ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 17.07 - Wrocław
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
 

wywiady

21.03.2009

O „Insurgentes”, mrocznej stronie życia i muzycznych podróżach – wywiad ze Stevenem Wilsonem

O „Insurgentes”, mrocznej stronie życia i muzycznych podróżach – wywiad ze Stevenem Wilsonem Mając tylko 20 minut na rozmowę postanowiłem wykorzystać dany mi czas jak najpełniej. Steve okazał się być osobą bardzo miłą, serdeczną, z ciekawym podejściem do wielu rzeczy. Rozmowa z nim była samą przyjemnością...
AR: Cześć Steve! Jak się masz?

SW: Bardzo dobrze. Dziękuję!

AR: Pomówmy o Twoim nowym, solowym albumie – “Insurgentes”. Wydaje mi się on być mieszanką wszystkiego, czego możemy się spodziewać po Stevie Wilsonie i nie tylko. Naprawdę nie mogę umiejscowić tej muzyki w żadnym z Twoich licznych projektów. Czy to jest powód wydania jej pod Twoim nazwiskiem?

SW: Tak. Myślę, że odpowiedziałeś na swoje pytanie w swoim pytaniu. Jest to naprawdę pierwszy raz, kiedy mogę powiedzieć, że wszystkie moje muzyczne osobowości zostały przedstawione na jednym albumie. Jest to pierwszy raz kiedy mogę się pod czymś podpisać swoim imieniem. Trudniej byłoby mi zrobić to w przypadku moich innych projektów, ale na „Insurgentes” są wszystkie rzeczy, które zrobiłem wcześniej we wszystkich innych zespołach, jak i kilka nowych, których nigdy nie wyraziłem na albumie. Więc cieszę się, że byłem w stanie zebrać wszystkie moje muzyczne osobowości na jednym albumie.

AR: “Insurgentes” jest również dowodem na to, że Steven Wilson staje się coraz bardziej mroczny. Nie zobaczymy nigdy weselszej strony Twojej muzyki?

SW: Nie lubię wesołej muzyki. Zawsze ciągnęło mnie na “ciemną stronę” i zawsze lubiłem to w czyjejś muzyce. Nie tylko w muzyce, ale także w filmach, czy literaturze. Prawie wszystko, czym byłem zainspirowany w moim życiu było bardzo dziwne i bardzo mroczne. I nie wiem czemu tak się stało, bo wcale nie jestem taką osobą. Być może jest to skutkiem tego, że dorastałem w bardzo bezpiecznym, podmiejskim środowisku i stąd brała się taka ciekawość mrocznych aspektów życia. Z drugiej strony wiele ludzi dorasta w takim samym otoczeniu, jak ja i nie mają takich zainteresować, więc nie wiem dokładnie dlaczego jestem tak ciekaw tej mrocznej strony życia. Zawsze byłem i z pewnością mój solowy album jest najmroczniejszą i najdziwniejszą rzeczą, jaką do tej pory nagrałem.

AR: Wiem, że szykujesz już nowy album Porcupine Tree. Możesz już nam coś więcej o nim powiedzieć?

SW: Nie bardzo. W tym momencie wiele nie mogę powiedzieć. Wolę póki co mówić o moim solowym albumie. Nowa płyta Porcupine Tree wyjdzie pod koniec roku. Teraz mogę tylko stwierdzić, że robimy go. Nie mam jeszcze zbyt wiele do powiedzenia na ten temat.

AR: Zaprosiłeś wielu gości do pracy przy Twoim solowym albumie. Są to często osoby, z którymi wcześniej nic nie nagrałeś (np. Tony Levin). Lubisz pracować z tyloma muzykami naraz?

