ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

wywiady

13.12.2017

"Wszyscy jesteśmy tacy sami" - wywiad z muzykami Tides From Nebula i Spoiwo

Dwa zespoły. Dwie odmienne perspektywy, a jednocześnie tak wiele wspólnych punktów. Adam Waleszyński i Przemek Węgłowski z Tides From Nebula oraz Piotr Gierzyński i Krzysiek Zaczyński ze Spoiwa w rozmowie o muzycznej rzeczywistości emocjonalnej, martwym języku post-rocka oraz o tym, jak zmienił ich czas.

Chociaż Tidesi mają na koncie już 4 krążki, a Spoiwo właśnie kończy promowanie swojego debiutu, tak naprawdę jesteście dwiema ugruntowanymi kapelami. Chciałabym więc zacząć od pytania o to jakie myśli rządziły wami na samym początku? Były to ekscytujące wizje przyszłości, a może strach, że to przecież Polska, gdzie rzesze będą śpiewać „Parostatkiem w piękny rejs”, a na wzmiankę o post-rocku prawdopodobnie skrzywią twarz niczym w paroksyzmie bólu?

Adam: Nie snuliśmy nigdy planów. Jak zaczynaliśmy grać to myśleliśmy o wokaliście i nie przyszło nam w ogóle do głowy, że będziemy grali post-rocka. Nawet nie byliśmy do końca świadomi, że istnieje coś takiego jak post-rock. Coś zupełnie innego inspirowało nas do przestrzennego grania, na przykład Dredg albo Tool. Gdy powstaliśmy, byłem pewien, że po roku, może półtora zagramy pierwsze koncerty w Warszawie, a wyszło na to, że niecałe dwa lata po założeniu kapeli siedzieliśmy w busie, w drodze do Belgii.

Piotrek: My za to w ogóle nie siedzieliśmy wcześniej w muzie. Nasze zainteresowanie graniem nie było więc jakieś pogłębione. Sama możliwość obcowania z dźwiękiem wywoływała euforyczne skojarzenia, a to ciągnęło za sobą takie myśli: „Dobra, można to pchnąć. Może będzie z tego coś większego”. Później było: „No musi być z tego coś dużego, przecież jest zajebiście”. I przyznam, że od tamtego czasu to nam towarzyszy. Narzucamy sobie jakąś presję, dyscyplinę. Myślimy o tym poważniej.

Nie baliście się?

Krzysiek: Jasne, są obawy, niepewność. Muzyka to trudny, ale szalenie satysfakcjonujący kawałek chleba. Te myśli są czymś naturalnym - pojawiają się, ponieważ myślimy o tym poważnie, jako sposobie na życie, a nie weekendowym hobby. Strach motywuje, uskrzydla.

Piotrek: Tym bardziej, że w przeciwieństwie do całej ekipy Tidesów nie jesteśmy zawodowcami. Łączymy granie z życiem codziennym, co jest bardzo wycieńczające i często frustrujące.

Podoba mi się to, co powiedział kiedyś w wywiadzie Matthew Bellamy, opowiadając o początkach Muse, kiedy byli wciąż odrzucani przez brytyjski rynek muzyczny: „Przestałem przejmować się tym, co myślą inni ludzie. Wtedy wszystko zaczęło działać”. Zgadzacie się z tą myślą?

Piotrek: Generalnie tak. Tylko, że im udało się osiągnąć sukces będąc dużo młodszymi. To też ma znaczenie. Człowiek jest wtedy w innej kondycji psychicznej, niż gdy jesteś po trzydziestce i wiesz, że musisz się utrzymywać. Masz inny komfort, kiedy na przykład jako dwudziestolatek jesteś odrzucony, ale posiadasz jeszcze ten bufor czasu zanim wkroczysz w dorosłe życie i jeśli wtedy wszystko zadziała, to wygrywasz.

