ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 17.07 - Wrocław
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
 

koncerty

15.06.2007

Z dużej chmury mały deszcz…..Riverside, Dream Theater 12 czerwca 2007, Katowice Spodek, godz. 20.00

Kolejne z szumnie zapowiadanych muzycznych wydarzeń za nami. Upalny dzień i wieczór we wtorek 12 czerwca 2007 miały stać się świętem dla wszystkich fanów progresywnego metalu (i nie tylko).
Koncert Dream Theater oraz Riverside w katowickim Spodku niestety połowicznie spełnił oczekiwania piszącej te słowa. Z pewnym niepokojem śledziłam relacje prasy oraz fanów dotyczące koncertów Dream Theater w Europie, w których to zwrócono uwagę na wypalenia zespołu, swego rodzaju olewanie fanów, zmęczenie i niechęć do grania dłuższych setów. Mike Portnoy w wywiadzie udzielonym podczas włoskiego koncertu Drimów na festiwalu Gods of Metal powiedział rozbrajająco szczerze, że nie są już w stanie grać trzygodzinnych koncertów. Zaniepokoiła mnie nie tylko ta wypowiedź, ale również setlista utworów zagrana podczas pierwszych europejskich koncertów zespołu.
 
Wszystkie te niepokojące informacje można było łatwo zweryfikować podczas wtorkowego koncertu.
 
Zgromadzona bardzo licznie publiczność (kompletu może nie było, ale znając pojemność Spodka szacuję, że mogło być ok. 5-6 tys. osób) zamierzała wziąć udział w wielkim wydarzeniu. Wydarzenie to owszem było, ale niezbyt wysokiej jakości. Rozumiem, że dla większości fanatyków DT ten koncert był super, ale dla mnie niestety nie był. I nie jestem w mojej opinii odosobniona. Być może dlatego, że widziałam znacznie lepsze koncerty Teatru Marzeń. Lepsze – zarówno pod względem setlisty, wykonawstwa, oprawy i dźwięku.
 
Ale od początku. Organizacja jak na polskie standardy całkiem niezła. Zaczęto wpuszczać kilka minut po 18.00. Oczywiście pchająca się młodzież miała za nic podstawowe normy kultury (ale przemilczmy to – zresztą na płycie nie było lepiej). Mnie najbardziej zdumiały słowa jednego z młodych, długowłosych panów (w koszulce Octavarium – bo wątpię by znał inne albumy): A co to kurwa Riverside jest? Dość szybko znalazłam się na płycie Spodka, namierzyłam znajomych (na koncerty jeżdżę sama) i zaczęłam odliczanie. Ludzi powoli przybywało, na płycie robiło się coraz ciaśniej. Coraz więcej zdeklarowanych i fanatycznych fanów Drimów tłoczyło się wokół mnie (nie żebym była uprzedzona – niektórzy fanatycy byli całkiem nieźli). Zastanawialiśmy się nad setlistą, o tym, w jakiej dyspozycji zobaczymy zespół.
 
Riverside:
 
Zaczęło się punktualnie. Wybiła godzina dwudziesta i na scenie zainstalowali się muzycy Riverside. O króciutkim (zgodnie z kontraktem grali 42 minuty) secie można powiedzieć tylko tyle, że się odbył. Przywitani bardzo ciepło przez publiczność niestety (przynajmniej mnie) zawiedli. I nie ma sensu zwalać winy na nagłośnienie czy też zdenerwowanie i słabą dyspozycję zespołu. Po prostu nie był to ich dzień. Nie na chwila i nie ta dyspozycja. Materiał zaprezentowany podczas tego mini-koncertu można określić jednym zdaniem: Cześć, jesteśmy Riverside. A oto nasza muzyka. Setlista została przygotowana specjalnie na europejską trasę z „bogami progresywnego metalu”–dlatego na zaskakujące wolty stylistyczne nie było można liczyć (zresztą o kulisach trasy, setliście przeczytacie w wywiadzie z chłopakami Riverside). Muzycy (takie odnoszę wrażenie) wyszli na scenę bardzo spięci i zdenerwowani. I jeszcze ten dźwięk (frycowe trzeba płacić), a raczej jego brak. W pierwszym utworze słyszałam tylko stopę Mitloffa i gdzieś przebijający się nieśmiało głos Mariusza Dudy. Grudzień chyba grał na gitarze, a Michał Łapaj prawdopodobnie grał na klawiszach. Takiej „jakości” dźwięk był przez cały występ zespołu. Szkoda, bowiem Riverside to bardzo dobry koncertowy band. Czytając pierwsze pokoncertowe komentarze zauważyłam, że dla wielu widzów był to pierwszy kontakt z ich muzyką. Należy ubolewać, że percepcja ich twórczości odbywała się w tak niesprzyjających warunkach. Najlepsze momenty? Z pewnością Second Life Syndrome i The Courtain Falls (dźwięk się nieco poprawił). Reasumując – polecam wszystkim Riverside w wersji „ nie-supportującej”.
 