SW: Tak, dla mnie to jeden z największych darów tego, co robię. Cóż… Dwa dary. Pierwszy to możliwość podróżowania do wielu różnych krajów i spotykanie muzyków i ludzi z innych kultur, z innym doświadczeniem. Drugi dar bycia muzykiem to strona współpracy. Jedną z najbardziej uwalniających rzeczy podczas robienia mojego solowego albumu było to, że mogłem zaprosić kogo chciałem. Nie mam na myśli tego, że mogłem mieć, kogo chciałem. Większość ludzi pewnie by się zgodziła, ale chodzi o to, że mogłem zaprosić osoby, z którymi zawsze chciałem współpracować, a nie miałem nigdy wcześniej takiej możliwości. Niektórzy z tych ludzi są moimi przyjaciółmi od lat. Na przykład Tony (Levin, przyp. red.). Spotkałem Tony’ego kilka lat temu na trasie Porcupine Tree… Jordan Rudess, kolejny muzyk, którego znałem wcześniej… Przez 8 lat. I przez ten czas nigdy nie mieliśmy okazji współpracy. Więc było czymś wspaniałym zadzwonić do moich przyjaciół i powiedzieć: „Hej! Chcesz zagrać na moim solowym albumie?”. I to jest to - współpraca, poznawanie ludzi, podróże… To jest piękno mojej pracy.

AR: Twój solowy album potwierdza jeszcze jedną rzecz. A mianowicie to, że potrafisz stworzyć coś świetnego z bardzo prostych rzeczy – kilku akordów, melodii.

SW: Nigdy nie byłem zainteresowany skomplikowaną muzyką popisową, graniem na pokaz. Lubię złożoność w produkcji, nie w graniu. Lubię tworzyć te skomplikowane, muzyczne tekstury i podróże. Ta kompleksowość tkwi w muzyce, nie w pisaniu piosenek. To tak naprawdę produkcja, tekstura, atmosfera – ciągle zaskakują. Myślę, że “Insurgentes” jest bardzo zaskakujące. Kiedy słuchasz tego albumu trudno do końca zrozumieć jakiego rodzaju płyty słuchasz. To muzyczna podróż ciągle zaskakująca słuchacza. Lubię to. To wszystko jest wynikiem przywiązania uwagi do szczegółów przy produkcji. I, jak mówisz, warsztat muzyczny jest często bardzo prosty i wszystko tkwi w atmosferze i wyobraźni.

AR: Więc nie dbasz wcale o te wszystkie progresywne brzmienia I skomplikowane struktury…

SW: Lubię muzykę, która zaskakuje, rozwija się i nie przestrzega zasad. Wszystkie moje płyty powstawały z ideą muzycznych podróży i zaskoczenia. Są skomplikowane przez to, jak się rozwijają w czasie. Ale nic samo w sobie nie jest złożone. Nie przepadam za techniczną muzyką. Zwłaszcza u ludzi, którzy grają szybko i zagmatwanie. Jest różnica między wyrażaniem emocji, a wyrażaniem techniki. Różnica między mówieniem z serca, a mówieniem z mózgu. Technika nie dotyka ciebie na emocjonalnym poziomie. Możesz być pod jej wrażeniem, ale nie zostaniesz nią poruszony. Ja lubię być poruszony muzyką, więc skupiam się na atmosferze, pięknie, melancholii, złości… Emocjonalnej stronie muzycznej ekspresji.

AR: Pomówmy o czymś innym. Wiesz na pewno, że masz wielu naśladowców, którzy starają się brzmieć jak Twoje projekty (zwłaszcza Porcupine Tree). Ale, jak ktoś gdzieś powiedział, „tam gdzie są kopiści Wilsona, Stevena Wilsona już tam nie ma”.

