawcze, zamiast twórczo się napędzać. Warto wspomnieć jednak przy tej okazji, że w Nashville Grohl dał słynny już, zaskakujący koncert akustyczny dla niecałych 100 osób zebranych w The Bluebird Cafe. Podczas pracy nad albumem Foos dali też dwa zespołowe koncerty – równie niespodziewane. Wróćmy do tematu muzyki. Jako czwarty pojawia się na płycie dwuczęściowy „What Did I Do / God As My Witness” zarejestrowany w Austin z wyraźnym bluesowym sznytem, który tworzyć pomaga gitara popularnego localsa Gary’ego Clarka Jr. Texas blues wdziera się do rockowego grania Foo Fighters, ale znów jest to tylko lekka inspiracja, a nie pełne obudowanie utworu. Tym razem jest to zabieg całkiem udany. Po niecałych trzech minutach przechodzimy do drugiej części kawałka, który jest typową dla zespołu power balladą – taki stadionowy zaśpiew. Nic wyjątkowego, ale koncertowo powinno się sprawdzić. Intrygujący jest też tekst tego dwuczęściowego utworu – nieco patetyczny, ale z dobrze rozłożonymi akcentami.  Gitara basowa otwierająca „Outside” od razu kojarzy mi się z Fleą z Red Hot Chili Peppers. Strzał o tyle celny, że utwór ten zarejestrowany został w kalifornijskim Los Angeles (skąd papryczki pochodzą). Muzyków z Foo Fighters wspiera Joe Walsh, który kojarzony może być między innymi z kilkuletniego wspierania grupy The Eagles, ale mimo tak zacnego towarzystwa kawałek nie broni się jako całość.  Klimat jest budowany całkiem zręcznie, ale poza ciekawym, wycofanym bridgem z fajnym groovem, słuchacz zostaje z niczym – brakuje wisienki na torcie. Ciekawiej robi się w nowoorleańskim „In The Clear”, który zarejestrowany został w legendarnym Preservation Hall, o którym Louis Armstrong powiedział kiedyś „Preservation Hall. Now that's where you'll find all of the greats”. Zespół wspiera Preservation Hall Jazz Band, a ich obecność słychać w riffie na dęciakach, który zdecydowanie bardziej przypomina mi jednak springsteenowski The E Street Band, a nie blues-jazzowe gwiazdy Luizjany.  Mimo wszystko, kompozycja ta jest niezwykle udana i od razu wpada w ucho. Pewnym zawodem jest przedostatni na płycie „Subterranean” zarejestrowany w Seattle, a więc kolebce grunge’u i macierzystym mieście Foo Fighters. Przy całej budowie pracy nad albumem, aż prosiło się, aby w tym miejscu sięgnąć po surowy grunge, zaprosić kogoś z Pearl Jam, Alice In Chains lub Chrisa Cornella. Gatunek, który wypromował tak wiele zacnych kapel został jednak tylko lekko przemycony, a jako gość pojawił się niezbyt znany raczej wychowany na, niż grający grunge  - Ben Gibbard (swego czasu był mężem Zooey Deschanel z She&Him – ślub odbył się w … Seatlle). Kompozycja ma ciekawą, pełzającą strukturę, ale jest to wszystko zbyt proste, popowe i momentami cukierkowe. O prostocie tego utworu zapominamy jednak już przy pierwszych dźwiękach najdłuższego, zamykającego całość „I am a River”. Kawałek powstał w Nowym Jorku, a że miasto to jest chyba największym tyglem kulturowym na świecie to i wpływów wiele – od jazzu, przez klasykę, po rock każdej barwy. Za sterami produkcji usiadł Tony Visconti (David Bowie, The Moody Blues, Thin Lizy), co sprawiło, ze całość trąci mocno progiem, ale szczególnie odlotowo robi się pod koniec, gdy wjeżdża całe pompatyczne granie, smyczki od Los Angeles Youth Orchestra, chórki Kristenn Young i mocny, stadionowy rock. Tą rozbudowaną, emocjonalną kompozycją z ogromnym rozmachem Foo Fighters  zamyka swoją niezwykłą podróż.

Cóż, nie da się o tej płycie pisać i mówić bez kontekstu. Sonic Highways nie jest w żaden sposób muzycznie wybitna, nie jest to najlepsza płyta w dorobku Foo Fighters, ale idea, która przyświeca działaniom Grohla i całego zespołu jest czysto, po ludzku, wspaniała. W świecie zdominowanym przez tempo, stres i ogólny pęd jest ktoś (z mainstreamu!) kto chce nam ukazać piękno muzyki, komponowania, tradycji. Drugą taką osobą jest chyba tylko Jack White, ale on ma swoje odloty. Dave Grohl sięga po proste środki, mówi słowami i muzyką, która może trafić do mas. Taki głos jest obecnie naprawdę ważny i za to dodatkowy punkt.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.