ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

wywiady

09.08.2021

Kompletnie odsłonięte emocje – rozmowa z muzykami formacji Obrasqi

Kompletnie odsłonięte emocje – rozmowa z muzykami formacji Obrasqi Tuż przed wakacjami zadebiutowali świetnie przyjętym albumem „Dopowiedzenia”, który stał się głównym tematem naszej rozmowy. Ale muzycy tego pochodzącego z Kaszub trio opowiedzieli też nam o kluczowym momencie na swojej muzycznej drodze, czy występie na tegorocznej edycji Ino-Rock Festival. Przed państwem Monika Dejk-Ćwikła, Artur Wolski i Jarosław Bielawski…

Mariusz Danielak: Zacznę troszkę od końca. Rozmawiamy ze sobą w dosyć szczególnym dla was dniu. Jesteście w Węgorzewie i już za parę godzin rozpoczynacie wasze sierpniowe, wakacyjne koncertowanie, w ramach którego promować będziecie Dopowiedzenia. Na początek Naturalnie Mazury Festiwal, potem kolejne trzy potwierdzone już występy. Jakie emocje w związku z tym wam towarzyszą?

Monika Dejk-Ćwikła: Bardzo się cieszymy, że możemy tutaj zagrać na Mazurach. Pogodę wymarzyliśmy sobie trochę inną, ale to nieważne. Ważne, że będziemy grać, jest świetna atmosfera, czuć ją już w powietrzu (śmiech). Fajnie, że będziemy mogli zaprezentować na żywo materiał z naszej płyty.

Artur Wolski: Poznałeś tę płytę i bardzo dziękujemy ci za recenzję i to jak odebrałeś tę muzykę. Myśmy troszkę niepewnie podchodzili do kwestii, czy to jest rzecz, która będzie mogła zaistnieć na takim festiwalu, czy ktoś będzie w ogóle chciał nas zaprosić. Bo to nie jest ostra i prosta muzyka, która jest popularna i wszędzie króluje. Tym bardziej się cieszymy, że jest jakieś zainteresowanie i możemy ten materiał zaprezentować na kilku koncertach.

Pod koniec sierpnia zagracie na Ino-Rock Festival w Inowrocławiu. Nie wiem czy wiecie, że to już powoli kultowy fest ze sporą tradycją, głównie kojarzony z szeroko rozumianym rockiem progresywnym, choć często grali na nim artyści absolutnie zaskakujący i wychodzący poza artrockowe ramy. Jak doszło do tego, że znaleźliście się w tegorocznym line-upie? I czy nie będziecie się na nim czuć tak trochę „jak artysta z innej bajki”?

Artur Wolski: Dostaliśmy zaproszenie. Organizatorzy po prostu zaproponowali nam występ. Wiesz, my naszą muzyką częściowo zahaczamy o jakiś dream pop, melodie wpadające w ucho, jednak całościowo ta muzyka jest po trosze improwizowana. Kompozycje, które wykonujemy na koncercie, tworzą bardzo rozbudowany set. Dzielimy występy na fragmenty akustyczne, w których większe znaczenie ma melodia i słowo, niż cały aranż. Trzy czwarte koncertu to są jednak utwory dłuższe i myślę, że one wpisują się w taki klimat. Może nie typowo progresywnego grania, ale jakichś takich wycieczek w stronę Archive, czy Anathemy, które nie są klasyczną progresją ale bazują na klimacie. Na tym, żeby ta kompozycja po prostu płynęła. Mam nadzieję zatem, że nasza muzyka na Ino-Rock zostanie fajnie odebrana.

Rozumiem. O waszej muzyce będziemy jeszcze dziś rozmawiać, chciałbym teraz jednak wrócić do waszych początków i zapytać o kilka podstawowych rzeczy. Nie znalazłem w sieci zbyt wielu informacji o zespole. Działacie od dwóch lat ale jak podejrzałem wasze fotografie, na osiemnastolatków już nie wyglądacie – oczywiście poza Moniką…

Monika Dejk-Ćwikła: (śmiech) Dzięki!

Powiedzcie, co u każdego z was się działo przed Obrasqami?

Monika Dejk-Ćwikła: No w takim razie to pytanie bardziej do chłopaków, niż do mnie (śmiech).

No tak (śmiech), ale na parę słów od ciebie też liczę.

