ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Warszawa
- 18.09 - Warszawa
- 19.09 - Kraków
 

koncerty

23.04.2007

Van Der Graaf Generator, 22 kwietnia 2007, Kraków, Klub Studio, godzina 20.00

Van Der Graaf Generator, 22 kwietnia 2007, Kraków, Klub Studio, godzina 20.00

Z całego panteonu wielkich zespołów rocka progresywnego lat 70. cztery mają szczególne miejsce w moim sercu i kocham je bardziej niż inne. Te zespoły to: Camel, Yes, King Crimson (we wcieleniu 1972-74) i Van der Graaf Generator. Camel i Yes było mi dane już zobaczyć na fantastycznych koncertach w klasycznym repertuarze i rewelacyjnej formie. King Crimson w TAMTYM składzie i w TAMTYM repertuarze raczej już nie zobaczę. O koncercie Van der Graaf Generator przez lata nawet nie marzyłem – nic wszak nie wskazywało, że ten najbardziej awangardowy i najbardziej niezależny z Wielkich Progresji kiedykolwiek zagra jeszcze razem. Zresztą… widziałem niesamowity recital Petera Hammilla i nie miałem w ogóle podstaw oczekiwać od losu czegokolwiek więcej. A jednak – zespół reaktywował się, ruszył w trasę i wreszcie ta trasa objęła także Polskę. Wchodząc w niedzielę do krakowskiego Studia wiedziałem, że – cokolwiek się nie wydarzy – to jest jeden z koncertów mojego życia.

Van der Graaf nie jest zespołem, który – inaczej niż jego dawny support– wypełnia stadiony. Ale w przeciwieństwie do tegoż supportu, nigdy nie zdradził siebie, nigdy nie zrezygnował z muzyki, ze sztuki w imię popularności i zysku. Fanów nie ma wielu, ale za to oddanych i świadomych. I taka właśnie publiczność wypełniała Studio. Z różnych pokoleń – choć większość stanowiły roczniki zbliżone do najlepszych płyt zespołu. Punktualnie o 20 na scenie zaczął się ruch, a po chwili pojawili się trzej panowie i zaczęli grać. I zaczęli tak, jakby chcieli wziąć salę żywcem: Childlike Faith in Childhood’s End. Ostatni utwór z płyty Still Life, przez wielu (w tym przeze mnie) uważanych za najpiękniejszą w ich dorobku. Od początku znalazłem się w swoim siódmym niebie, od początku – przez większość koncertu – mogę tylko kręcić głową z podziwu i wrażenia. Nie ma co prawda Davida Jacksona, brak jego saksofonu, ale Hugh Banton udanie emuluje jego partie na organach. Guy Evans z tyłu skupiony za perkusjami. I Peter Hammill. Nie wiem, jak on to robi, przy swojej sześćdziesiątce i problemach zdrowotnych, ale nadal jest jedynym wokalistą, który jest w stanie tak – w ciągu dosłownie kilku sekund – przejść od wyciszenia i liryzmu do hałasu i grozy groźniejszej niż u dziesięciu najgroźniejszych death-metalowych growlerów razem wziętych. Po Place To Survive zagranym dla zaczerpnięcia oddechu kolejna kulminacja – La Rossa, znów ze Still Life. Potem chwila przerwy, Hammill odkłada gitarę, przesiada się za klawisze i zaczynają w dwójkę z Bantonem grać charakterystyczny wstęp do (In The) Black Room, utworu z solowej płyty Hammilla. Dla mnie ten utwór (połączony z Every Bloody Emperor) to kulminacja koncertu – momenty ciszy takiej, że słychać każdy szept czy pik SMS-a przeplatały się z gromami dźwięków – hukiem pianina, jazgotem organów, krzykiem wokalisty. W ogóle był to bardzo trudny w odbiorze koncert, nawet jak na Van der Graafa. Zwłaszcza jego środkowa część (ponad pół godziny) została wypełniona przez utwory plasujące się na samym biegunie zgiełku, ocierające się o muzykę konkretną, przy tym relatywnie mało znane (Gog i Meurglys). A mimo to publiczność słuchała jak zahipnotyzowana. Jak to świadczy o kunszcie tych muzyków…

Publiczność została nagrodzona szalonymi Sleepwalkers i wzruszającym Man-Erg. Wiadomo było, że to koniec zasadniczej części koncertu, pytanie, co zagrają na bis. Wyszli i zagrali Refugees. Byłem przekonany, że będzie jeszcze drugi bis, że usłyszę jeszcze Still Life albo Undercover Man / Scorched Earth, niestety – panowie znacząco zamachali rękami, a za chwilę zapaliły się światła. To był już koniec. Dwie godziny, niezbyt długo biorąc pod uwagę, co można było zagrać, ale ci panowie mają po sześćdziesiąt lat, a muzyka, którą grają, jest wyjątkowo wyczerpująca i intensywna.

Zresztą, sam jestem sobie winien. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości “dinozaurów”, którzy w ramach tej samej trasy grają te same utwory, ewentualnie zmieniając setlistę w jednym czy dwóch punktach, Van der Graaf zmienił repertuar w porównaniu z sobotnim koncertem w Bydgoszczy w jakichś 60-70%. Powtórzona została chyba tylko sekwencja Meurglys / Sleepwalkers / Man-Erg. Nie mam więc moralnego prawa do marudzenia, że chciałem Lemingi, Undercovera czy Still Life – powinienem był po prostu pojechać na oba koncerty. Zwłaszcza, że była to zapewne ostatnia okazja, żeby zobaczyć Van der Graafa w akcji. Frajer jestem, jednym słowem.

Tak czy owak, warto było czekać (właśnie sobie uświadomiłem, że gdy w 1992 roku zakochiwałem się w Still Life, od jej ukazania minęło piętnaście lat – i następne piętnaście lat dane mi było czekać, żeby usłyszeć jej fragmenty na żywo w oryginalnym wykonaniu). Może stanie się cud i King Crimson ruszy w trasę w składzie 1972-74. Po Van der Graafie i w takie cuda wierzę.

Setlista:

Childlike Faith in Childhood’s End
Place To Survive
La Rossa
Black Room / Every Bloody Emperor
Specs
Gog
Meurglys III
The Sleepwalkers
Man-Erg
bis: Refugees


Zdjęcia:

Peter Hammill_2 Peter Hammill_3
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.