ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Bowie, David ─ Blackstar w serwisie ArtRock.pl

Bowie, David — Blackstar

 
wydawnictwo: RCA Records 2016
 
1. Blackstar (9:56)
2. 'Tis a Pity She Was a Whore (4:45)
3. Lazarus (6:23)
4. Sue (Or in a Season of Crime) (4:35)
5. Girl Loves Me (4:53)
6. Dollar Days (4:36)
7. I Can't Give Everything Away (5:41)
 
Całkowity czas: 40:49
skład:
David Bowie – vocals, acoustic guitar, mixing, production, string arrangements
Donny McCaslin – flute, saxophone, woodwinds
Ben Monder – guitar
Jason Lindner – piano, organ, keyboards
Tim Lefebvre – bass
Mark Guiliana – drums, percussion
James Murphy – percussion
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
› 0
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
› 1
Album słaby, nie broni się jako całość.
› 0
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
› 0
Album jakich wiele, poprawny.
› 1
Niezła płyta, można posłuchać.
› 0
Dobry, zasługujący na uwagę album.
› 2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
› 4
Absolutnie wspaniały i porywający album.
› 20
Arcydzieło.
› 32

Łącznie 60, ocena: Absolutnie wspaniały i porywający album.
 
 
Recenzja nadesłana przez czytelnika.
Ocena: * Bez oceny
27.01.2019
(Gość)

Bowie, David — Blackstar

Major Tom odleciał...

Dokąd się udałeś kosmiczny kameleonie ? Jakie odległe galaktyki dziś przemierzasz swoimi intergwiezdnymi wehikułami? Jakie najdziwniejsze planety eksplorują twe dźwiękowe podróże? Promienie jakich słońc oświetlają dziś twe zapewne jak zawsze przepełnione uduchowionym natchnieniem oblicze? Dziś, gdy znamy kontekst twego ostatniego muzycznego komunikatu do nas Ziemian, te pytania rzucone w pustkę rozgwieżdżonego nieba pozostają bez odpowiedzi. Ale czy na pewno ? Niepoprawny kosmiczny wizjoner Dawid Bowie osiągnął swój ignite point i poszybował w swoją ostatnią podróż w nieznane. Powiadają, że kosmici są nieśmiertelni. Czyż nasz obcy astronauta, który przypadkowo zabłąkał się pomiędzy mieszkańców naszej planety nie wrócił właśnie do swoich ukochanych gwiazd ? Po to by je dotykać, obejmować, całować, żonglować nimi, celebrować ich życiodajną energię ? Major Tom odleciał... Lecz naziemna stacja kontroli pod postacią oddanych akolitów jego twórczości wciąż działa. I nadaje w gwiezdny mrok swój przekaz...

"Ile razy upada anioł?
Ilu ludzi kłamie zamiast się przechwalać?
Wszedł na świętą ziemię, krzyknął głośno do tłumu
(jestem czarną gwiazdą, jestem czarną gwiazdą, nie jestem gangsterem)"

