ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Allen, Daevid ─ Now is the Happiest Time of Your Life w serwisie ArtRock.pl

Allen, Daevid — Now is the Happiest Time of Your Life

 
wydawnictwo: Affinity 1977
 
1. "Flamenco Zero" (1:46)
2. "Why Do We Treat Ourselves Like We Do?" (6:52)
3. "Tally & Orlando Meet the Cockpot Pixie" (3:15)
4. "See You on the Moontower" (5:41)
5. "Poet for Sale" (3:27)
6. "Crocodile Nonsense Poem" (1:00)
7. "Only Make Love If You Want To" (5:33)
8. "I Am" (11:08)
9. "Deya Goddess" (6:42)
 
Całkowity czas: 45:33
skład:
Daevid Allen – śpiew, gitara
Juan Biblioni – gitara
Pepe „Pepsi” Milan – gitara
Victor Peraino – syntezatory
Xavier Riba – skrzypce (4)
Vera Blum – skrzypce (2)
Marianne Oberasher – harfa (8)
Sam Gopal – perkusja, instrumenty perkusyjne, tabla
Orlando Allen, Taliesin Allen – głosy (3)
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 1
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 0
Arcydzieło.
› 0

Łącznie 1, ocena: Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
 
 
Ocena: 7 Dobry, zasługujący na uwagę album.
23.03.2015
(Recenzent)

Allen, Daevid — Now is the Happiest Time of Your Life

Thank You, O Lords of the Spheres & Masters behind our work

for the new & wonderful music which we have been granted

in the continuing evolution of Planet Gong on Earth

 

Dzięki Wam, o Władcy sfer niebieskich, o Panowie przemawiający przez nasze dzieła

za tę nową i cudowną muzykę, którą obłaskawieni zostaliśmy

w trakcie nieustającej ewolucji Planety Gong na Ziemi

Daevid Allen, Music of the Spheres (Harmonia sfer)

 

People often ask me what I want, and the answer is: just a little bit less than I need. That's my

 philosophy of life. If I have more than I need, I get complacent. I want to encourage people to

 give up their jobs and trust their art to bring them a way of life. I'm living proof that it's possible.

 

Ludzie często pytają, czego chcę. Odpowiedź brzmi: zaledwie trochę mniej, aniżeli potrzebuję. To

 moja filozofia życia. Gdybym miał trochę więcej, spocząłbym na laurach. Chcę ośmielić ludzi do

 porzucenia pracy, by uwierzyli w to, że sztuka może stać się dla nich sposobem na życie.

Jestem żywym dowodem na to, że to możliwe.

 

I’m a restless spirit – I always jump out when things get too successful.

 

Jestem niespokojnym duchem – zawsze biorę nogi za pas,

gdy sprawy zaczynają toczyć się nazbyt pomyślnie.

                                                               Daevid Allen

 

I wyruszył w daleką podróż Bohater.

Kiedy dobry i wolny duch Daevida Allena uleciał w piątek 13 marca 2015 roku ku fantazyjnym łąkom Planety Gong, natychmiast zaczęły ukazywać się w internecie nekrologi, nierzadko ujęte w formę obszernych artykułów, mniej lub bardziej dokładnie opisujących barwny i cudaczny żywot bajecznie ekscentycznego Australijczyka. Tym, co silnie rzucało się w oczy, było to, iż przy powszechnie powtarzanych informacjach o (współ)założeniu przez Divided Aliena dwóch słynnych grup sceny Canterbury, Soft Machine i Gongu, na margines spychano bądź zupełnie rugowano z jego bogatego życiorysu wiadomości o (współ)utworzeniu przezeń tylu innych, uwagi godnych projektów muzycznych, jak choćby w 1963 efemerycznego, protokanterberyjskiego Daevid Allen Trio czy w 1998 University of Errors, jednocześnie zapominając o pozostałych dziedzinach aktywności artystycznej Berta Camemberta. A przecież ów, ten od młodości wyzwolony z kajdan norm społecznych, nieskrępowany konwenansem hultaj i swobodnie przemierzający czas i przestrzeń wolny ptak, w ciągu kilkudziesięciu lat swojej owocnej kariery z powodzeniem polatywał po bujnym ogrodzie sztuk, jaki na przestrzeni wieków rozkwitł za sprawą twórczego umysłu człowieka. Tymczasem pewne jest, że właśnie bez właściwego zgłębienia, rozpoznania i przestudiowania historii, schedy i wszystkich pól działalności Dady Alego nie będzie możliwe należyte zrozumienie Allenowego fenomenu.

