ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 16.11 - Wrocław
- 17.11 - Warszawa
- 18.11 - Kraków
- 16.11 - Warszawa
- 20.11 - Lublin
- 21.11 - Rzeszów
- 22.11 - Kraków
- 24.11 - Wrocław
- 17.11 - Kraków
- 18.11 - Łódź
- 18.11 - Łódź
- 20.11 - Gdańsk
- 21.11 - Warszawa
- 22.11 - Opole
- 23.11 - Zabrze
- 24.11 - Dobczyce
- 01.12 - Oświęcim
- 23.11 - Malbork
- 24.11 - Kościerzyna
- 25.11 - Gdynia
- 06.12 - Warszawa
- 24.11 - Warszawa
- 24.11 - Kraków
- 25.11 - Warszawa
- 27.11 - Łódź
- 30.11 - Piekary Śląskie
- 01.12 - Legionowo
- 02.12 - Poznań
- 30.11 - Warszawa
- 03.12 - Łódź
 

koncerty

24.05.2007

Marillion, Klub Stodoła, Warszawa, 22.05.2007, godz.20.00

Marillion, Klub Stodoła, Warszawa, 22.05.2007, godz.20.00 Marillion to w naszym kraju zespół niemal kultowy, z wieloma koncertami na polskiej ziemi, ogromną ilością kontrowersji wokół kolejnych albumów i… z nieodłącznymi pytaniami: Fish czy Hogarth? 22 maja w warszawskiej Stodole rozważania na te i pewnie inne tematy rozgorzały na nowo. Rozgorzały, bo przyjechał zespół, na którym po prostu wypada być.

W klubie pojawiłem się równiutko godzinę przed planowanym początkiem koncertu. Pierwsze wrażenie… frekwencja nie zachwyca. Głębsze spojrzenie zaczęło uspokajać. Wysoka temperatura i złocisty napój skutecznie zachęciły fanów do oczekiwania na koncert w klubowych ogródkach. Wśród zebranych dało się zauważyć kwiat polskiego dziennikarstwa muzycznego i silną reprezentację polskich muzyków. Pół godziny przed dwudziestą otwarto bramy prowadzące bezpośrednio pod scenę. Stojący tam już wtedy wiedzieli, że atmosfera będzie gorąca i to nie tylko dlatego, że koncert z pewnością będzie udany. Mimo otwartych drzwi do wspomnianych ogródków, na sali królował ukrop. Po czołach fanów zaczęły spływać pierwsze krople potu. Tymczasem do koncertu pozostały chwile….