Artur Wolski: Z Jarkiem (Bielawskim – przyp. red.) w wielu zespołach graliśmy od lat bardzo różną muzykę. Znamy się bowiem bardzo długo. Jarek prowadził też studio nagrań, w którym nagrywaliśmy inne grupy. Kilka lat temu, w jednym z projektów, spotkaliśmy się z Moniką. I tworząc już muzykę tamtego zespołu zaczęła chodzić po głowie myśl wdrożenia tego co w nas siedziało przez lata. Stworzenia czegoś kompletnie autorskiego. Tworzyliśmy zatem powoli materiał i dwa lata temu – tak jak wspomniałeś – zaczęła się nasza praca pod nazwą Obrasqi. Podsumowując - już od dłuższego czasu występowaliśmy, ale bardziej jako muzycy, którzy grali, bądź śpiewali w innych formacjach.

Coś dodasz Moniko?

Monika Dejk-Ćwikła: No cóż, skupiamy się na Obrasqach i tu pokazujemy sto procent siebie.

A skąd pomysł na taką i w taki sposób pisaną nazwę?

Monika Dejk-Ćwikła: Założenie było takie, iż będziemy tworzyć muzykę do obrazów i obrazy do muzyki. W efekcie tegoż Artur zaproponował nazwę Obrasqi a pisownia jest zmieniona, żeby to po prostu było bardziej osobliwe, rozpoznawalne i inne.

Wiem że debiut jest dla was czymś wyjątkowym i szczególnym w dotychczasowej, niezbyt jeszcze długiej historii i o nim dziś głównie porozmawiamy. Ale po drodze było przecież mnóstwo przyjemnych momentów. Prestiżowe audycje u cenionych dziennikarzy radiowych, trafienie na Listę Przebojów Programu 3, czy nagrody w muzycznych konkursach. Która z tych chwil utkwiła wam najbardziej w pamięci?

Monika Dejk-Ćwikła: Ta pierwsza, największa chwila, to moment, gdy mogliśmy się spotkać twarzą w twarz w panem Piotrem Kaczkowskim. To było piękne przeżycie i będę zawsze pamiętała tę króciutką rozmowę, którą przeprowadziliśmy z panem Piotrem w radiowym korytarzu. Potem też było sporo pięknych rzeczy…

Artur Wolski: Na początku naszego funkcjonowania te dłuższe utwory i to co w tej chwili jest na płycie, było gdzieś w planach. Zastanawialiśmy się wówczas, czy podołamy? Czy muzyka sięgająca 7 – 10 minut nie będzie nudna? Czy jesteśmy muzykami, którzy potrafią słuchacza przytrzymać, aby dane nagranie przesłuchał do końca? I na spotkaniu z panem Piotrem Kaczkowskim usłyszeliśmy parę słów, które dały nam sporo wiary i energii. Zrozumieliśmy, że jeżeli tak czujemy i tak chcemy, to nie mamy się czego obawiać. Rozmawialiśmy już o konkretnej muzyce i to z pewnością było takim drogowskazem. Bez tego spotkania, tej energii byłoby mniej i to jest coś, co w nas zostanie. Jako muzycy zawsze będziemy wdzięczni za to, że pojawił się ktoś, kto był w stanie wsłuchać się w naszą muzykę, wyrazić swoją opinię i nakierować nas w stronę, którą chcieliśmy już iść, ale byliśmy jeszcze pełni obaw. Bo ciężko jest, gdy podczas tworzenia wychodzi się z założenia, iż  muzyka ma przynosić emocje. To nie jest jednak sytuacja w stylu: robimy czadowy kawałek, albo balladkę. Myśmy nigdy nie planowali – tak jak powiedziałeś, że nie wyglądamy na osiemnastolatków – zrobienia materiału, który stanie się przebojowy. Zawsze chcieliśmy, aby emocje, które staramy się przekazać w muzyce, były kompletnie odsłonięte i współgrały z tekstem. A z jaką to się spotka reakcją było ostatnią rzeczą, na której nam zależało. Karierę można robić mając osiemnaście lat, doświadczenie czterdziestolatka, wyglądając na szesnaście, i tak dalej, i tak dalej… To nie dla nas. Chcieliśmy zrobić coś prawdziwego. I to spotkanie z panem Piotrem było punktem zwrotnym. Dzięki temu to, co było wówczas w pomysłach, czyli takie utwory jak Najtrudniej, czy Charon, zaistniały.