Antrakt:
 
Riverside zeszło ze sceny. Czas oczekiwania umilały nam dźwięki kwartetu smyczkowego (grającego utwory Dream Theater) oraz kubeczki z życiodajnym płynem o nazwie hadwao rozdawane przez ochroniarzy. Niesamowita sprawa – a skwar w Spodku był iście piekielny. Organizatorom dziękujemy za profesjonalne podejście do sprawy. Stanęliście na wysokości zadania.
 
Dream Theater:
 
Bardzo się obawiałam, czy spełni się czarny scenariusz. Fatalnie nie było, ale też wiele brakowało do ekstazy. Odnoszę wrażenie, ze Dream Theater zagrało przeciętny koncert. Ani bardzo dobry, ani bardzo zły. Zwykły koncert bez ekscytacji i większych wzruszeń. Moją tezę o przeciętności tego akurat koncertu postaram się zobrazować poszczególnymi argumentami:
 
Setlista: powiedziałabym eufemistycznie: zaskakująca. O tym, że na trasie wracają do dźwięków z Images & Words wiedziałam. Buzia na wspomnienie tego albumu mi się uśmiechnęła. Panowie zagrali Learning to Live, Surrounded, Wait For Sleep, Take The Time. Fenomenalna była wręcz wersja Surrounded, z zaskakującym onirycznym wstępem by Petrucci (jedna z niewielu ciar na plecach podczas show). Świetne i znakomicie (jak zwykle) zagrali Learning to Live, dość nierówne Take The Time (z wokalem Portnoya - blee) i zagraną od niechcenia przez Johna P. solówką kończącą utwór.
Równie sporo panowie zagrali z Metropolis pt.2 (Home, Overture 1928, The Spirit Carries On) I rzeczywiście – te akurat utwory zabrzmiały znakomicie (może za wyjątkiem Home, tradycyjnie przez LaBriego skopanego wokalnie). Zdziwiłam się bardzo, że z Systematic Chaos zagrano tylko utwory, które ogólnie rzecz ujmują należą do najsłabszych na albumie. O ile Constant Motion broni się w wersji live, o tyle The Dark Eternal Night wypadło bladziutko. Ciężko owszem, ale bez rewelacji. Forsaken – kawałek o potencjale komercyjno-stadionowym też nie za dobrze zabrzmiał (może z powodu ewidentnego fałszu i wokalnego jechania po bandzie LaBriego). Szkoda, że z SCH zagrali tak niewiele, bowiem z wielu wypowiedzi Mike’a Portnoya wywnioskowałam, że będą grali i „Ministerstwo” oraz „Suitę” w dwóch odsłonach. Niestety z tych szumnych zapowiedzi perkusisty Dream Theater nic nie wyszło. Przynajmniej do października musimy się obejść smakiem i cierpliwie poczekać by wykrzyczeć z gardła: Dark Master I will Die for You. Nie ukrywam rozczarowania. Trudno, nie zagrali. Co jeszcze zabrzmiało? Ano Honor Thy Father i Never Enough.
 
