ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

12.07.2007

George Michael, 25 Live, Warszawa, Tor Wyścigów Konnych na Służewcu, 11.07.2007, godz. 21.30

Niezwykle zmysłowy pokaz feri barw i uczuć.
Zastanawiałam się, czy relację z tego koncertu publikować na Artrock.pl. Skoro jednak pojawiło się podsumowanie Heineken Open`er Festival, to czemu relacja z koncertu pana Georgiosa Kyriacosa Panayiotou nie miałaby ubarwić naszego serwisu.

Pogoda:

Tradycją tegorocznych polskich koncertów na otwartym powietrzu jest nieprzyjazna aura. Tym razem uczestnicy warszawskiego show nie stali po kolana w błocie, nie padał na nich deszcz w stężeniu przekraczającym średnią miesięcznych opadów. Ale zapowiadało się podobnie (do plecaka spakowana przeciwdeszczowa płachta i dodatkowy przyodziewek). Rozpogodziło się gdzieś w okolicach godziny 17.00. Fucking deszcz? Zapomnijcie! Było raczej Somewhere Over The Rainbow.

Organizacja:

Znakomita. Perfekcyjna. Pojawiłam się z ekipą na terenie koncertu po godzinie 19.00. Pomimo trzykrotnej kontroli bagażu „odprawa przybramkowa” trwała szybko i bezboleśnie. Wymiana biletu na obrączkę. Panowie i panie na bramce uprzejmi, plecaczek sprawdzony, sprzęt nagrywający wniesiony. Oznakowanie sektorów, wytyczone ścieżki dojścia do nich, wizualizacja – toż to KAIZEN w 100%. Dlatego tak sprawnie ta procedura „wejścia wyjścia” przebiegała. Nie tworzyły się wąskie gardła i zatory. Sensownie umieszczony sektor cateringowy (z rozsądnymi cenami za napitek wszelkiej maści oraz dość smaczne jedzenie). Można było usiąść i spokojnie zjeść/napić się. Podobnie rzecz się miała z sektorem sanitarnym. Czyli można w naszym kraju zorganizować dużą imprezę bez organizacyjnych wpadek. Alter Art ma po prostu doświadczenie w organizacji tego typu imprez. Acha – kilkanaście sklepików z gadżetami (drożyzna). No i ludzie. Przekrój: od lat 5-ciu do 105-ciu. Hetero i homo (LPR zaklejała w Warszawie plakaty reklamujące koncert). Słuchacze wysublimowanych dźwięków (koszulki PF, Riverside, PT), fani popu, jazzu, oraz… sympatycy Behemoth (co na to Nergal?). Słowem przekrój społeczeństwa.

Show:

Scena robiła piorunujące wrażenie. Olbrzymia, dwupiętrowa. I nietypowo zaaranżowana ( te „pętelki” i wybiegi dla artysty). Dwa wielkie telebimy po boku oraz pomniejsze ekrany. Podświetlone ścieżki i schody. Nie było reflektorów, bowiem scena wg zapowiedzi miała stać się jednym wielkim światłem i skrzyć się feerią barw. Supporty – chyba zagrała Novika. Na mini koncert Cerekwickiej nawet się załapałam. Brzmiało nieźle jak na rozgrzewacza. Tylko, że ta pani nie ma nic ciekawego muzycznie do zaoferowania. Ziew po prostu i pitu pitu z infantylnymi tekstami (wybaczcie, ale nie zacytuję). Czasami muzyka nabierała nieco rockowego charakteru, co nie zmienia faktu, że naprawdę znudziła. Po jej występie nadal twierdzę, że w obszarze tzw. ambitnego popu jesteśmy zaściankiem.

