ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Davis, Miles ─ Agharta w serwisie ArtRock.pl

Davis, Miles — Agharta

 
wydawnictwo: Columbia 1975
dystrybucja: Sony Music Polska
 
1. Prelude (Davis) [32:35]
2. Maiysha (Davis) [12:20]
3. Interlude (Davis) [26:50]
4. Theme From Jack Johnson (Davis) [25:16]
 
Całkowity czas: 96:54
skład:
Miles Davis – Trumpet, Organ. Sonny Fortune – Soprano Saxophone, Alto Saxophone, Flute. Pete Cosey – Guitar, Synthi, Percussion. Reggie Lucas – Guitar. Michael Henderson – Fender Bass. Al Foster – Drums. Mtume – Conga, Percussion, Water Drum, Rhythm Box.
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 0
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 0
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 0
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 1
Arcydzieło.
› 4

Łącznie 8, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Ocena: 8++ Arcydzieło.
17.08.2015
(Recenzent)

Davis, Miles — Agharta

Dokształt koncertowy – semestr czwarty, wykład dziesiąty.

Baczność kursanty!

Żaden dokształt koncertowy nie będzie pełny, jeśli nie wspomnimy o facecie, który nagrywał jedne z najbardziej odjechanych płyt koncertowych w historii. „Live-Evil”, „Dark Magus”, „Agharta”, „Pangaea” – to są albumy do innych nagranych na żywo niepodobne, zakręcone, szalone, zupełnie inne od wszystkiego. No to dzisiaj pan major wam o jednym z tych dzieł poopowiada.

Na wojnie zasada jest prosta – liczy się cały oddział, zgrana drużyna, grupa ludzi pracujących razem i uzupełniających się nawzajem, a nie ego jednego człowieka. Tą drogą na początku lat 70. poszło kilku muzyków, przedkładając zespołowe granie, współpracę, uzupełnianie nawzajem swoich partii nad egoistyczne solowe popisy – nobody solos, everybody solos: Robert Fripp, Joe Zawinul. No i rzecz jasna Mroczny Mag Miles Davis.

Na świetnej płycie „On The Corner” Miles pominął w notce okładkowej nazwiska instrumentalistów – nieważne, kto i na czym gra, liczy się końcowy efekt. Co świetnie pasowało do zmiany w ogólnej koncepcji muzycznej Davisa: coraz większą rolę odgrywał rytm, kombinowanie z metrami albo przeciwnie – utrzymywanie stałego pulsu, jednorodnego rytmu, będącego głównym elementem kompozycji. Na koncertach zdarzało mu się iść jeszcze dalej, zarzucał przerwy między utworami, zespół przechodził płynnie z jednego fragmentu (z reguły luźnej improwizacji na bazie pojedynczego motywu) w drugi, a na płytach koncertowych (np. „In Concert”) zupełnie pomijał tytuły utworów (choć potem w wersjach CD pojawiły się pełne listy kompozycji). Krytykom bardzo średnio się to podobało. Bo za radykalne, bo zbyt abstrakcyjne i bez melodii i sensu. Publiczność też była średnio zachwycona („On The Corner” sprzedawał się słabo). Dopiero po latach pionierską działalność Milesa docenili m.in. Red Hot Chili Peppers.