SW: Myślę, że próby brzmienia jak Steven Wilson, czy Porcupine Tree mija się z celem. Celem mojej muzyki, przynajmniej staram się, żeby to było celem mojej muzyki, jest to, żeby była indywidualną, osobistą ekspresją. I kopiowanie ich, albo jakiekolwiek naśladowanie jest bez sensu. Wolałbym, żeby ktoś kiedyś mi powiedział “Byłem naprawdę zainspirowany twoją filozofią, ideologią na temat tworzenia muzyki. Moja muzyka nie brzmi jak twoja, ale inspirującym było dla mnie to, jak postanowiłeś zostać muzykiem i poprowadziłeś swoją karierę”. Na przykład moi najwięksi bohaterzy zwykli być muzykami, którzy brzmią jak nikt inny. Na przykład Frank Zappa – zawsze był moją wielką inspiracją. Nie kopiuję jego muzyki, ale z pewnością naśladuję jego pasję i bezkompromisowość. Wolałbym inspirować muzyków do robienia czegoś swojego, niż kopiowania oczywistych aspektów mojej muzyki i produkcji. Rozumiem, że jak zaczyna się jako muzyk, to stara się brzmieć jak swoje inspiracje i wcale nie byłem wyjątkiem. Kiedy byłem młody, moja wczesna muzyka zmierzała w stronę brzmienia bliżej rzeczy, które mnie inspirowała i miały na mnie wpływ. Myślę, że to odchodzi z wiekiem. W końcu starasz się odejść od inspiracji i przewyższać je. Wciąż musisz zachować swoją muzyczną osobowość, ale masz też coś, co staje się unikalne i twoje. To wymaga czasu. Prawdopodobnie mi potrzeba było dziesięciu lat, żeby odnaleźć mój muzyczny głos.

AR: A czy któryś z Twoich projektów jest najbliższy Twojemu sercu?

SW: Cóż… Wszystkie są dla mnie ważne. Wiem, że to brzmi jak unikanie pytania, ale to prawda. Nie mógłbym robić jednego projektu cały czas. Byłoby to dla mnie rzeczą bardzo restrykcyjną. Czymś wspaniałym jest mieć możliwość uczucia, że mogę obudzić się rano, określić jak się czuję i zależnie od tego zacząć pisać ambientową muzykę na perkusję, death metal, popowe piosenki, trip hop, czy elektronikę. Dobrze mieć taką wszechstronność i swobodę w karierze. Trudno mi jednak dojść do momentu, kiedy wydaje mi się, że mogę to zrobić, bo nie jest łatwo być muzykiem, którego ciężko przyprzeć do muru. To czyni bardzo trudnym mieć karierę muzyczną, jeśli ciągle zmieniasz swoją drogę i brzmienie. Ale znów to jest coś, co było bardzo ważne dla mnie do osiągnięcia jako muzyk, żeby czuć, że mogę zrobić wszystko od industrialnej, głośnej muzyki do pięknego popu, lub melancholii… Więc odpowiedzią na pytanie jest brak jakiegoś osobistego ulubieńca. W tym momencie jestem bardzo zadowolony z solowego albumu. Jest najlepszym przedstawieniem tego, gdzie teraz jestem i muzyki, jaką chcę tworzyć teraz. Ale to może oczywiście się zmienić znowu za kilka lat.

AR: Nie brzmiało to wcale jak unikanie pytania.

SW: (śmiech) Ok.

AR: Najbliższy mojemu sercu zawsze był No-Man. Tim Bowness napisał coś o nowych utworach na swoim blogu. Czy to początek prac nad nowym albumem No-Mana?

SW: To, co zrobiliśmy to nagranie kilku nowych piosenek, nie na album. Myślę, że wydamy je na EP. W tym momencie nie ma żadnych planów, żeby robić nowy album. Nagraliśmy za to DVD, które wyjdzie na wiosnę. Zarejestrowaliśmy koncert w Londynie z sierpnia, który jest aktualnie miksowany. Myślę, że wyszedł bardzo ładnie. Więc będą nowe wydawnictwa No-Man, ale jak na razie żadnych planów na album pełnej długości.

AR: Jesteś zadowolony z “Schoolyard Ghosts”?

SW: Bardzo! Myślę, że to najlepszy album, jaki kiedykolwiek nagraliśmy. Robię muzykę już od dwudziestu lat i czuję, że każdy mój projekt staje się coraz lepszy. “Schoolyard Ghosts” jest moim zdaniem najlepszą płytą No-Mana. Myślę, że to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Również muzyka, którą napisaliśmy na ostatni album Porcupine Tree jest najlepszą, jaką kiedykolwiek stworzyliśmy. Wspaniale jest czuć, że wszystko cały czas się rozwija, idzie do przodu i cały czas staje się lepsze. To dość nietypowe dla artysty, który postępuje już 20 lat, więc jestem bardzo wdzięczny za to.

AR: Nie tak dawno zrobiliśmy na ArtRock.pl podsumowanie roku 2008 i pytaliśmy muzyków o ich ulubione albumy. Masz jakieś swoje faworyty?