Blackstar. Czarnogwiazd. Obiekt w przestrzeni kosmicznej uznany za umarły, chłodny, wypalony, wyzuty ze swych własnych własności, symbolizujący nieodwracalne przemijanie wszystkiego. Blackstar. Nowotwór. W medycznym żargonie chłodnych klinicznych salek, zaczerniający wyroki odbite na rentgenowskich kliszach. Czarnogwiazd na horyzoncie zdarzeń. Czarnogwiazd w samym sobie. Jakże straszny i przewrotny jest tytuł ostatniej płyty Davida Bowie. Wypuszczonej znienacka, niczym pożegnalny mail kliknięty zwiotczałymi palcyma. Z racji na totalnie antykomercyjny charakter stanowiący jutrzenkę nadziei dla nieznających nieujawnionej prawdy o chorobie artysty fanów. Tym większe było zaskoczenie i ból zarazem, gdy zaledwie dwa dni po premierze albumu dowiedzieliśmy się o jego śmierci. I dopiero wtedy można było z choć namiastką obiektywności podejść do ogarnięcia zmysłami całości tego wstrząsającego konceptu, który stworzył człowiek śmiertelnie chory z pełną świadomością wszystkiego co się z tym wiąże. David doskonale wiedział dokąd zmierza. Widział przejście na drugą stronę i z podziwu godnym nieludzkim chłodem tworzył swoje ostatnie dzieło. Podobno bez jakiegoś pośpiechu czy niepokoju. Z bólem, ale z zaskakującą pogodą ducha. Choć nikt tak naprawdę nie wie co działo się we wnętrzu nieprzeniknionego jak zawsze artysty. Może wiedział, że kosmici są nieśmiertelni, a ziemska cielesna powłoka jest tylko przejściowym nosicielem wiecznego ducha a ta płyta to tylko pomachanie do słuchaczy z żartobliwym "spotkamy się po drugiej stronie"? Lecz czuć w niej także cielesne cierpienie. I to wielkie. Bo piękno tej muzyki przypomina piękno więdnącego kwiatu, obumierającego i słabnącego, wysychającego z życiodajnych soków, trawionego nieubłaganym zegarem przemijania. Ale jednak kwiatu wciąż niesamowicie olśniewającego i pełnego gasnącego życia, dumnie wznoszącego swe tkanki ponad nieuchronnie przybliżające się podłoże, jakby wołał "oto ja i wciąż tu z wami jestem!!!". Dawid Bowie wyhodował sobie za życia testament będący dlań tym, czym dla jego przyjaciela Mercurego było przecudne, lecz także ściskające za serce Innuendo.

"Nie umiem odpowiedzieć, dlaczego (jestem czarną gwiazdą)
Po prostu chodź ze mną (nie jestem gwiazdą filmową)
Zabiorę cię do domu (jestem czarną gwiazdą)
Zabierz swój paszport i buty (nie jestem gwiazdą pop)
I swoje środki uspokajające - boo! (jestem czarną gwiazdą)
Ty rozbłyskasz i gaśniesz (nie jestem cudowną gwiazdą)
Ja jestem Wielkim Tym, Który Jest (jestem czarną gwiazdą)"

Płyta jest totalnie antymainstreamowa. Czy to dlatego, że David wiedział że to ostatnie jego dzieło i nie dbał już o jej pozycje w rankingach sprzedaży? Czy z powodów czysto artystycznych nagrał to co mu w duszy grało i Blackstar wyglądałby tak samo gdyby nagrał ją gdzieś, kiedyś, w całkiem innym kontekście ? Muzyk skrzyżował artyzm swoich klasycznych dokonań z lat 70-tych z mrocznym nihilizmem Outside lat 90-tych i połamanymi rytmami ery elektronicznej post - Earthling. W ogóle wszystko tu w sporej mierze podporządkowane jest rytmowi, a perkusyjne pokręceńce czasoprzestrzennie zaginają tę i tak już dość pokomplikowaną muzykę. Mamy tu pełno kontrastów, z oparów mrocznych pasaży wyłaniają się, o dziwo, wręcz pogodne akcenty, choćby gdy artysta dobrotliwym, pogodzonym ze swym losem tonem wyznaje że jest Czarną Gwiazdą właśnie. Muzyka jest niehandlowa, aradiowa w komercyjnym sensie tego słowa znaczeniu i asłuchalna w postrzeganiu mainstreamowym. Blackstar to awangardowe dzieło czerpiące w swym eklektyźmie z wielu pozornie antagonistycznych względem siebie muzycznych gatunków. Techno miesza się z jazzem, industrial zazębia się z soulem, rock symfoniczny idzie po rękę z trip-hopem. Poskręcane fabryczne wtręty mogłoby spokojnie znaleźć się na którejkolwiek płycie Ministry. Wyjące wniebogłosy dęciaki przywodzą na myśl jazzowy okres King Crimson. Nostalgia Portishead, transowość Swans, eksperymenty Radiohead. Wszystkich tych, którzy dorastali na Davidzie. Lub wraz z nim. Ale wszystko to tylko czcze porównania, gdyż muzyczny kuglarz jakim jawi się nie od wczoraj Bowie z iście prestidigitatorskim kunsztem serwuje swoją własną namacalną iluzję, pochłaniającą bez reszty słuchającego. Niczym soniczny poltergeist miesza w dźwiękowym kotle, z którego wydobywają się smakowite kuszące bulgotania. Artysta z charakterystyczną dla siebie nonszalancją kompletnie zlekceważył suche prawidła rządzące muzycznym rynkiem i na promujący płytę utwór wybrał w zasadzie progresywny i trwający 9 minut utwór tytułowy, który swą chropowatością, chłodem i nostalgią raczej nie rokował na ewentualne emisje w głównych stacjach radiowych w godzinach obiadowych. A jednak tu i ówdzie można było go tak usłyszeć jak i zobaczyć, co świadczy o tym, jak wielką charyzmę miał muzyk i jak mocnym szyldem było samo jego nazwisko.