Dźwięk: oj z tym w Spodku było różnie. O wyczynach akustyka podczas setu Riverside już wspomniałam. Z niecierpliwością czekałam jak zabrzmią pierwsze dźwięki. I nie ukrywam pierwsze takty Overture 1928 zabrzmiały fatalnie. Później już było znacznie lepiej, ale o krystalicznie czystym dźwięku można było zapomnieć. Odnoszę wrażenie, że było ciut za głośno, za dużo basów kosztem klawiszy (czasami Rudess był wręcz niesłyszalny).
 
Chęć oraz radość z grania: często mówiąc o Dream Theater określa się zespół, jako grupę dla muzyków. To oczywiście prawda. I rzeczywiście pisanie po raz kolejny, że są wirtuozami mija się z celem. Zabrakło mi w Katowicach radości z grania, polotu i tego „czegoś”. Zblazowany John Petrucci wpatrzony w swego MusicMana, jak zwykle nieruchawy Myung. Plujący naokoło, schowany za przezroczystym mega-zestawem perkusyjnym Portnoy (który nota bene był w słabej formie i nie zachwycił), ukryty za klawiaturami Rudess. I oczywiście James Labrie – śpiewający tego dnia bardzo nierówno (od partii porywających poprzez ewidentne fałsze i „niedociąganie” fraz). Odniosłam wrażenie, że na scenie znalazła się piątka wybitnych muzyków, którym się po prostu nie chce grać koncertów. Ten czarny scenariusz i pierwsze „chłodne” opinie z trasy niestety się spełnił. Szkoda, że panowie bardziej się nie zaangażowali w to, co grają. Nie każę im od razu skakać i tańczyć, ale jakieś pozory „życia i zabawy muzyką” mogliby zachować. A tak otrzymaliśmy spory ładunek cybernetycznej, chłodnej i matematycznej muzyki pozbawionej emocji. Za karę im kazano jechać w trasę? Naprawdę nie rozumiem takiego podejścia. W jednym, jedynym momencie panom puściły emocje. W Learning To Live Petrucci dyskretnie otarł łzę, która spłynęła po policzku. Bowiem reakcja publiczności w tym utworze była wspaniała. Podobnie emocje udzieliły się w The Spirit Carries On – znakomicie tego dnia zaśpiewanego przez Jamesa. No, a poza tym grali bardzo krótko. Niespełna dwie godziny. Może to i lepiej, kolejnej godziny bez muzycznych wzruszeń i emocji, chyba bym nie przeżyła. Miło było (i patriotycznie), jak Portnoy wyszedł na bisy ubrany w czerwoną koszulkę z napisem POLSKA. Mały gest, a cieszy.
 
Oprawa: wszyscy, którzy znają wydawnictwa koncertowe DT wiedzą, że Teatr Marzeń zwraca uwagę na aspekty wizualne swoich koncertów. Tym razem w Spodku nie mieliśmy przyjemności podziwiania ani prezentacji, wizualizacji, ekranów oraz sensownie zaprojektowanych świateł. Oświetlenie zupełnie nie było zgrane z treścią muzyczną. Być może ten fakt wynikał z tego, że na letnią trasę DT składają się głównie koncerty podczas festiwali. Zatem na prawdziwe Images & Words poczekajmy do października. Tego aspektu koncertu naprawdę mi zabrakło.
 
Publiczność: niby ta nasza polska publiczność jest jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Może i tak jest, ale z kulturą osobistą raczej mamy na bakier. Pod sceną działy się sceny niemalże dantejskie (oberwałam i upadłam). W sumie, co to za przyjemność słuchania i kontemplowania muzyki, gdy trzeba walczyć o przetrwanie. Rozumiem, że dzieci oraz fanatycy i instrumentalni onaniści, chcieli zobaczyć z bliska „bogów progresywnego metalu”, ale są pewne granice tolerancji.
 
Podsumowując: dla większości zgromadzonej w Spodku publiczności był to koncert wszechczasów. Dla starych wyjadaczy, którzy już niejeden koncert widzieli – te 3 godziny spędzone w Spodku do najciekawszych nie należały. Należy się pocieszać, że 2 października zobaczymy zespół znów w akcji. Mają panowie 4 miesiące na poprawę niedociągnięć. Czekamy.
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.