Wskutek nadmiernego koncentrowania się na dziejach i ponadczasowych dokonaniach Soft Machine i Gongu wciąż pozostaje w cieniu również solowy dorobek wiecznego buntownika i anarchisty Dingo Virgina, przez całe dorosłe życie wszelako w pokojowy i pomysłowy sposób występującego przeciwko panującemu w świecie porządkowi. Chcąc choć w znikomym stopniu zapełnić tę lukę w wiedzy o solowych poczynaniach muzycznych człowieka, dla którego sztuka była życiem, a życie było sztuką, poświęcam niniejszy tekst pamięci Christophera Davida Allena (13 I 1938 – 13 III 2015), herosa kontrkultury, wybitnego artysty, oryginalnego muzyka, poety, performera i satyryka, czarującego gestem, słowem i dźwiękiem inspiratora, pioniera, eksperymentatora i innowatora, iskry, zapłonu i katalizatora istotnych zjawisk, zakręconego wizjonera o nieograniczonej a wyjątkowo płodnej wyobraźni oraz wielu pozostających z sobą w harmonii obliczach.

Kiedy 10 kwietnia 1975 roku pewna bliżej nieokreślona siła, jakieś niewidzialne pole siłowe uniemożliwiło Daevidowi Allenowi wyjście na scenę z Gongiem w Cheltenham, muzyk niespodziewanie doznał ataku paniki, wybiegł na ulicę i ukrył się w krzakach na pobliskim cmentarzu parafialnym, gdzie przykucnął przy nagrobku, na którym wyryte były następujące słowa: In memoriam to my brother Tim, Died March 13th 1875. R.I.P. Treści epitafium może nie warto byłoby przypominać, gdyby nie to, że w 40 lat później tego samego dnia odejść miał i Sri Cappuccino Longfellow, tzn. Allen. Nie pochylając się dłużej nad tym zagadkowym zbiegiem okoliczności, wypadnie dodać, iż wskutek niecodziennego przeżycia w Cheltenham charyzmatyczny lider-nielider postanowił opuścić Gong, w którym z różnych powodów nie czuł się komfortowo już od dłuższego czasu. Tym samym udał się w drogę, jaką przed nim postanowiła podążyć jego muza i matka Gongu Gilli Smyth, która po koncercie danym 7 lipca 1974 w londyńskiej Olympii odeszła z wesołej kompanii mistycznych sióstr i magicznych braci, by skupić się na wychowywaniu dzieci i rozwijaniu własnych idei poetycko-muzycznych, z jakich powstać miał wydany kilka lat później album Mother. Po osieroceniu Gongu para niepokornych i wolnomyślicielskich wagabundów, kosmiczna szeptaczka walijska Shakti Yoni i figlarny czarodziej z odległej krainy Oz zaszyli się z trójką dzieci hen na południu, w wygrzewającej się w oku śródziemnomorskiego słońca wiosce artystów Deya (Deià), położonej w północno-zachodniej części hiszpańskiej Majorki.

Kto jeszcze nie wie, ten niniejszym niechaj się dowie, gdyż w przypadku Allena, Soft Machine i Gongu rzecz to wielce istotna, iż Deya była przez lata dla Daevida i Gilli czymś w rodzaju aśramy i Arkadii, idyllicznym ustroniem, miejscem duchowych uniesień, mistycznych przeżyć, miłosnych doznań, magicznych chwil i brzemiennych w skutki spotkań. To w okalających tę mieścinkę górach w niedzielę wielkanocną 1966 roku Ja Am wprowadził się w stan głębokiego doświadczenia psychodelicznego i dostąpił iluminacji, seed vision, za sprawą której przebudził się duchowo, zajrzał poza zasłonę czasu i zrozumiał, że jego głównym powołaniem jest twórczość muzyczna. Poznając w chwili mistycznej inicjacji przyszłość, ujrzał wszystko rozrysowane jasno jak na dłoni. To wówczas odkrył, że założy Soft Machine i Gong. To właśnie wtedy przy świetle Księżyca ujawniła mu się w pełni ta jakże zwariowana mitologia Gongu, którą miał rozwijać w kolejnych latach i dekadach.

