ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

wywiady

17.05.2018

Nie jestem wyznawcą żadnej religii… Jestem Leonardo – wywiad z Leonardo Pavkovičem (Część trzecia)

Nie jestem wyznawcą żadnej religii… Jestem Leonardo – wywiad z Leonardo Pavkovičem (Część trzecia)
O skomplikowanym pochodzeniu etnicznym, miłościach swojego życia, meandrach kariery wydawcy płytowego opowiada w niezwykle dygresyjny sposób manhattański producent muzyczny Leonardo Pavkovič.

ArtRock.pl: Twoje zainteresowanie muzyką zaprowadziło Cię na drugi koniec świata, tj. do Indonezji. Jak to się stało, że zacząłeś promować i wydawać płyty Dewy Budjany, Tesli Manafa czy Dwikiego Dharmawana?

Leonardo Pavkovič: Znowu wrócę do pierwiastka nieprzewidywalności i improwizacji w życiu i pracy. Urodziłem się w byłej Jugosławii, stąd pod względem etnicznym jestem przemieszany. Mam domieszkę krwi czarnogórskiej, włoskiej, armeńskiej, libańskiej... Moja żona jest Chinką urodzoną w Brazylii. Nie urodziła się nawet w Chinach i nigdy nie mieszkała tam, ale ma chińskie pochodzenie. Odwiedziłem dotąd 80 krajów. Nie jestem wyznawcą żadnej religii, nie należę do żadnej grupy etnicznej. Jestem Leonardo i to się dla mnie liczy. Przyjeżdżam do Polski, znajduję tutaj przyjaciół. Przyjeżdżam do Indonezji, mam tam przyjaciół. Zawsze chciałem dużo podróżować. Kiedy zacząłem latać do Japonii z muzykami, zacząłem się interesować południowo-wschodnią Azją, dokąd zawsze bardzo chciałem pojechać, a nigdy nie udawało mi się, nawet w latach 80., gdy próbowałem kilkakrotnie bez skutku. Skończyło się wówczas na Indiach i Malediwach. Powiedziałem wówczas sobie, że koncerty Soft Works w Japonii przede mną, a żona z dzieckiem w Brazylii. Miałem parę lipcowych tygodni wolnego od wszelakich zajęć. Zamierzałem polecieć do Singapuru, który byłby dla mnie bazą wypadową do Malezji, Tajlandii oraz Indonezji. To oczywiście było zanim pojechałem z Soft Works na ich tournée po Japonii w sierpniu 2003 roku. Dotarłem do Singapuru, Malezji i z powrotem do Singapuru, stamtąd do Indonezji. Niezwykły kraj, który od zawsze pragnąłem odwiedzić.

Mam jeszcze jedną historię do opowiedzenia, jeśli tylko jesteście zainteresowani wysłuchiwaniem moich zwariowanych historii, jak ta, iż jestem zagorzałym miłośnikiem Deep Purple. Jest to bardzo istotne. Kiedy mieszkałem we Włoszech, w Bari, jeden z moich oddanych przyjaciół, piętnaście lat starszy ode mnie, wprowadził mnie poniekąd w świat dźwięków. Za jego sprawą poznałem wówczas dużo ciekawej muzyki. Jego sąsiad, Silver Richie, był mało znanym włoskim biografem rockowym, który napisał m.in. książkę o Deep Purple w rodzimym języku. Dotarłem do niej. Jest w niej niewielki rozdział o Deep Purple A.D. 1976 z Tommym Bolinem na gitarze. Po japońskim tournée polecieli prosto do Indonezji, do Dżakarty, aby dać swój pierwszy wielki międzynarodowy show. Zagrali dla stu tysięcy ludzi na stadionie o pojemności 75 tysięcy. Gdy zapowiedziano, iż miejscowa grupa God Bless poprzedzi występ Deep Purple, wśród tłumu doszło do wrzenia, w wyniku którego wielu wielbicieli rocka zginęło. Oczywiście miało to miejsce w połowie lat 70., kiedy nie było tak łatwej wymiany informacji, jak dziś.