W waszej muzyce można odnaleźć wpływy rocka, post rocka, indie popu, progresji, dream popu, psychodelii, grania akustycznego. Trudno jednak wrzucić was do jednej muzycznej szuflady. Myślę sobie, że to najfajniejsze, co się może zespołowi przydarzyć. Domyślam się, że to efekt bardzo osobistych, indywidualnych muzycznych zainteresowań i inspiracji. Możecie o nich trochę opowiedzieć?

Artur Wolski: Tworząc utwory i mając melodię oraz słowa, zaczynamy pracę nad tym, aby to współgrało. I czy to pójdzie w kierunku jakiegoś dream popu, indie czy grania akustycznego, to jest pochodna naszych zainteresowań. Od początku mieliśmy założenie, że to nie ma być zespół rockowy, progresywny czy artrockowy. Mamy muzykę klasyczną, która w emocjach mieszka i mamy muzykę progresywną, która na pierwszym miejscu stawia to, aby słuchacz coś poczuł, mrówki, ciary, aby wszedł w tę muzykę. To jest najbliższe nam, ale niektóre utwory i słowa powodują, że idziemy w innym kierunku. Pytasz o zespoły? Anathema, Archive, do tego mocniejsze rzeczy, jak Dream Theater, w którym cenię te melodyczne rzeczy. Ale też oprócz tego A-ha, czy muzyka lat 80-tych i 90-tych. Generalnie bardzo lubię słuchać muzyki wyprodukowanej w latach 90-tych. Wówczas wszystko jeszcze brzmiało naturalnie. Wokal był wokalem a nie „stjunowanym” komputerowo dźwiękiem, w którym każda nuta jest tak idealna, że słychać ten komputer. To jeśli chodzi o mnie…

Monika Dejk-Ćwikła: Słuchamy różnej muzyki i to co słychać, to wypadkowa tego czego od lat chłopaki słuchali i na czym się wychowywali. Gdzieś tam później ja do tego dołączyłam.

Jarosław Bielawski: Przez całe życie przewijały się oczywiście różne gatunki muzyczne. Jako dzieciak chodziłem na dyskoteki i taka muzyka też mi się podobała. Potem zaczęło się sięgać po mądrzejsze rzeczy, głównie w progresji, no i ćwiczyć na instrumencie. Generalnie szukamy emocji, gatunek muzyczny nie jest priorytetem w tym czego słuchamy. Jeśli coś jest dobre, warte posłuchania, ma interesujący tekst, sięgamy do tego.

Na Dopowiedzeniach jest mnóstwo piękności. Ale moim faworytem na tę chwilę jest 8 -  minutowy Charon. Ma niesamowity klimat, nastrój i przestrzeń. Jaka jest historia tej kompozycji?

Monika Dejk-Ćwikła: Podobna, jak większej części utworów. Pojawił się zarys muzyki, którą skomponował Artur. Usłyszałam to i słowa oraz melodia zaczęły sobie płynąć. Później zaczęliśmy nad tym intensywniej pracować.

Artur Wolski: Ten utwór wziął się od pierwszych dźwięków, które słyszysz. Bardzo długo trwało ich stworzenie. Podstawowa melodia, od której zaczyna się utwór, to jest melodia zagrana na pianinie. Każdy z dźwięków odtworzony jest od tyłu, samplowany, po czym odwrócony. Chciałem, aby te pierwsze dźwięki były niepowtarzalne i nasze. To nie są zatem dźwięki z syntezatora X czy Y, bądź jakiejś maszyny. I gdy one powstały, zrodził się pomysł na cały utwór. Na to, żeby on tak płynął do momentu tego bridge’u, gdzie wchodzi taka telefoniczna gitara. A na końcu – i tego się nie wstydzimy – jest nawiązanie do Pink Floyd, do tej harmonii. To wszystko dopełnił tekst Moniki. Gdy Monika zaczęła go śpiewać, on zaczął wypełniać te dźwięki. Stworzył całość. Dlatego ten utwór jest dla nas też bardzo ważny, gdyż jest tym, co chcemy robić. Kompletnym dopełnieniem. Nawet jak chwilami człowiek oderwie się od tekstu i słucha tylko muzyki, dalej widzi morze, tę podróż. Ale też i w drugą stronę to działa. Gdy odbiorca słucha tylko tekstu, skojarzeniem są odległe dźwięki, perkusja, która odchodzi w jakieś przestrzenie. Praca nad nim trwała długo, bo przykładamy wagę do słów i dźwięków. Choć jest to też trochę takie strzelanie sobie w kolano, gdyż można wziąć proste dźwięki – mówię o instrumentarium – i zagrać inaczej. Staramy się jednak zawsze szukać. Żeby nie były to dźwięki, które można sobie zagrać na każdym instrumencie. W większości przypadków, te dźwięki syntetyczne  były stworzone przez nas. I tak jest też w Charonie.