„Agharta” to zapis jednego z koncertów z japońskiej trasy Davisa na przełomie stycznia i lutego 1975 – 1 lutego w Osace. Dokładnie jednego z dwóch koncertów, popołudniowego – ten wieczorny trafił na płytę „Pangaea”. Jak powiedział sam Miles: „…z zespołu zniknęła większość europejskich wrażliwości. Teraz zespół osiadł głęboko na sprawach afrykańskich, na głębokim afrykańsko-amerykańskim czadzie, z wielkim naciskiem na bębny i rytm…” I jest to bardzo dobra definicja tej muzyki: perkusista z perkusjonalistą i basistą kombinują rytmicznie, podsuwają pulsujący, hipnotyczny rytm, gitarzyści proponują zniekształcone, przesterowywane brzmienia i riffy, modyfikują dźwięki swoich instrumentów choćby przez modulatory kołowe, Miles też chętnie przepuszcza swoją trąbkę przez gitarowy efekt wah-wah. Typowych solówek tu nie uświadczymy: zamiast płynącej melodii, Davis wygrywa zwięzłe, kłujące w uszy, ekspresyjne partie, często schowane za ścianą brzmienia sekcji rytmicznej a Fortune, Cosey i Lucas często rozwijają na różne sposoby pojedyncze akordy, krótkie wątki muzyczne. Przy czym nie ma w tym chaosu, gdy szef całego ansamblu zauważa, że kompanom już kończy się inwencja, przechodzą do kolejnego utworu (w kilku momentach pojawiają się krótkie partie Milesa, stanowiące łączniki między kolejnymi utworami). Do tego często pojawiają się skoki, nagłe zmiany rytmu, chwilowe zawieszenia, co bardzo podnosi napięcie w muzyce – słuchacz siedzi i gapi się w głośniki, nie mogąc przewidzieć, co Miles i spółka za chwilę zrobią, w którą stronę go poprowadzą. Oprócz czadowego, ekspresyjnego grania, zdarzają się też chwile delikatniejsze, spokojniejsze – jak w „Mayishy”, gdzie Fortune wygrywa na flecie łagodną niby-sambę przy akompaniamencie stonowanej, nieco bluesowej gitary… Nie brakuje też elektronicznych odjazdów, Cosey wykorzystuje EMS Synthi A – wczesny syntezator analogowy – tak do zniekształcania brzmienia gitary, jak i do generowania różnych szumów i pisków.

No, kursanty – to jest na pewno jedna z najbardziej zakręconych płyt, jakie pojawiły się w cyklu dokształtowym, albo i najbardziej zakręcona (bo Grobschnitt chyba jednak nie jest aż tak odjechany). Futurystyczny, funkowy, psychodeliczny jazz-rock, jaki zaproponowali Miles z zespołem, to jest jednak rzecz unikatowa i nie do podrobienia – bo Davis był nie do podrobienia. Właśnie, co ciekawe – choć Miles to jeden z największych egomaniaków w historii popkultury (obok Kinskiego), wielkość „Agharty” polega na tym, że Davis na scenie potrafi powściągnąć swoje ego. Albo inaczej – znajduje złoty środek, bo z jednej strony daje się wygrać swoim muzykom, często chowa się ze swoją trąbką za kolegami, a z drugiej – trzyma to wszystko w kupie, dowodzi swoją czeladką perfekcyjnie, nadając całej muzyce logikę, sens, ład – bo przy całym swobodnym, jamowym charakterze tej muzyki to nie jest improwizacja puszczona na kompletny luz, na żywioł, jest ona sprytnie ujęta w pewne karby, nieco ukształtowana, a zarazem pełna swobody i szaleństwa. Krytycy w roku 1975 „Aghartę” zjechali, dziś… no muszę to mówić, kursanty? Dziś uchodzi za nowatorski, pionierski album i źródło inspiracji dla licznych muzyków (np. Bugge Westerlofta).

No to pytania. Jako że ostatnio na twarzoksiążce pojawiły się problemy, pozwalam sobie przypomnieć – odpowiedzi notujemy i wysyłamy na sam koniec całego dokształtu, cywil Wojtek poda wtedy stosowny adres.

1. Na płytach Milesa można usłyszeć mnóstwo mniej lub bardziej znanych muzyków, w tym dwóch Polaków – kogo? (1 pkt).

2. Czy Miles Davis i Duke Ellington współpracowali kiedyś ze sobą? Jeśli tak, to kiedy; jeśli nie to dlaczego nie? (3 pkt.)

3. W latach 1975-1980 Miles całkowicie zawiesił działalność artystyczną, a spotkanie się z nim dla muzyków zza żelaznej kurtyny graniczyło z cudem; dwóm polskim jazzmanom jednak udało się spotkać w tym czasie z Davisem. Komu? (5 pkt.)


 

Cytat za: Miles Davis, Quincy Troupe, "Ja: Miles", przeł. Tomasz Tłuczkiewicz, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1993.
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.