W innym włoskim magazynie muzycznym natrafiłem z kolei na wzmiankę o muzyce psychodelicznej z południowo-wschodniej Azji, a dokładniej o paru indonezyjskich grupach, w tym o Wietnamczykach z Paryża tworzących Taï Phong. W czasach, kiedy podróżowałem pociągiem z Bari do Rzymu, kupowałem dużo płyt. Pewnego razu, będąc w stolicy Włoch, odwiedziłem sklep z płytami, w którym znalazłem LP God Bless. Longplay ten nie pochodził z lat 70., jako że nie mieli wówczas na koncie jeszcze płyty długogrającej, jedynie kasety magnetofonowe. W Indonezji sprzedawano głównie kasety, a ów czarny krążek wytłoczono w Niemczech. Pech chciał, iż zgubiłem go w podróży powrotnej. God Bless nigdy więc nie dotarł do mego domu w Bari. Przy następnych zakupach, gdy przyszło mi zapłacić za zamówione wcześniej płyty, sprzedawca opowiadał o Franku Zappie i Mahavishnu Orchestra… Następnie zaoferował mi kasetę legendarnego zespołu indonezyjskiego Guru Gypsy, która słono mnie wówczas kosztowała, około $25. Tę płytę również straciłem bezpowrotnie podczas podróży pociągiem do Bari.

Dekadę później kupowałem kompakty mało znanych artystów od włoskiego dystrybutora BTF Vinyl Magic. Sprzedawca imieniem Marco znał mój gust muzyczny i – podobnie jak ja – lubił bywać w egzotycznych miejscach. Pewnego razu zwrócił się do mnie, mówiąc, że zna włoską wytwórnię płytową Mellow Records (założoną w listopadzie 1991 r.), która wypuściła prog-rockowy album z elementami fusion i indonezyjskimi wpływami etnicznymi. Ten album to stylistycznie zbliżony do Guru Gypsy krążek zespołu Discus. Po przeprowadzce do Nowego Jorku wysłał mi również boks płytowy, za który wcześniej mu zapłaciłem. Z ciekawości przekartkowałem dołączony doń booklet, z którego wypadły dwa adresy pocztowe. Odpowiedziałem na nie, po czym niemal natychmiast otrzymałem informację zwrotną. Napisali do mnie Iwan Hasan (gitarzysta) i Chico Hindarto (producent nagrań i właściciel labelu).

Korespondowaliśmy z sobą w tradycyjny sposób. Kilka miesięcy od zawarcia ze mną znajomości Iwan Hasan oznajmił, że zaproszono muzyków grupy Discus na prog-rockowy festiwal do Północnej Karoliny, jak również do San Francisco. Próbowałem im pomóc przez konsulat w Nowym Jorku, w którym pracował wówczas mój kuzyn. Bezskutecznie. W końcu, wykorzystując różne znajomości, udało mi się ich zabukować w Knitting Factory Records. Ostatecznie pojechałem na ww. festiwal, podczas którego zaprzyjaźniłem się z członkami grupy, która dała znakomity koncert.

Do szczególnej przyjaźni doszło między mną a Riza Arshadem – pianistą zespołu simakDialog. Pierwszymi ludźmi, jakich spotkałem podczas moich wyjazdów do Indonezji w październiku 2000 i lipcu 2003 roku byli właśnie Riza Arshad i Chico Hindarto. To właśnie oni wprowadzili mnie w świat muzyki indonezyjskiej. Oznajmiłem, że chcę wiedzieć więcej na temat tamtejszego biznesu muzycznego. Riza Arshad powiedział, że koniecznie powinienem poznać jego kolegów po fachu: Dewę Budjanę, Dwikiego Dharmawana i Tohpatiego. (Ten ostatni tworzy właśnie simakDialog). Od tego czasu zacząłem bardzo często latać samolotem do Indonezji.