Przemek: My wiemy, że nasza muzyka nigdy nie będzie mainstreamowa. Gdy wydamy płytę to nie będzie to tak komercyjne, jak choćby premiera krążka Riverside. To jest muzyka instrumentalna. Nie mamy ciśnienia podczas robienia muzy, żeby to się koniecznie musiało sprzedać, bo mamy świadomość, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Dzięki temu spada z nas pewnego rodzaju ciężar. Teraz cieszę się po prostu, że już gdzieś tam doszliśmy z zespołem i mamy ten start z nowym materiałem ułatwiony, bo są ludzie, którzy na pewno będą nas słuchać. Gdy w 2009 roku wydawaliśmy Aurę modliliśmy się żeby ktokolwiek to usłyszał, żeby tylko się zahaczyć. Teraz już jesteśmy zahaczeni, ludzie czekają na nasz następny krok, są ciekawi jak będzie brzmiał nowy album i to działa relaksująco.

Adam: Ja też nie czuję nigdy presji gdy nagrywamy płytę, bo zawsze jak robimy nową muzykę to przede wszystkim chcemy mieć z tego frajdę. Jeżeli to co tworzę będzie mi się podobało, to jest szansa, że ludziom też to się spodoba. Wiesz, nie chodzi o samouwielbienie, tylko chodzi o to by czuć, że to co się robi ma sens. Kto miałby w to uwierzyć, jeśli nie my sami?

Gdy wyjeżdżacie w trasę zostawiacie całą codzienność za sobą, włącznie ze swoimi najbliższymi, ale czas płynie wszędzie tak samo. Więc gdy wy tęsknicie, oni również. Może nawet bardziej, bo nie mają aż takiej kumulacji wrażeń, jak wy podczas grania koncertów i odwiedzania wciąż nowych miejsc. Jak trasy wpływają na te najważniejsze dla was relacje?

Adam: Wiadomo, że jak się wyjeżdża to jest tęsknota i te ciężkie emocje towarzyszą ci w trasie, ale właśnie dzięki temu, że tak długo cię nie ma, po powrocie do domu jest tylko lepiej w sferze emocjonalnej. Człowiek bardzo docenia to co ma również poza swoim życiem muzycznym.

Piotrek: Ja jestem w nieco specyficznej sytuacji, bo członkini zespołu jest jednocześnie moją partnerką. Nie wracam do kogoś, tylko wyjeżdżam z kimś, ale domyślam się, że to może tak działać, jak powiedział Adam.

Wspólne bycie w trasie, to przede wszystkim wspólne mierzenie się ze związanymi z nią ekstremalnymi sytuacjami.

Piotrek: Pojawia się trochę tych ekstremów, tyle że jesteśmy w tym w piątkę, bo we dwójkę inaczej byśmy rozwiązywali konflikty. Takie sytuacje może jakoś szczególnie nie pogłębiają relacji, ale na pewno ją wzmacniają.

Na trasie spotykacie wiele osób, rozmawiacie z nimi, być może dzielą się z wami jakimiś historiami z własnego życia. Czy po ostatnich trasach europejskich ktoś szczególnie was dotknął swoimi słowami albo zachowaniem? Arnór Dan z Agent Fresco przyznał kiedyś w wywiadzie, że czasami przytłaczają go historie fanów, później nie może się z nich otrząsnąć. Jak sobie radzicie z taką intensywnością interakcji?

Adam: Zawsze doceniamy kontakt z naszymi słuchaczami, wychodzimy do nich przybić piątkę i pogadać, bo tylko dzięki nim możemy robić to, co robimy. I to jest fajne. Natomiast nie spotkałem się z sytuacją, żeby jakaś historia rozmontowała mnie emocjonalnie. Może aż tak to na mnie nie wpływa. Ludzie chyba też nie opowiadają nam szczególnie ciężkich rzeczy. To, co najbardziej mnie dziwi, to fakt, że ludzie myślą, że jesteśmy nie wiadomo jak uduchowionymi ludźmi, tylko dlatego, że piszemy taką emocjonalną muzykę. Tak naprawdę jesteśmy bandą wesołych kretynów i normalnymi facetami, którzy wolą sobie postrzelać na wirtualnej wojnie, niż siedzieć i czytać poezję jakiegoś alternatywnego artysty. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Jesteśmy absolutnie tacy sami, jak ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty.