Nie gdzie indziej, a właśnie do Deya kochankowie udawali się wielokrotnie poczynając od połowy lat 60., bądź to uciekając przed pogrążoną w nałogu alkoholowym żoną Ozziego, bądź też szukając schronienia przed francuską policją, naprzeciw której Daevid demonstrował, dokazywał i recytował poezje w dobie protestów i rozruchów w maju ’68 w Paryżu, kiedy to obdarowywał uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy pluszowymi misiami. To tam, na największej z wysp archipelagu Balearów, Mama i Papa Gong natrafili niedługo potem na zmagającego się z uzależnieniem od heroiny Didiera Malherbe’a, podówczas skrywającego się w grocie pasterzy kóz, wydrążonej w zboczu góry leżącej we włości sławnego poety i pisarza Roberta Gravesa. Ten utalentowany saksofonista i flecista już niebawem miał czarować w Gongu grą na instrumentach dętych, a po wyjściu z odwyku w 1970 przyjąć na znak swojego odrodzenia dwa pseudonimy, Bloomdido Bad de Grass na dobre, zaś Perdido na złe dni.

To do malowniczego Deya dwoje bujających w obłokach outsiderów udało się wiosną 1973 roku, by po nagraniu Flying Teapot, pierwszej części trylogii Radio Gnome Invisible, przemyśleć dotychczasową i dalszą karierę, jak też odpocząć od swojego zbzikowanego tworu, który na czas krótkiej nieobecności rodziców z powodzeniem występował pod mianem Paragong. To tam pstrokaci marzyciele wyjechali w ‘75 po osieroceniu Gongu, by w swoim skierowanym ku gwiazdom Bananamoon Observatory zamieszkać z potomstwem, więc Tasmin, córką Yoni z pierwszego małżeństwa, oraz synami Taliesinem i Orlando. To wreszcie tam, wśród wzgórz poświęconych w starożytności bogini łowów, lasów, gór i księżyca, opiekunce kobiet i patronce niewieściej płodności Dianie powstały w 1976 i 1977 roku dwa longplaye sygnowane nazwiskiem rodowym Aussiego, albumy, które na zawsze pozostały dlań wspomnieniem słodkich chwil z najszczęśliwszego okresu życia.

Zarejestrowanie obu płyt w Bananamoon Observatory stało się możliwe dzięki podpisaniu przez Daevida kontraktu na solowe nagrania z Virgin. Za pieniądze otrzymane od tej wytwórni Captain Capricorn nabył sprzęt, który zainstalował w domu na Majorce, tworząc tym samym małe, prywatne studio nagraniowe. Pod szyldem firmy Richarda Bransona Christopher Longcock zrealizował w 1975 singiel It's the Time of Your Life/Fred the Fish (Virgin VS 123), a w maju następnego roku ogłosił swój drugi – po Banana Moon z ’71 (BYG Actuel Vol. 45, 529.345) -  longplay, Good Morning (Virgin V 2054), powstały we współpracy z miejscową kapelą Euterpe. Wypełniony muzyką w znacznej mierze na poły akustyczną, a przy tym po większej części pozbawioną perkusyjnego podkładu, był dziełem tyleż wyrafinowanym i dojrzałym, co lirycznym, pogodnym i w odsłuchu zaskakująco odprężającym, albumem bodaj najlepszym i najspójniejszym, jaki Alien Australian zaprezentował pod własnym imieniem w latach 70. Ponieważ wkrótce Virgin straciło zainteresowanie w przedłużeniu współpracy z krnąbrnym artystą, ten zawarł umowę z Charly Records, a dokładniej z działającą pod jej opieką wytwórnią Affinity, której założycielem był Jean-Luc Young, niegdysiejszy współwłaściciel BYG Actuel.

