ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Barclay James Harvest  ─ Gone To Earth  w serwisie ArtRock.pl

Barclay James Harvest — Gone To Earth

 
wydawnictwo: Polydor 1977
 
1. Hymn (5:09)
2. Love Is Like a Violin (4:06)
3. Friend of Mine (3:33)
4. Poor Man's Moody Blues (6:58)
5. Hard Hearted Woman (4:29)
6. Sea of Tranquility (4:05)
7. Spirit on the Water (4:51)
8. Leper's Song (3:35)
9. Taking Me Higher (3:08)
 
Całkowity czas: 39:51
skład:
John Lees – vocals, guitars
Les Holroyd – vocals, bass, guitars, keyboards
Stuart "Woolly" Wolstenholme – vocals, mellotron, keyboards
Mel Pritchard – drums, percussion
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 64
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 1
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 1
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 3
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 3
Arcydzieło.
› 3

Łącznie 88, ocena: Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: 8 Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
11.10.2018
(Gość)

Barclay James Harvest — Gone To Earth

Lata 70-te to był złoty okres w karierze kwartetu z Manchester. Choć grupa nie od razu zdobyła popularność, jednak takimi albumami jak „Once Again” (z nieśmiertelnym „Mocking Bird”), „And Other Stories” (zawierającym klasyk „Medicine Man”), czy „Octoberon”, stopniowo zwracała uwagę szerokiej publiczności, zapełniając po brzegi wielkie sale koncertowe. W tamtym czasie największym artystycznym i komercyjnym sukcesem okazał się album „Gone To Earth” z 1977 roku, sukcesor wspomnianego „Octoberona” (1976).

Album kontynuuje ścieżkę artystyczną, którą panowie Lees, Holroyd, Pritchard i Wolstenholme obrali na poprzednich krążkach. Muzyka jest pełna dostojeństwa, nienachalnego patosu, wypełniona po brzegi łagodnie płynącymi dźwiękami skierowanym ku pięknym melodiom, zachwycających harmonii wokalnych, różnorodnego repertuaru, szerokiego spektrum problematyki utworów oraz właściwego tej grupie polotu. Współpraca z Woollym Wolstenholmem układa się (jeszcze) poprawnie, przez co rzeczony longplay trzyma wysoki poziom. Muzycy nabierają doświadczenia w produkcji własnych nagrań, które zdobyli na poprzednim albumie. W pracy zespołowi towarzyszy David Rohl, producent znany m.in. ze współpracy z Thin Lizzy.

Płytę rozpoczyna podniosła pieśń oparta na wzorcowo opracowanym brzmieniu gitar akustycznych. W założeniach „Hymn” miał być dziełem dedykowanym zmarłym gwiazdom rocka (takim jak Janis Joplin, czy Jimi Hendrix), jednakże utwór z krążka na krążek lądował w koszu. W końcu jego autor, John Lees, zmienił tekst, zmodyfikował nieco strukturę songu, dorzucił do niego nawiązania do „Bolero” Maurice'a Ravel'a (szczególnie w warstwie rytmicznej) – i tak oto trafił on w finalnym kształcie na omawiany album. „Hymn” stał się wielkim przebojem (szczególnie w Niemczech), dzięki czemu na stałe został włączony w program koncertów BJH.

Z kolei „Love Is Like Violin”, otwiera łagodne gitarowe wprowadzenie, które uzupełnia zachwycający klarnet oraz łagodny śpiew Leesa. W refrenie ballada nabiera tempa, wchodząc z przytupem w rytmy i klimat disco. Piosenka wspaniale łączy te dwie przeciwstawne muzyczne rzeczywistości – łagodność nostalgii z dyskotekową nośnością. Majstersztyk!

Jej kontynuacją jest równie dynamiczny „Friend Of Mine” (autorstwa Lesa Holroyda) z wyraźnymi wpływami country. Piosenka posiada silny komercyjny charakter, co zresztą zostało należycie wykorzystane poprzez wrzucenie jej na singiel promocyjny.