Krzysiek: Każdy koncert jest dla mnie dużym ładunkiem emocji. Wyrzucam je wszystkie na powierzchnię. Na scenie chcę być autentycznie, całkowicie zaangażowany, dać z siebie wszystko - grać, a nie odgrywać. Po koncercie chcę być maksymalnie skupiony na rozmowie i interakcjach z każdym, kto też jakoś przeżył ten koncert i chce się tym podzielić. Nasza rozmowa będzie trwała pewnie chwilę, tylko tu i teraz, więc słucham tej osoby całym sobą. Dostaję masę bodźców, cały czas coś się dzieje. Ktoś kupuje płytę, koszulkę i chce po prostu porozmawiać, więc ja też chcę mu przekazać, że jestem mu za to zajebiście wdzięczny i że to co robi, jest dla mnie ważne. Na koniec, już po wszystkim, jestem totalnie wypruty, wyczerpany i pusty, ale szczęśliwy. Po trasie jestem nie tyle zmęczony podróżą w sensie fizycznym, co ilością interakcji i ich siłą. Potrzebuję buforu - braku kontaktu – odcięcia się.

Czy w takie dni jak dzisiaj, gdy występujecie jako dwa zespoły pokrewne gatunkowo, ale z różnym poziomem doświadczenia, ustalacie pewną hierarchię? Spoiwo bardziej słucha się TFN czy raczej idziecie ramię w ramię, wzajemnie się wspierając w potrzebie?

Przemek: Tak, dzisiaj zajęliśmy cały backstage, bo gramy w grę. (śmiech)

Adam: Wiadomo, że są jakieś prawa, którymi rządzi się koncert. Jak ktoś jest headlinerem to pierwszy ma próbę, zajmuje więcej sceny, więc zespoły grające wcześniej muszą sobie jakoś radzić. My byliśmy w tym miejscu i wiemy jak to wygląda. Zresztą dalej nam się zdarza tam być, nawet dość często, więc zawsze szanujemy zespoły, które z nami grają i dobrze się z nimi rozumiemy. Może dwa razy w karierze spotkałem się z czymś takim, że jak jesteś supportem to „stul dziób” albo „spadaj szybko ze sceny”. Chyba że w ogóle grasz z jakąś wielką gwiazdą. Wtedy masz półtora metra kwadratowego sceny i nara. To się zdarza. Ale generalnie w środowisku muzycznym staramy się wspierać. Szczególnie w takiej sytuacji, gdy wszyscy się jakoś znamy, a scena polska jest mała. Szanujemy się nawzajem i kochamy, mimo tego co piszemy na siebie w internetach. (śmiech)

Piotrek: Mam wrażenie, że zespoły, które wywodzą się z tej nieco undergroundowej sceny mają właśnie tą świadomość jak to wygląda na początku i zwiększa to ich poziom empatii dla tych osób, które oni zostawiają „w tyle” i które później pełnią funkcję ich supportu. Myślę, że zupełnie inaczej to wygląda, gdy kreuje się jakiś zespół albo wykonawcę, bo takie osoby zaczynają od całkowicie innego punktu. Zespół, który nie był przetyrany jako support i nie musiał poruszać się po przeokrutnych miejscach ma obniżony ten poziom wrażliwości na innych.

Spoiwo - w przyszłym roku planujecie wypuścić swój drugi studyjny album, w którym chcecie od post-rocka skręcić bardziej w stronę elektroniki. Skąd taki zwrot? Wasz debiut był raczej mroczny i klimatyczny, wypływający niczym z ciemnej kinowej sali.