Utwory na swoją trzecią płytę zdeklarowany nonkonformista i kontestator zarejestrował w tych samych skromnych warunkach, co materiał na Good Morning, zatem w studio domowym w Deya na Majorce przy użyciu dwóch półprofesjonalnych magnetofonów szpulowych marki TEAC i dwóch magnetofonów stereofonicznych Revox A77. Oprócz głównego zainteresowanego (śpiew, gitara, produkcja muzyczna) w nagraniu uczestniczyli gitarzyści Pepe „Pepsi” Milan i Juan Biblioni, występujący natenczas jako duo Milan y Biblioni, były muzyk Kingdome Come Arthura Browna Victor Peraino (syntezatory), skrzypek Xavier Riba i skrzypaczka Vera Blum, Sam Gopal (tabla), w przeszłości założyciel i członek Sam Gopal’s Dream, oraz harfistka Marianne Oberasher. Powstała przy ich udziale płyta, znamiennie zatytułowana przez Daevida Now is the Happiest Time of Your Life (Affinity AFF 3), ozdobiona jego fikuśnymi bazgrołkami i zdjęciem, na którym uśmiechnięty wtyka sobie po palcu wskazującym do prawej dziurki od nosa i do prawego ucha, ukazała się 3 października 1977 roku.

Stylistycznie zbliżona do poprzedniczki, składa się z 9 elektroakustycznych kawałków, za wyjątkiem pierwszego napisanych przez Dingbata Aliena. Otwierająca krążek kompozycja to dość miękko, choć nie bez charakteru i ikry wykonana w pojedynkę przez Biblioniego Flamenco Zero, swoiste intro, które kreując stosowną atmosferę, przenosi odbiorcę w wiadomy rejon świata i przywołuje na myśl Zero the Hero, tj. znanego z Gongowej mitologii Bohatera Zero. Utwór płynnie przechodzi w drugi na płycie, odwołujący się do Zera i jego doświadczeń Why Do We Treat Ourselves Like We Do?, ujmująco lekką, nastrojową i finezyjną, pełną melodyjności piosenkę, opartą o współpracujące gitary akustyczne, table, nadto melorecytację i śpiew Allena. W odpowiednich momentach zostaje ona okraszona skrzypcowymi zawodzeniami Very Blum, syntezatorem Peraina i miaukliwą grą gitarową lidera. Potem następuje ciepły i radosny, rodzinny Tally & Orlando Meet the Cockpot Pixie, podobnie jak wcześniejsze dwa numery nawiązujący do Gongowej trylogii. Zrazu słyszy się Daevida zapytującego publiczność „Listen, is there anybody here who doesn’t know the Gong trilogy?”, w odpowiedzi na co rozlega się gromki śmiech zebranych. Po dalszej wymianie zdań okazuje się, iż ktoś jednak tej trylogii nie zna, co na pozór wprawia kabareciarza w konsternację. Kiedy jego gadka zanika, zaczyna się właściwa część numeru, w którym zabawnej konwersacji Dady Alego z kilkuletnimi synami, mimo braku użycia halucynogenów podobnie jak ojciec już dostrzegającymi latające imbryczki i psotliwe chochliki, towarzyszy quasi-lunaparkowa gra Peraina na syntezatorze. Allen, który w trzecie urodziny Taliego (4 lipca ‘75) odstawił narkotyki na dobre, na koniec ładuje się z pociechami do czajniczka i odlatuje w nieznane. Po wysłuchaniu tego kawałka nie można się dziwić, dlaczego beztrosko spędzany w Deya czas po odejściu z Gongu Daevid uznawał za najradośniejszy w swoim życiu. Mocniej od poprzedniczek zaczyna się utrzymany w klimacie Banana Moon, obfitujący w nagłe zwroty akcji, skoczny, folkowy, rockabilly, momentami space’owy, a nawet delikatnie