"Jestem czarną gwiazdą, na szczycie, na pieniądzach, mam werwę,
Widzę na wskroś, tak szeroki, tak serdeczny ból,
Chcę orłów w swych marzeniach, diamentów w swych oczach
(jestem czarną gwiazdą, jestem czarną gwiazdą)"

Dawid Bowie nie oglądał się na oczekiwania czy konwenanse. Nie zważał na siły doczesne, łkania przeszłości i przybliżającą się nemezis przyszłości. Pozbierał do kupy wszystkie swoje wykuwane przez dekady muzyczne puzzle. Przygotował podwaliny pod swoje muzyczne mauzoleum wypełniające potrzebę nadchodzącej chwili. I grał. Grał póki świeci samotna świeca w odległym mieście Ormen. Póki kobiety klękają w dniu egzekucji wznosząc swe oczy w niemym uśmiechu. Grał póki bije puls rodzący ich marnotrawnych synów. Grał póki miłość i nienawiść przeplatają się w każdym tu i teraz. I będzie grał póki soniczni derwisze będą dygotać w bowie'wskim tańcu świętego Wita rodem z niepokojącej pląsawicy w clipie Blackstar. Póki można być wolny niczym niebieski drozd. Póki istnieć będą uniesienia płatnej miłości. Póki można będzie odnaleźć traumatyczne blizny w swym lustrzanym odbiciu. Będzie grał póki będziemy spoglądać w górę, macając wzrokiem odległe wyimaginowane światy szukając gwiazdy na którą odleciał. Tej jednej jedynej. Czarnogwiazdy...

"Coś się wydarzyło w dniu, w którym umarł
Duch wzniósł się na metr i odsunął się na bok
Ktoś inny zajął jego miejsce i odważnie krzyknął
(jestem czarną gwiazdą, jestem gwiazdą gwiazd, jestem czarną gwiazdą)"

Nie jest to z pewnością najlepsza płyta Bowiego. I nie odkrył on na niej żadnej nowej muzycznej Ameryki, wbrew głosom wielu będących pod oszołamiającym wpływem całości kontekstu fanów. Ale na pewno jest to jedno z najbardziej wstrząsających i poruszających dzieł artysty. Płyta, która chwytałaby za gardło nawet wtedy, gdyby jakimś cudem nie znało się całej jej gorzkiej otoczki. Nie jest to też album na raz czy dwa razy. Gdyż muzyka na nim zawarta wnika w nas powoli, niczym kroplówka pompująca ulgę do krwioobiegu czy lekarstwo skapujące kropla po kropli do ust łaknącego remedium pacjenta. A takich panaceów się nie odłącza tak o. Tylko trzeba je sączyć, aż do całkowitego nasycenia. Stety czy niestety większości z nas nie dane było posłuchać Blackstara na chłodno, gdyż Bowie swą śmiercią na zawsze naznaczył swe ostatnie dzieło stygmatą zmuszającą do myślenia o nim w sposób ostateczny. Ja osobiście odbieram Blackstar jako jego ostatni event, pożegnalny happening Davida, na którym głównym aktorem był on sam, zaś odgrywanym przezeń przedmiotem owej sztuki było życie. Nie śmierć właśnie. Ale życie...

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.