Godzina „GM” zbliżała się wielkimi krokami. Słońce zaszło. I jest! Na gigantycznym ekranie pojawił się tekst zaproszenia do udziału w koncercie. A sam koncert rozpoczął się nietypowo. Od zaśpiewanej przez Michaela a capella Song To the Siren (znanej z wykonania This Mortail Coil, a tak naprawdę autorstwa Tima Buckleya). Wykonanej czyściutko, z pasją i klasą (komentarz ludzi obok – nie znam tego utworu Georga Michaela). I po tym wstępie wiedziałam, że będzie fantastycznie! Fastlove – scena zaczyna się jarzyć setką barw. Iście psychodeliczny pomysł szalonego kreatora! The Beatles byliby dumni :-) Szczerze powiedziawszy nie widziałam dotychczas w Polsce (a na wielu koncertach byłam) tak zaawansowanej technologicznie estrady. Znakomicie dobrane wizualizacje. Fragmenty teledysków, projekcje filmowe ilustrujące poszczególne utwory, pioruny (wiem na Genesis były prawdziwe). Diodowy ekran spływający spod kopuły sceny, meandrujący po estradzie by ostatecznie zaścielić się u stóp publiczności. Michael żywiołowy, w świetnej formie fizycznej i wokalnej przebiegał kilometry, dwoił się i troił. I porwał zgromadzony tłum! Zagadywał (na wstępie, że obawiał się nieco tego koncertu – cóż informacje na temat IV RP dotarły widocznie do niego), żartował (również z samego siebie) i był od wrażeniem polskiej publiczności. Interakcja z publiką znakomita! Podobnie jak Collins w Chorzowie (aczkolwiek w innych okolicznościach przyrody) skomentował panującą w warszawie aurę (chłodne, ale sympatyczne warszawskie powietrze :-). A publiczność? Wszyscy bawiliśmy się świetnie i co najlepsze bez chamstwa (panowie z sektora 1 dziękuję za pomoc i silne barki – stałam na wyciągnięcie ręki). Podczas ponad dwugodzinnego koncertu George zagrał wszystkie swoje największe przeboje (no to jedziemy z koksem, np.: Too Funky, Spinning The Wheel, Faith, Father Figure, I'm Your Man, The Edge Of Heaven, Outside). Towarzyszący mu zespół – świetny. Schowany w tle – ale znakomicie dopełniający całość. Fajna sekcja rytmiczna, chórzystki z głosami (jak stąd do Pińczowa), gitarowe solóweczki, klawisze też niczego sobie. Brzmienie jak żyleta – można się było delektować każdym uderzeniem w struny, każdą zagrywką. Głośność też zbalansowana (pamiętacie koncert Gilmoura?) A sam mistrz ceremonii śpiewał czysto, może bez większych odstępstw od wersji studyjnych, chociaż czasami pozwalał sobie na drobne modyfikacje. Szacunek! Moim zdaniem jeden z najlepszych męskich wokali forever and ever i amen. No i rasowy sceniczny wyjadacz, śmiejący się też z samego siebie oraz z panów Blaira i Busha Juniora (Shoot The Dog, podczas którego nad sceną pojawiła się wielka kukła Mr. Presidenta oraz fragmenty teledysku nawiązującego do pewnej sytuacji w męskiej toalecie). Ach i zaśpiewane po mistrzowsku Jesus To A Child. Można Michaela lubić bądź nie, ale ten kawałek na żywo powala. Przepięknie zinterpretowany i zilustrowany ascetyczną tym razem wizualizacją. A na zakończenie dwa killery: Careless Whisper i oczywiście Freedom’90 (delikatny przytyk GM do sytuacji swojego ex-wydawcy czyli SONY).

Koncert ze wszech miar powalający. Pełen profesjonalizm, a jednocześnie nie chłodna kalkulacja czy też odbębnienie setlisty. Mieliśmy szczęście obcować z królem ambitnego popu. Nawet takie osoby jak ja, które wybiórczo znają twórczość Georga Michaela były pod wrażeniem tego show. Cóż, do kompletu w Kaczorlandzie brakuje tylko Madonny. Ale to chyba almost unreal…

Setlista:

Song to the Siren/Fast Love/Too Funky/Father Figure/Everything She Wants/Praying For Time/Star People/Shoot The Dog

Interval - John & Elvis Video

Outside/Spinning The Wheel/Flawless/Jesus To A Child/Faith/Amazing/I'm Your Man

Encores:

Careless Whisper/Freedom’ 90


Ps. Ryszarda Nowaka ani Wojciecha Wierzejskiego nie zauważyłam.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
Picture theme from Riiva with exclusive licence for ArtRock.pl
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.