awangardowy, powariowany See You on the Moontower, w którym grającego na kilku instrumentach Ozziego wspiera skrzypek Riba. Pod koniec posłyszeć można głos chłopca, powtarzającego z uporem jak mantrę „Daevid must be joking”. Śliczną melodię ma smutny Poet for Sale, wsparta na gitarze akustycznej cięta diatryba skierowana przeciwko bossom przemysłu muzycznego i stosowanemu przez nich bezwględnemu wyzyskowi z trudem wiążących koniec z końcem muzyków. Ozdobioną nuceniem i wokalizami, ale też brzmieniem fletu piosnkę wieńczy gniewnie rzucone przez Daevida, w ciągu trwania numeru odgrywającego wzięte z życia scenki i teatralnie recytującego słowa, zdanie „Piss off, purchasers!!!”. W jednominutowym Crocodile Nonsense Poem uwielbiający publiczne wystąpienia i dowcipkowanie Longcock pospiesznie deklamuje ze sceny kretyński poemacik, mający na celu rozbawić publikę, co mu się udaje, jak można wnosić z oklasków. To pozbawione podkładu muzycznego wygłoszenie wiersza zostało uwiecznione 2 sierpnia ‘77 podczas czytania poezji w ramach corocznego festiwalu organizowanego w Deya. Skąpany w księżycowym świetle, nokturnowy Only Make Love If You Want To znów po trosze odtwarza atmosferę wesołego miasteczka, czy to za sprawą syntezatora, czy też filuternego głosu Daevida. Ten niespieszny i cokolwiek hipnotyczny, utrzymany w konwencji kołysanki utwór spowija niesamowita, astralna aura, zupełnie jakby pisany był w noc przecinających nieboskłon komet. Po tym surrealistycznym kawałku, w którego ostatnich sekundach Mimi Mimolet podśpiewuje „Now is the happiest time of your life”, następuje najbardziej kosmiczny na całym longplayu, ambientalny I Am, utrzymany w Allenowej tradycji zamieszczania najdłuższej kompozycji jako przedostatniej na płycie. Zaczyna się od przeciągłego ryku muła. Potem rustykalne „tu i teraz”,objawiające się pod postacią ludzkich głosów, ptasich treli, kogucich pień albo uwieszonych u szyi owiec hałaśliwych dzwonków, łączy się z uniwersalnym „wiecznie i wszędzie”, które zilustrowane zostaje przez niosący się męski pomruk, przez eteryczny szept Yoni, nade wszystko zaś przez zapierające dech w piersi, przejmujące i wszechogarniające Alienowe glissando, które zdaje snuć się w bezczasie nieskończonej przestrzeni. Niezwykłe to brzmienie wykreowane zostało przez Ja Ama m.in. przy pomocy wyszperanego w paryskim sklepie z antykami nierdzewnego instrumentu o nazwie znanej wyłącznie adeptom ginekologii, instrumentu, którym w latach 70. Dingo Virgin zwykł pieścić śpiewające z rozkoszy struny swej elektrycznej gitary. Kiedy ta milknie w ostatnich minutach, jej miejsce zajmuje czarowna harfa Marianne Oberasher, dzięki której słuchacz w harmonii i błogości powraca z wycieczki po uniwersum na łono ziemskiego świata. Po tej „muzycznej ilustracji medytacji porannych” Daevida następuje zamykająca całość Deya Goddess, pieśń dedykowana staroitalskiej bogini księżyca Dianie. Zrazu niezwykle łagodnie przez niego odśpiewana, zbudowana na gitarowym brzmieniu, z rytmem wyraziście wybijanym od pewnego momentu na tablach, kończy się radosnym, grupowym śpiewem, powtarzaniem przekazu znanego z miana albumu i żartobliwymi pokrzykiwaniami.

