ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Warszawa
- 18.09 - Warszawa
- 19.09 - Kraków
 

koncerty

24.05.2007

MARILLIADA w grodzie Kraka, środa, 23 maja 2007 r.

MARILLIADA w grodzie Kraka, środa, 23 maja 2007 r. Zaczęło się od kilku kropel deszczu.

Zaczęło się od kilku kropel deszczu. Wycofałem się więc z pomysłu dotarcia na krakowski Rynek przy pomocy dwóch kółek, i tym samym spóźniłem kilka minut. Wiadomo – komunikacja samochodowa trochę trwa. Firmowany przez scenę EMPiKu koncert akustyczny był sympatycznym majowym piknikiem – ani specjalnie przemyślanym, ani specjalnie przygotowanym. Wedle zasady „rzuć Gwiazdę na żywioł, jakoś sobie poradzi”. Więc radzili sobie, we trzech: Pete i Steve strunowo-akustycznie, a H „natural”, czyli gardłowo-grzechotkowo. Gdzieś w międzyczasie poskarżył się cichutko, że do dyspozycji miał być jeszcze fortepian, ale w zamian otrzymał niespodziewane „wsparcie perkusyjne”, jako że remont płyty Rynku trwał w najlepsze i łupano czym się dało – kilofy, wiertarki, koparki – do wyboru, do koloru (tak, jakby nie można było skrócić dniówki o godzinę…).

Nie bacząc na okoliczności, frajdę mieli wszyscy: i zagorzali fani tuż pod sceną, i nieco zdumieni przybysze z różnych zakątków świata – roztańczeni Południowcy (ach te zroszone kropelkami potu Hiszpanki o kruczoczarnych włosach…!!), sceptyczni wyspiarze (I’ve seen them last year in Liverpool, they’re pretty good band, ‘meeen’!), czujący ważkość wydarzenia wędrowcy z południa (vyborne je to pivo!), rzeczowi sąsiedzi zza Odry (entschuldigung – wo ist der toiletten??), czy obwieszeni cudami techniki Azjaci (bardzo mi przykro, nie rozróżniam japońskich znaków). Tuż przed końcem happeningu solidnie grzmotnęło, by wkrótce obficie zmoczyć sporą grupkę oczekujących na autografy. Sporą rzeczywiście, bo mimo 40 minut oczekiwania blisko połowa odeszła z kwitkiem. Nie, nie mam pretensji…

Poznań wspominał o saunie i warunkach uwłaczających cywilizacji – krakowskie Studio też nie powitało chłodem czy podmuchami klimatyzacji. W wypełnionym po brzegi klubie 20-minutowy poślizg pozwolił udzielić odpowiedzi na pytanie - da się oddychać, czy nie bardzo?... Bańka z napięciem pękła wraz z wybrzmieniem pierwszych taktów Splintering Heart – z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że trudno o lepsze otwarcie. Nic dziwnego, że publiczność zareagowała fantastycznie. Zresztą, przez cały występ setki gardeł i klaskających dłoni przywodziły na myśl raczej dziesiątki czy setki tysięcy – doping był wprost FENOMENALNY i [nieco zaskoczony tak entuzjastycznym przyjęciem] Marillion mógł się poczuć jak Gwiazda z najwyższej, „stadionowej” półki. Ilu widzów było w rzeczywistości, niech się może wypowie nasz DJ Kosiak, bo ja zliczyć nie potrafiłem.:)
 
W trakcie koncertu przewijały się nagrania pochodzące głównie – co oczywiste – z promowanego albumu; zabrakło The Wound i Faith (może szkoda), singlowego See It Like A Baby (to zaskoczenie, ale było na Rynku) oraz The Last Century For Man (o, dzięki wielkie!!). Godne odnotowania są koncertowe predyspozycje Thank You Whoever You Are oraz zupełny ich brak w przypadku No Such Thing (żałuję o tyle, że to dla mnie ulubiony fragment płyty). Jednak kulminacyjny punkt zabawy w pierwszej części koncertu przyniosły marblesowskie You’re Gone oraz Fantastic Place, a gdy chwilę poźniej H wił się jak piskorz usprawiedliwiając odmowę zagrania Angeliny brakiem otwierającego sampla, zapachniało strajkiem.:) Mnóstwo radości przysporzyły także utwory starsze, tym samym mało spodziewane: Afraid Of Sunlight (bardziej sentyment niż wykonanie) czy King (mocny akcent kończący regulaminowy czas gry). Tylko nie bardzo wiem, po co było w to wplątywać Separated Out oraz Between You and Me, za sprawą perkusji przywołujących raczej na myśl koncerty Sepultury…
 
Nie bez racji są Ci, którzy wyczuwają w tej relacji stopniowy ubytek entuzjazmu… Otóż muszę ze smutkiem przyznać, że obecne brzmienie i status „prog-poszukiwań” w stylistyce Zespołu nie trafia w mój gust. Sam występ był wprost odzwierciedleniem odczuć, które żywię do ostatniego albumu – 2 godziny grania, 2 kwadranse wzruszeń. Brzmienie zbyt surowe (cóż, takie były zapowiedzi…), często przesterowane (np. gitara Rothery’ego…), a co najgorsza – miejscami bezsensownie rockowe i sztampowe. Do tego te irytujące zmiany rytmu i „duble” w wykonaniu Mosleya, który albo się po prostu myli, albo – o zgrozo – kombinuje…

Na całe szczęście, wywołane niesamowitą wrzawą i tumultem bisy obyły się bez specjalnych udziwnień. Najpierw cała sala bez wyjątku popłynęła do Niby-landii, by po kolejnej przerwie [MA-RILL-ION! MA-RILL-ION!!] pochłonąć Wielkanocny deser. I choć łez wzruszenia tym razem nie uroniłem, to za takie właśnie solówki Steve’a R. zamierzam wielbić po wsze czasy…

Zdjęcia:

Marillion_Kraków Marillion_Kraków Marillion_Kraków Marillion_Kraków Marillion_Kraków
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.