Kolejnym bardzo mocnym punktem płyty jest dla mnie Najbardziej ciemny świt. Z początku jakby orientalny, przez chwilę – dzięki przetworzonemu wokalowi – duszny i klaustrofobiczny – potem melodycznie urzekający w refrenie, jednak w drugiej części zaskakująco mocny i psychodeliczny. Dla mnie pokazuje on progresywny aspekt waszej muzyki. Jak powstał ten utwór?

Artur Wolski: Jest dokładnie tak jak wspomniałeś. Utwór jest zbudowany z kilku części. Chcieliśmy, aby refreny miały melodie. I Monika zaśpiewała to w kompletnie zaskakujący sposób. Gdy usłyszałem te refreny pomyślałem, że w życiu bym nie wpadł na to, iż można tak zaśpiewać te słowa. Ten utwór zahacza o progresję i jego druga część wymaga od słuchacza skupienia na tym, co jest w środku. Ponieważ tam jest bardzo dużo rzeczy. Choćby rytm, który zwalnia i przyspiesza. W nim jest nie tylko gitara, perkusja i bas ale i łamane patyki, oddech Moniki. Jednym słowem, mnóstwo jest dźwięków, które nie są na pierwszym planie ale tworzą to tło. I o to nam chodziło. Ten utwór w momencie, gdy wchodzi w taką rozwijającą się psychodeliczną fazę jest przepełniony tymi dźwiękami, które trudno natychmiast wychwycić. Gdy wysłuchaliśmy tej kompozycji i ściągaliśmy te dźwięki, te oddechy, to było słychać, że czegoś brakuje. Był to dla nas taki wskaźnik, że w momencie, w którym rezygnujesz z jakiejś partii i nie słyszysz całości, wydaje ci się, że wszystko jest dobrze, bo jest gitara, bas, jakiś klawisz. Ale w momencie, gdy usuwasz tę ścieżkę i zaczyna czegoś brakować, to znaczy, że ona jest potrzebna. Tak jest właśnie w przypadku Świtu, który ma tę drugą psychodeliczną część. Wykonujemy go na koncertach jeszcze w innej formie. Ta część psychodeliczna jest już kompletną improwizacją. Monika tam gra na klawiszach i sam utwór czasami trwa siedem minut a niekiedy piętnaście. Ten fragment zostawiamy sobie na koncercie na „wygranie się’.

Po przeciwnej stronie stoi taneczny, rytmiczny i bardzo przebojowy Porzeczkowy raj. Skąd pomysł na taki skok w bok w kontekście tych dwóch utworów, o których rozmawialiśmy?

Monika Dejk-Ćwikła: Mnie też w zasadzie zaskoczył taki rytm, który usłyszałam, ale bardzo szybko go zaakceptowałam i dobrze mi się z nim pracowało. Zaczęliśmy go aranżować, pisać. Artur, skąd miałeś pomysł na taką „dyskotekę” (śmiech)?

Artur Wolski: Tak rozmawiamy po kolei o tych kawałkach, ale każdy z nich stanowi potwierdzenie tego o czym mówię. Porzeczkowy raj przede wszystkim ma tekst, który można interpretować na X sposobów. Na początku był jakiś riff i wcale nie było tego bitu i pulsu. Powstał dopiero, gdy pojawiły się słowa. Najbardziej pasował nam niemalże punkowy klimat ale nie chcieliśmy, żeby to zabrzmiało trochę archaicznie. Zaczęły się zatem poszukiwania – w jaki sposób zrobić bit, który niósłby ten tekst? Porzeczkowy raj i Do środka to są dwa utwory na płycie, przy których w miksie pomógł nam Marek Haimbürger, realizator, z którym od lat współpracujemy. Teraz zresztą jest bardzo zapracowany, bo z Darią Zawiałow jeździ po Polsce. I on zaproponował coś takiego, aby linia wokalu nawiązała do utworu Billie Eilish. Wymyślił bardzo fajny efekt wokalu, jakiś octaver z przesterem, który gdzieś tam jest w tle – wokal jest obniżony chyba o dwie oktawy. To jest rzecz, która dopełnia to wszystko i powoduje, że nie jest to takie bardzo ładne, dyskotekowe a bardziej przypomina – nie wiem jak to nazwać – może elektroniczny punk?