Przełamanie energetycznego nastroju następuje dzięki prawdziwemu klejnotowi w postaci „Poor Man's Moody Blues”, ballady będącej odpowiedzią na zarzuty prasy dotyczące kopiowania przez zespół repertuaru The Moody Blues. John Lees wziął na warsztat największy przebój tej grupy, „The Nights In White Satin”, zdekonstruował ją z melodii i tekstu, wstawiając swój, jednocześnie zostawiając sam szkielet struktury utworu. W konsekwencji w przewrotny sposób chciał odpowiedzieć złośliwym dziennikarzom: „Chcieliście Moody Blues? No To Macie The Moody Blues!”. Co ciekawe, w 1994 roku zapytano lidera wspomnianej grupy, Justin'a Hayward'a, co myśli o „Poor Man's Moody Blues”, na co odpowiedział: „To było interesujące, schlebiało nam to, że mamy wpływ na muzykę BJH”. Aczkolwiek w późniejszych latach pan Lees przeprosił Hayward'a za to, że wykorzystał omawianą pieśń jako środek do walki z prasą. Przeprosiny ponoć zostały przyjęte. Natomiast song tak spodobał się publiczności, że również na stałe wszedł do repertuaru koncertowego rzeczonego kwartetu.

Zmiana romantycznego klimatu następuje dzięki sukcesorowi w postaci „Hard Hearted Woman”. Przebojowe gitarowe tło, melodyjna zwrotka i refren są poprzecinane tutaj perkusyjnymi wstawkami, które, w mojej ocenie, burzą nieco nastrój piosenki. Gdyby można było je wyciąć i podkręcić troszkę tempo, to mielibyśmy kolejny murowany przebój.

Pod sam koniec łagodnie i bardzo płynnie przechodzi w jedyną na płycie piosenkę autorstwa Woolly'ego Wolstenholm'a pt. „Sea Of Tranquility”, ujmującą swoją liryczną refleksyjnością, progresywną konstrukcją pełną zwrotów akcji, uzupełnioną przez wspaniale płynące harmonie wokalne wszystkich członków zespołu. Szkoda, że artyści nigdy nie pokusili się o zagranie tego na żywo, bo to absolutny klejnot tej płyty!

„Spirit On The Water” w swojej konstrukcji przypomina nieco „Hard Hearted Woman”. Mamy tu bowiem do czynienia z tym samym patentem w postaci wstawek gitarowych, podbitych przyspieszonym biciem perkusji. Utwór, choć wypełniony niebanalnymi liniami melodycznymi, jako całość może nieco nużyć. Muzyka przelatuje przez uszy słuchacza nie pozostawiając po sobie śladu. Jest to w mojej ocenie jedyny słaby punkt na płycie.

Z kolei „Lepers Song” to kolejne dynamiczne dzieło, jakie wyszło spod pióra Johna Leesa. Porywający temat gitarowy, podany z nutką rockowej drapieżności, jest zanurzony w wybornie przyrządzonym sosie instrumentalnych popisów każdego z członków załogi BJH, przez co utwór stanowi doskonały przykład na to, że, choć Barclaye znani są raczej z twórczości o stonowanym obliczu, potrafią także pokazać rockowy pazur.

Płytę zamyka przepiękna miłosna ballada „Taking Me Higher”, która wyszła spod pióra Lesa Holroyda. Tu dominuje pewien minimalizm. Łagodnie płynącemu pianinu towarzyszy eteryczny głos autora piosenki, uzupełniony przez melodyjną solówkę gitarową i cudowne harmonie wokalne, pozostawiające słuchacza w nieco rozmarzonym nastroju.

Pod względem literackim zespół dotyka zróżnicowanej tematyki. „Hymn” stanowi religijną pieśń o narodzinach, życiu i śmierci Jezusa Chrystusa. Choć z pozoru „Spirit On The Water” dotyczy bezcelowości procederu polowania na zwierzęta, to uważny słuchacz może doszukać się i tutaj duchowej tematyki, bowiem mamy tu nawiązanie do Księgi Rodzaju, w której „Duch Pana unosił się nad wodami” (Rdz 1,2).

Z kolei „Lepers Song” omawia problem wypalenia zawodowego oraz związanej z nim alienacji w społeczeństwie.