Dokładnie po upływie akademickiego kwadransa pojawił się podkład do „Splintering Heart”. Po chwili wszedł Hogarth i zaczął „There’s hot hard hurt…” . Salę opanowała pierwsza euforia. Z czasem na deski Stodoły wyszli kolejni muzycy witani równie entuzjastycznie rozpoczynając koncert na dobre od mocnego uderzenia w tej drugiej, rockowej części kawałka. Już tylko ze względu na panującą na sali temperaturę, stroje muzyków robiły wrażenie. Mosley’a co prawda zza dużego zestawu bębnów nie było widać, ale stojący z przodu Rothery, Trewavas i Hogarth imponowali dzielnym trzymaniem się w marynarkach, w których dotrwali i tak długo (H rozbierał się sukcesywnie, zostając najpierw w kamizelce, a potem w śnieżnobiałej koszuli, Trewavas zrzucił marynarkę dopiero na bisy). Tylko Rothery do końca trzymał fason… ale też i na samej scenie wykazywał najmniej entuzjazmu. Drugi w zestawie „See it Like a Baby” otworzył prezentację nowej płyty. Pojawiły się jeszcze z niej tego wieczoru: „The Last Century for Man”, „The Wound”, “A Voice from the Past” i tytułowy “Somewhere Else”. Wszystkie zagrane bardzo stylowo, precyzyjnie, bez zarzutu. Nie ma sensu wymieniać w tej chwili kompletnej setlisty, którą notabene skrupulatnie zanotowałem, bo po pierwsze: wielu fanów zespołu od dłuższego czasu śledziło zestawy utworów z kolejnych koncertów aktualizowane na stronie zespołu (i ten warszawski pewnie za chwilę także tam się pojawi), po drugie: relacja ta mogłaby osiągnąć przeogromne rozmiary. Odpowiedzmy zatem na słynne już, związane z trójkową  „Powtórką z rozrywki” pytanie, wypowiadane przez Mariana Kociniaka – „Momenty były?” Były… i na nich się skoncentrujmy. Najpierw te muzyczne. Mój ukochany „Afraid of Sunlight” zawsze był dla mnie magiczny i tak też wypadł we wtorkowy wieczór. Hogarth dramatyczny, krzyczący, patetyczny zawsze robi wrażenie. Inaczej zabrzmiał „Cover My Eyes”, tym razem wyciszony, akustyczny i z wyraźniej słyszalnymi zaśpiewami publiki. Gwoździem programu był dwudziestominutowy „Ocean Cloud”, którego publiczność domagała się niemalże od samego początku. Zabrzmiał jako czternasty z rzędu. Niespodzianką było umieszczenie mało popularnego „The Release” i nieco już zapomnianego „Three Minute Boy”. W tych samych, nastrojowych klimatach warto wyróżnić urzekające „Fantastic Place” i zagrany na jeden z dwóch bisów „Neverland”. Teraz o momentach, nazwijmy to…obyczajowych. Zacznijmy od nagłośnienia. Jak na Stodołę, która nigdy dźwiękiem nie powalała, było wręcz rewelacyjnie!! Chwała panom dźwiękowcom, którzy potrafili zrobić coś prawie niemożliwego. Z nieco innej beczki, zebrani z pewnością zapamiętają przepychankę Hogartha z Trewavasem. Zaczął ten pierwszy, traktując małego basistę rączką pod żebra. W odpowiedzi Pete ganiał H po scenie celując weń gryfem swego basu. Muzyka na dalszy plan zeszła także podczas wykonywania „Between You and Me”, w czasie którego nad publicznością pojawiły się ogromne balony. Każdy choć przez chwilę chciał mieć ze „skaczącymi piłeczkami” kontakt. Bezkompromisowo do rzeczy podchodził Mark Kelly, który, gdy tylko balon pojawiał się obok niego… natychmiast go przebijał (zaliczył dwa trafienia!!). I jeszcze jedno wydarzenie, które przez moment lekko wstrzymało ten koncert. Wspomniany Kelly mógł sobie zakrzyknąć święte i odwieczne słowa „To tylko Windows!!”. Tuż przed „Three Minute Boy” nawalił jego „pokładowy komputer”. Szybka interwencja okazała się skuteczna i szaleństwo z balonikami, o którym była już mowa, można było zacząć.

Czyli co? Było pięknie? Niestety niezupełnie. Nie wiem, czy to wiek, czy to kolejny koncert Marillion, ale…jednak ciarki już jednak nie te, co przed trzema czy sześcioma laty. Po obejrzeniu tego koncertu otwarte pozostają pytania - gdzie dziś znajduje się Marillion i jaką rolę odgrywa w nim Hogarth? Bardzo cenię H i lubię jego oryginalną barwę głosu, jednak warszawski wieczór pokazał, że dziś jest to kapela bezwzględnie zdominowana przez niego. Widać to już po stylu ubierania (spodnie i buty były intrygujące), wyróżniającym się wśród muzyków. Poza tym nie można zapomnieć o niezwykle ekspresyjnym i „wszędobylskim” sposobie zachowania się. Dawna ikona Marillion Steve Rothery jest dziś tylko statecznym panem „dogrywającym” Hogarthowi i robiącemu mu tło. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten znakomity muzyk, niekiedy niewiele miał do zagrania. Pozostało mu zamykać oczy w oczekiwaniu na kolejne… uderzenie w strunę. Ale to już z pewnością temat na inny elaborat.

Dwie godziny i piętnaście minut z muzyką Marillion przeszło do historii. Raczej do tej chlubnej z…drobnymi znakami zapytania. Dyskusje rozpoczną się na nowo. Pewnie do następnego koncertu zespołu w naszym kraju, na którym też  trzeba będzie być.  

Zdjęcia:

Marillion Marillion Marillion Marillion Marillion
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from BloodStainedd with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.