Piotrek: Dla nas zarówno efekt tego co robiliśmy, jak i gatunkowe przypisanie tego, nie było czymś, co wynikało z naszej intencji. To była trochę wypadkowa pewnych decyzji, które podjęliśmy, ale decyzji nie do końca świadomych. To co gramy nie jest tym, czego słuchamy. Doszliśmy do wniosku, że przyszedł czas by zmienić trochę ten azymut, wybrać inny kierunek i przejść do czegoś co jest nam bliższe, w czym się lepiej czujemy, co jest dla nas bardziej naturalne. Szczerze mówiąc, żadne z nas teraz nie słucha post-rocka. Absolutnie nikt. I nikt z nas nigdy go nie słuchał. Dla nas to nie jest muzyka, którą chcielibyśmy grać. Chcemy dojść do czegoś co będzie nam wewnętrznie sprawiało satysfakcję i wszyscy jesteśmy tutaj bardziej przesunięci w stronę muzyki elektronicznej.

TFN – ogłosiliście, że po dzisiejszym koncercie znikniecie na dłuższy czas. Jakie macie plany? Czego możemy się spodziewaćy gdy wrócicie?

Adam: Przede wszystkim musimy odpocząć od niebycia w domu całymi tygodniami. Ale nie mamy zamiaru odpoczywać od zespołu. Tak naprawdę dajemy sobie średnio jakieś 3 tygodnie w roku na wyluzowanie i w pewnym sensie niemyślenie o zespole. W tym czasie nawet nie dzwonimy do siebie. Wiadomo, czasami się spotkamy, na przykład na Sylwestra czy żeby pograć w Battlefielda (śmiech). Ale ogólnie szykujemy się na wrzucenie piątego biegu i teraz chyba jeszcze mocniej nas porąbie na punkcie zespołu.

Przemek: Teraz zacznie się ta najintensywniejsza praca. Myślę, że szykuje nam się całkiem spora zmiana. Większa niż na którejkolwiek wcześniejszej płycie. Przynajmniej ja bym tak chciał. Na pewno będziemy chcieli mocno odejść od koncepcji szeroko pojętego post-rocka. Dawno temu słuchaliśmy tej muzyki i faktycznie się nią wtedy zajaraliśmy, ale przestało to do nas trafiać jakoś na etapie drugiego albumu. Teraz mam duży problem ze znalezieniem nowych brzmień, które zadziałałyby na mnie tak, jak wtedy ten post-rock.

Krzysiek:. Czas mija, zmieniamy się jako ludzie i zespół. Zmieniają się nasze fascynacje i inspiracje muzyczne. W tej chwili znacznie się różnią od tych, które towarzyszyły nam kiedy powstawał materiał na pierwszą płytę. Od tego czasu, wraz z jej premierą i późniejszym okresem minęły prawie cztery lata. Post-rock jest mocno wyeksploatowany, ciężko powiedzieć coś świeżego w tym języku. Trzeba szukać dalej.

Artur Rojek w książce „Inaczej” powiedział, że „Scena to takie miejsce, które pozwala jednocześnie skupić na sobie uwagę i trzymać dystans. Podczas koncertu ekshibicjonistycznie się odsłaniam, ale nikt mnie nie może dotknąć”. Myślę, że akurat on powiedział to bardziej z perspektywy wokalisty, który pokazuje swoje emocje przede wszystkim za pomocą słów. Obserwując was na scenie, mogę jednak stwierdzić, że robicie dokładnie to samo poprzez grane melodie i reakcje waszych ciał na ładunki emocjonalne zawarte w dźwiękach. Jak jest faktycznie z waszymi emocjami podczas koncertów?