Bardzo fajnie rozkładasz na czynniki pierwsze wasze kawałki i fantastycznie jest tak je odkrywać… Teraz jednak pytanie do Moniki. Jesteś autorką bardzo poetyckich, refleksyjnych, dotykających emocji tekstów. Przeczytałem na waszym profilu twój wpis: Czym jest myśl, co ją rozwija? U mnie to książka, czytanie, ten inny świat, gdy litery zmieniają się w obrazy, te obrasqi. Czy książki są dla ciebie największą inspiracją przy ich tworzeniu?

Monika Dejk-Ćwikła: Nie tylko książki. Także to co przeżyłam, moje obserwacje tego co mnie otacza. To są te główne inspiracje. Tematy tekstów faktycznie są niekiedy mroczne, ciemniejsze, może smutne. Jest w nich dużo o życiu i miłości. I to samo ze mnie wypływa. Po prostu.

Teksty tworzysz i śpiewasz w naszym rodzimym języku. Wielu polskich młodych artystów wybiera język angielski. Nie myśleliście o tym?

Myślę po polsku i wydaje mi się, żeby pisać teksty po angielsku, to też trzeba byłoby myśleć w tym języku. Chyba najłatwiej jest mi przekazywać emocje po polsku i jest to prawdziwsze. 

Artur już wspominał o waszej słabości do muzyki lat 80-tych i 90-tych. Zauważyłem, że na scenie lubicie sięgać do utworów innych wykonawców z tamtych lat. Macie na swoim koncie kompozycje A-ha, Queensryche i Phila Collinsa. Słuchałem ich i są naprawdę zaskakujące w swoich interpretacjach. Widać, że kochacie dobre melodie, bo wasze wersje ładnie je oddają. Ale zapytam prowokacyjnie - robicie je, bo brakuje wam jeszcze autorskiego materiału (śmiech), czy waszym zdaniem po prostu covery trzeba grać?

Artur Wolski: Granie coverów i ich aranżowanie to jest taki pokłon. Próba zmierzenia się z tym, co jest świetne. Słuchasz jakiegoś utworu i uważasz, że jest to ten „palec Boga”. Ktoś miał natchnienie i stworzył coś genialnego. Niekoniecznie u każdego muszą być te odczucia takie same. Niemniej, jeśli samemu słuchając utworu przeżywasz go i czujesz te emocje, starasz się przerobić go po swojemu. Dlatego też nie próbujemy odgrywać utworów „jeden do jednego”, bo to nie miałoby sensu, wszak nikt tego nie zrobi lepiej niż autor. Próba dokładnego odegrania kompozycji jest rezygnacją z własnej interpretacji. Tak jest w każdej sztuce – byłoby to powielanie, ksero. Podchodząc do płyty mieliśmy nagranych trzydzieści utworów. Z nich wybraliśmy dwanaście, które znalazły się na płycie i na koncertach kilku z nich nie gramy. Na przykład Feniksa - w którym Ania Manicka zagrała na skrzypcach - ponieważ nie chcemy się wyręczać syntetycznym odgrywaniem tej partii. Ona zrobiła to pięknie i jeśli tylko będzie taka sposobność i spotkamy się na scenie, to na pewno z nią to zagramy. Jest jednak koncertmistrzem Opery Bałtyckiej i osobą niezwykle zapracowaną. Z drugiej strony gramy utwory, które były w tym pakiecie materiału przygotowanego na płytę, ale na nią nie weszły. Podobnie jest z coverami. Na przykład utworu Phila Collinsa w tej chwili nie gramy na koncertach. Jakoś nie czujemy tej potrzeby wspomagania się hitem, mimo że kawałek spodobałby się, gdyż jest to super numer. Są też inne utwory, takie jak na przykład nasza wersja Hunting High and Low A-ha, którą też graliśmy a teraz już nie. Jednak pewnie do niej wrócimy. Pamiętajmy też, że A-ha to nie jest dla nas zespół jednego utworu. My pracujemy intensywnie nad ich twórczością i mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli to pokazać. Generalnie covery tworzymy i chcemy je grać sami dla siebie. Chcemy je przez siebie przepuścić i własnymi emocjami przekazać dany utwór. A jeśli chodzi o koncert? Gdy dostajemy godzinę do zagrania, to zastanawiamy się, jak go ułożyć, gdy dostajemy trzydzieści minut, myślimy troszeczkę inaczej…

Zdjęcie: www.facebook.com/obrasqi

Rozmawiał: Mariusz Danielak

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.