Ponadto nie brakuje tematyki miłosnej, poruszającej problematykę samotności w związku („Poor Man's Moody Blues”), zakończonych relacji („Love Is Like Violin”, „Friend Of Mine”), czy radości z przebywania z bliską osobą („Taking Me Higher”). Z drugiej strony pokazuje kobiety jako osoby, które potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie, przez co „Hard Hearted Woman” przez wielu jest odbierany jako utwór o wymowie mizoginistycznej.

Uzupełnieniem różnorodności lirycznej albumu jest „Sea Of Tranquility”, w którym na pierwszy rzut ucha przedstawiono zagadnienie bezcelowości podróży w przestrzeni kosmicznej. Co ciekawe, w tej pieśni autorstwa pana Wolstenholme'a, słyszymy słowa: „Nasze nadzieje są zawsze wielkie, że piosenki, które śpiewamy, i słowa, które przynosimy, nigdy nie powinny umrzeć" – łatwo dopatrzyć się w nich  gwiazdorskiego optymizmu, podczas gdy w wersach: "Sprzedaliśmy nasze dusze dla bezsensownego zysku i sprowadziliśmy żniwa do domu na próżno" wyraźnie pobrzmiewa gorycz rozczarowania pracą w zespole, jak i przemysłem muzycznym jako takim. Chociaż „Gone To Earth” nie był to ostatnim albumem Woolly'ego z zespołem, nie ulega wątpliwości, że w 1977 roku był już na dobrej drodze do podjęcia decyzji o odejściu.

Podsumowując można powiedzieć, iż rzeczony album jako całość jest bardzo spójny, różnorodny (zarówno pod względem literackim, jak i muzycznym), choć nieco nierówny („Spirit On The Water” jest w mojej ocenie do wywalenia), czasami przesadnie złagodzony („Hard Hearted Woman”). Mimo to z przyjemnością słucha się tego longplaya. „Gone To Earth” odniósł oszałamiający sukces na całym świecie, okupując przez 197 tygodni (czyli prawie 4 lata!) niemieckie listy przebojów, a na całym świecie sprzedano ponad milion egzemplarzy. Tym samym wywindował grupę, szczególnie w Niemczech, do statusu megagwiazdy. Ponadto w 2011 roku trafił na 6 miejsce pod względem najdłużej egzystujących albumów na niemieckich listach bestsellerów. Niewątpliwy sukces odniósł „Poor Man's Moody Blues” - podobno jest to najczęściej grana piosenka na greckich weselach! Jeśli do sumy tego o czym przed chwilą wspomniałem dodamy wielki przebój jakim jest „Hymn”, z całą pewnością można stwierdzić, iż „Gone To Earth” stanowi kamień milowy w karierze kwartetu z Manchester. Jest jasnym punktem na artystycznej mapie rozwoju Barclay James Harvest i jednocześnie jednym z ostatnich albumów nagranych w składzie z Woollym Wolstenholmem, bowiem po trasie koncertowej promującej „Gone To Earth” (której kwintesencję stanowi koncertowy „Live Tapes”) oraz „XII”, ów nadworny klawiszowiec opuszcza szeregi grupy, tłumacząc niezadowoleniem z obrania przez grupę bardziej komercyjnego brzmienia.

Na rzeczonym longplayu zespół rozwinął swoje umiejętności kompozytorskie oraz producenckie do perfekcji. Czyste brzmienie, zachwycające harmonie wokalne, piękne melodie, niebanalne teksty oraz klimat muzyki staroangielskiej (szczególnie tej dziewiętnastowiecznej) – czyli to wszystko, co odróżniało rzeczony kwartet spośród innych zespołów grających w latach 70-tych rocka progresywnego – wyraźnie pobrzmiewa również na omawianej płycie. Wielbicieli Barclay James Harvest nie trzeba będzie długo przekonywać by sięgnęli po tę płytę. Wszak do dnia dzisiejszego jest to jeden z najlepszych krążków w całej ich 50-letniej karierze. Dla tych, którzy nie znają dobrze twórczości BJH, „Gone To Earth” może być doskonałym wprowadzeniem w klimat ich albumów. Bardzo dobra pozycja. Serdecznie polecam!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.