Powstała mniej więcej w tym samym czasie, co Good Morning, jest Now is the Happiest Time of Your Life płytą podobnie jak poprzedniczka zwiewną, spokojną i ciepłą, relaksującą, swobodną, poetycką i uroczą, wysublimowaną, przy całym cechującym ją artyzmie nader przystępną. Zbudowana jednak z kontrastowych, w paru miejscach niedostatecznie do siebie przystających i współgrających z sobą elementów, jest dziełem od starszej siostry mniej udanym i koherentnym, chwilami nienajlepiej zmiksowanym i cokolwiek nierównym. Niewątpliwie jednak w dorobku bezkompromisowego artysty stanowi kolejną pozycję godną uwagi, frapującą, skonstruowaną na jego pozytywnym nastawieniu do życia i alternatywnym, hipisowskim światopoglądzie, nasyconą absurdalnym humorem, chłopięcością i frywolnością, przenikniętą duchem promowanych przez niego idei i postaw, wśród nich pacyfizmem, humanizmem, głębokim szacunkiem i szczerą miłością do drugiego człowieka, które legły i u podstaw założonej mniej więcej 10 lat wcześniej rodziny Gongu.

Kto myśli, iż poczynając od 1975 zanurzony w błogostanie Alien Australian cały czas spędzał w swoim bananowo-księżycowym obserwatorium na Majorce i wpatrując się w upstrzone jaśniejącymi gwiazdami niebo śnił o niebieskich migdałach, ten grubo się myli, bowiem nie mogący usiedzieć na miejscu transgalaktyczny huncwot to wyjeżdżał do brytyjskiej stolicy, ażeby promować z Euterpe nowy longplay, jak w czerwcu ’76 w New London Theatre, to znowu urządzał z Gilli wypady do Francji, gdzie w Paryżu na Hippodrome de Pantin dał w maju ‘77 okolicznościowy koncert z muzykami Gongu doby Angel’s Egg, co dokumentuje album Gong est Mort – Vive Gong. Z kolei wkrótce po ukazaniu się NitHToYL wciąż rozwijający się muzycznie i eksperymentujący Zero i Yoni zwarli szyki z odjazdowymi muzykami Here & Now i jako prowokacyjny, psychodeliczno-anarchistyczny, punk-hippie-spacerockowy kolektyw Planet Gong ruszyli na powrót w większą trasę po Wielkiej Brytanii i Francji, w trakcie której grali za darmo, zbierając „co łaska” na benzynę i utrzymanie do kapelusza, jaki puszczano w obieg podczas występów, bardzo żywiołowych, o czym przekonuje wydana w 1978 koncertówka Live Floating Anarchy '77.

Jak wiadomo, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Jeszcze przed rozpoczęciem planowanej drugiej trasy z Here & Now Daevid z wyczerpania podupadł na zdrowiu i wrócił do Deya, gdzie wpadł w alkoholizm, zaczął balangować i używać życia na potęgę, wywracając siebie i świat dookoła do góry nogami. Niebawem rozstał się z Gilli, która po pewnym czasie, w dobie nagrywania Fairy Tales, pierwszego longplaya sygnowanego nazwą Mother Gong, związała się silnym uczuciem z Harrym Williamsonem. Sam nagrał z kolei pokręcony, oddający stan jego pogrążonego w cieniu ducha, wymownie zatytułowany album N’existe pas! (Charly CRL 5015), jak Fairy Tales wydany w 1979. Jeszcze w ’78 wyjechał do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął współpracę z tamtejszymi muzykami, m.in. z Billem Laswellem i jego kolegami, którzy zarejestrowawszy z Ozziem pod szyldem New York Gong About Time przemianowali się na Material.

W ’81 obywatel świata powrócił po długiej nieobecności do ojczystej Australii, dokąd po roku przybyć miała i Gilli. W niespełna 35 lat później, po długich i twórczych latach swojego żywota, nie gdzie indziej, a właśnie w kraju swoich narodzin, zaniechawszy walki z dręczącym go nowotworem, Daevid Allen, z jednej strony jak mało kto świadomy kowal swojego losu, z drugiej człowiek jak mało który z ciekawością poddający się temu, co życie przyniesie, odszedł w spokoju w Byron Bay w otoczeniu czterech synów, Taliesina, Orlando, Toby’ego i Ynisa, „głęboko wierząc, że niektóre rzeczy muszą być takimi, jakimi są”, że nie warto im zaprzeczać i że dla spokoju umysłu i ducha po prostu lepiej się im poddać.

Farewell, Dear David, Good and Free Spirit, let’s hope now is the happiest time of Your life somewhere on Planet Gong!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.