Kilka lat później, tj. w 2006 roku postanowiłem wydać czwarty krążek grupy simakDialog, tym razem nakładem własnego wydawnictwa, tj. MoonJune. Był on pierwszym z dwudziestu jeden albumów z muzyką indonezyjską zainicjowanych tą magiczną chwilą, kiedy to przeczytałem ten niedługi rozdział w książce poświęconej Deep Purple.

W Indonezji spotkałem również legendarnego, chińskiego pochodzenia producenta występów muzycznych Petera Basuki, który był wtenczas nadzianym gościem pomieszkującym w Londynie. Był też promotorem koncertów Deep Purple i ich bliskim znajomym. Krąg się więc zamyka, spotykasz osoby powiązane ze starymi historiami sprzed piętnastu lat.

Lubię tę pewnego rodzaju improwizację w życiu, gdy rzeczy dzieją się za sprawą magicznych splotów okoliczności. Tak się właśnie rozpoczęła moja przygoda z muzyką indonezyjską. Sporo muzyków indonezyjskich było związanych z tamtejszą sceną muzyki pop. Indonezyjscy artyści byli również bardzo aktywni na polu rocka psychodelicznego, progresywnego, jazzu i jazz-rocka, niemniej w późnych latach 60., jak również w połowie lat 70. i na początku 80. musieli, podobnie jak w innych krajach, normalnie pracować, przez co też zaczęli grać pop. Grupa Gigi Dewy Budjany na przykład istnieje od 25 lat i sprzedała jak dotąd dziesięć milionów płyt. Poprzez tworzoną przez siebie muzykę pop stali się gwiazdami na własnym rynku wydawniczym. Krakatau – zespół Dwikiego Dharmawana – sprzedał również kilka milionów płyt. Ci sami muzycy zaczęli słuchać Chica Corei, MacLaughlina, Franka Zappy, Soft Machine, Terjego Rypdala i innych, mniej znanych artystów. Discus byli względnie rozpoznawalni, gdy zawitali po raz pierwszy do Stanów. To właśnie oni zapalili zielone światło dla kolejnych kolektywów muzycznych z Indonezji. SimakDialog był pierwszym zespołem grającym progresywny jazz-rock. Pomimo że rock progresywny jest powszechnie znany w Indonezji, to właśnie jazz-rock cieszy się tam największą popularnością wśród muzyków. Kiedy wydałem płytę simakDialog, tamtejsi muzycy poczęli zwyczajnie zakładać własne zespoły. Uważano mnie w rzeczywistości za jednego z pionierów branży wydawniczej. Każdy chciał grać jak Discus, simakDialog czy Tohpati. Nawet Dewa Budjana porzucił konwencję fusion na rzecz bardziej indywidualnego podejścia do muzyki. Osobiście nikogo nie zmuszałem do niczego. Tak się po prostu podziało.

Obecnie nie mam tyle czasu, aby każdemu, ktokolwiek do mnie przyjdzie z artystów, cokolwiek wydać. Wierz mi lub nie, ale mając go więcej, jestem w stanie wypuścić na rynek jeden album tygodniowo. Tyle tego jest, w końcu Indonezja jest dużym krajem. Co więcej, każde moje wydawnictwo ma swoją historię.

AR: Gaduła z Ciebie…

LP: Aby objaśnić tajniki mej działalności wydawniczej, musiałem cofnąć się do zamierzchłej przeszłości i opowiedzieć tę historię o Deep Purple. Nie mogę przecież powiedzieć, że facet przysłał mi demo, w odpowiedzi na które podpisałem z nim kontrakt i wydałem płytę. Tak to nie działa. Za każdym wydawnictwem, za każdym artystą, za każdą organizacją koncertu kryje się jakaś historia.

[Fot. 1] Tomasz Ostafiński i Leonardo Pavkovič w kawiarni Satori w Krakowie; autorem zdjęcia jest Andrzej Mackiewicz, właściciel spółki Audio Anatomy.

[Fot. 2] Dwiki Dharmawan.

[Fot. 3] Leonardo Pavkovič i Dewa Budjana. 

Rozmawiał: Tomasz Ostafiński

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.