Adam: Przy takiej ilości koncertów nie da się każdorazowo odtworzyć tych emocji. Tak naprawdę im więcej się gra tym trudniej w sobie utrzymać tą świeżość, ale są takie momenty, gdy czujesz, że dzieje się coś magicznego. Pamiętam, że na jednym z koncertów podczas tej trasy, stała dziewczyna w pierwszym rzędzie, makijaż jej spłynął od łez. Uświadomiłem sobie, że często się o tym zapomina, jak ważne są te koncerty dla części słuchaczy. My jesteśmy w pewien sposób odcięci od tego, bo mamy po swojej stronie ten aspekt wykonawczo – techniczny, skupiamy się żeby wypaść jak najlepiej, a emocje pojawiają się tam, gdzie uda się je wykrzesać. Ale dla ludzi najważniejsze jest czucie i takie chwile jak tamta są konieczne, żeby przypomnieć nam o co w tym wszystkim chodzi, po co tu jesteśmy i dlaczego właściwie jeździmy w trasy.

Piotrek: Zawsze podczas „Skin”, myślę o tym, co kiedyś powiedziała mi o nim Simona. Że to jest utwór, w którym my przebijamy się i walczymy o swoją wolność. Krzyk swoistej klasy robotniczej, który daje poczucie mikro swobody w tym co robimy. Za każdym razem gdy to gram, próbuję sobie o tym przypomnieć i czuję te ciary na ciele, które mówią, że to jest rzeczywiście próba wyjścia z pewnej strefy mentalnej do zupełnie innej. Przy pozostałych utworach tak nie mam. Tak jak powiedział Adam – my jesteśmy bardziej architektami tego koncertowego procesu, jesteśmy pozbawiani tych emocji, które nam towarzyszyły na początku. Gdy jesteś muzykiem, poświęcasz się by być przekaźnikiem treści dla innych osób. Musimy przywoływać emocje, musimy starać się przypomnieć sobie co było początkowym zapalnikiem. Jeśli tego nie zrobimy to te kompozycje staną się dla nas tylko pustymi formami do odtworzenia.

Jak bardzo zmienił was czas?

Adam: Nie zmienił mnie w ogóle. Mam wrażenie, że nie dorosłem. Mam nadzieje, że nigdy nie dorosnę. Bycie muzykiem daje ten komfort. Żyjesz marzeniami i mimo tego, że wyłysiałem i zapuściłem brodę, nie jestem zmuszony do opuszczenia Nibylandii (śmiech).

Piotrek: Ogromnie. Trudno mi nawet odnieść się do tej osoby, którą byłem gdy zaczynaliśmy, czyli dobre dziesięć lat temu. Zmienia się wrażliwość, zmienia się motywacja, zmienia się też podejście do muzyki. Na początku jak zaczynałem grać, to jedną z moich największych obaw było to, że zamiast doświadczać muzykę, zacznę ją analizować. I obawa ta niestety się potwierdziła. Dziś bardzo trudno mi się otworzyć przed utworem i podejść do niego jak do spójnej formy. To jest jednak choroba zawodowa. Cały czas analizujesz utwór, techniki, efekty, czy realizację. Niestety jesteś już po drugiej stronie.

Przemek: Nie jest to łatwe pytanie. Myślę, że nie zmieniłem się aż tak bardzo na przestrzeni tych dziesięciu lat. Oczywiście, zdaje sobie sprawę że pewne rzeczy widzę inaczej, mój światopogląd też zmienił się od czasu kiedy miałem 22 lata. Może nie jestem już aż takim idealistą, przestałem też być aż tak naiwny jak kiedyś. Jednak wciąż bardzo wierzę w to co robimy z chłopakami. Stało się to najważniejszą częścią mojego życia. Kiedyś była to jedynie pasja, z której bardzo chciałem zrobić „coś więcej”. Nigdy bym się nie spodziewał, że to się uda aż w takim stopniu. W tym sensie okrzepłem – moje największe marzenie spełniło się z nawiązką już kilka lat temu, a takie sytuacje zmieniają ludzi. Trzeba tworzyć sobie kolejne marzenia i wyzwania, a to bardzo trudne. Jednak rzecz, która jest głęboko we mnie, nie zmieniła się ani trochę – czerpanie szczęścia z tworzenia, grania i słuchania muzyki.

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Natalie C with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.