SW: Moje ulubione z ostatniego roku… Tak, bardzo polubiłem ostatni album Portishead… Tak właśnie patrzę, bo miałem playlistę na mojej stronie na koniec roku i tam były moje ulubione albumy. Więc szukam tam teraz… Nowy album Opeth – „Watershed”. Myślę, że to ich najlepsze dzieło. Kolejny przykład zespołu, który staje się coraz lepszy. Również nowe Nine Inch Nails - “The Slip”. Nie przypadła mi do gustu ich instrumentalna płyta “The Ghost I-IV”, ale “The Slip” bardzo. Więc te trzy – Portishead, Opeth i Nine Inch Nails są moimi ulubionymi.

AR: Czytelnicy by mnie zabili jakbym o to nie zapytał. Co z Blackfield?

SW: Żadnych planów w tym momencie, podobnie jak z No-Man. Na pewno wrócę do współpracy z Avivem kiedyś, ale w tym momencie jest on zajęty swoim pierwszym solowym albumem po angielsku. Do końca roku ja też będę zajęty nowym Porcupine Tree, więc nie mam czas na Blackfield w 2009. Ale weźmiemy się za trzeci album. Prawdopodobnie w przyszłym roku zobaczysz dużo aktywności wokół Blackfield.

AR: Miałeś niedawno trasę koncertową z Avivem Geffenem. Byłeś też z nim w Polsce…

SW: Tak. Wiesz… Aviv jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Fajnie było być tylko muzykiem w zespole, bez tej presji frontmana i twórcy. Więc bardzo mi się to podobało i było bardzo relaksującym po prostu być w zespole i pomóc przyjacielowi. I przyjemnym.

AR: A jakie są obecnie Twoje marzenia? Masz jakieś plany na bardziej odległą przyszłość? Kolejne niespodzianki?

SW: Zawsze szukam nowych horyzontów. To śmieszne, bo jak byłem bardzo młody moim marzeniem było być po prostu profesjonalnym muzykiem I móc wydawać płyty. I osiągnąłem to. Robię to już prawie 20 lat. Jest to proces ciągłego przeglądania swoich marzeń i ambicji. Kilka lat temu moim marzeniem było zagrać dla 2000 ludzi jednej nocy. I robimy to teraz. Teraz moją ambicją jest kontynuowanie przekazywania muzyki do większego grona odbiorców. W wielu aspektach doszedłem do spełniania wielu moich marzeń. Jak mówiłem moim marzeniem było być profesjonalnym muzykiem. To nie jest łatwa praca. Ludzie myślą, że to jakaś świetność i bardzo prosta rzecz. A tak nie jest. Robi się to cały czas trudniejsze, gdyż muzyka cierpi bardzo przez kulturę ściągania wszystkiego z Internetu i recesję. Nie jest to łatwe i jestem bardzo wdzięczny każdego dnia moim wiernym fanom, którzy zainteresują się wszystkim, co zrobię. Aktualnie moim marzeniem… Gdybyś mnie spytał co bym chciał zrobić bardziej, niż cokolwiek, to byłoby zagranie „Insurgentes” na koncertach. Nie wiem, czy będzie to możliwe, ale definitywnie myślę o tym. Bardzo chciałbym spełnić to marzenie jeszcze w tym roku.

AR: Życzę Ci, żeby się spełniło. Ostatnie pytanie… Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć naszym czytelnikom?

SW: Polska publiczność zawsze była dla mnie, dla zespołu czymś wyjątkowym. Przyjeżdżamy do Polski prawie tak długo, jak pracujemy. To jedna z najstarszych rzeszy naszych fanów. Zawsze spędzaliśmy czas w Polsce świetnie. Więc wielkie podziękowania dla polskich fanów za branie mojej muzyki do serc i mam nadzieję, że spodoba się Wam mój solowy album. To dla mnie nowy krok, coś innego. Mroczniejsze i bardziej wymagające, ale wierzę, że fani będą wciąż towarzyszyć mi w mojej muzycznej podróży…



[rozmawiał Roman Walczak]
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.