ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

13.08.2007

Metal Hammer Festival 2007 (TOOL, Dir En Grey, Coma, Delight, Fair to Midland); 12 sierpnia 2007 Katowice, Spodek

Prawie jak metal. Prawie jak festiwal. Prawie jak długie, satysfakcjonujące fanów sety. Prawie robi wielką różnicę.

Na dwa dni przed katowickim koncertem odwołano występ Chrisa Cornella. Nie, żebym chciała zbytnio wsłuchiwać się w jego najnowsze dzieło. Carry On to nudny i zupełnie niepotrzebny album. Chciałam usłyszeć na żywo znakomitego wokalistę (i kilka utworów Soundgarden). Cóż, Cornell się rozchorował - zatem może do następnego razu. Zresztą nieobecni nie mają racji bytu. Zgodnie z komunikatem przekazanym przez Metal Mind Production pozostali artyści mieli zagrać dłuższe sety. Jasne zagrali – chyba w nocnych koszmarach Tomasza Dziubińskiego. Niezłą ściemę sprzedaliście państwo obecnym na płycie Spodka fanom. Jeśli w taki sposób zamierzacie promować koncerty i budować wiarygodność marki to…to ja proponuję szkolenie.

Ale od początku. Podczas koncertu Fair To Midland mój pociąg radośnie dotaczał się do stacji Katowice Główne. Muzykę podopiecznych Serja Tankiana znam ze srebrnych krążków, ale o ich koncercie się nie wypowiem – po prostu nie zdążyłam. Na płytę Spodka (bez problemów, wejściem dla VIP-ów) weszłam podczas koncertu Delight. Nasz eksportowy towar prawie-metalowy z uroczą Pauliną Maślanką na czele, rozkręcał zgromadzoną i nieco znudzoną publiczność. Nie ukrywam – nie był to ich najlepszy koncert. Paulina miała problemy z odsłuchami, a i muzycznie zespół nie zaproponował niczego odkrywczego. Nieco elektroniki, trochę brzmień a’la Evanescence i to wszystko! Nie ukrywam, że ziewałam. Jedynym fajnym akcentem koncertu było wykonanie Careless Whispers Wham! Aczkolwiek nawet i ten utwór nie rozruszał ospałej podczas ich koncertu publiki.

Szaleństwo za to rozpętało się podczas koncertu łódzkiej Comy. Wrzask, krzyki i atmosfera wielkiego, rockowego święta. Świetny set i dramaturgia koncertu z pewnością mogły się podobać (bardzo dobrze ułożony miks utworów z obydwu płyt). Piotr Rogucki (wokalista i tekściarz wywołujący w wielu skrajne emocje) tym razem bardzo wysoko postawił poprzeczkę (również TOOL). Naprawdę. Wielką fanką Comy nie jestem – ale to co pokazali na scenie Spodka rzeczywiście robiło wrażenie. Pełen profesjonalizm, dobre brzmienie (moim zdaniem akustyk nagłośnił ich lepiej niż występujących po Łodzianach, Japończyków z Dir En Grey oraz TOOL) oraz prawdziwy rockowy pazur. Rogucki przeżywał, skakał, skandował, zdzierał gardło, słowem wszędzie go było pełno. Towarzyszący mu muzycy grali świetnie. Bez wpadek, jak natchnieni (zresztą, ktokolwiek był na trzygodzinnym koncercie Comy, wie o czy mówię). Znakomicie zabrzmiała Schizofrenia, kapitalnie System, czy też zagrany na pożegnanie Zbyszek. Niekłamany aplauz wzbudziła zapowiedź Roguckiego o przymiarkach do pracy nad nowym, trzecim albumem formacji. Nie ma co! Coma to w IV RP absolutny koncertowy TOP. Łodzian pożegnano huraganem braw! Szkoda, że zagrali tak krótko. Bo był to dla mnie NAJLEPSZY koncert festiwalu.

Japończycy z Dir en Grey wzbudzili dość mieszane uczucia. Od histerycznych zachowań żeńskiej, nastoletniej publiczności (obejrzyjcie filmy o The Beatles czy Backstreet Boys), aż po totalne niezrozumienie. Ich niełatwa muzyka będąca połączeniem klasycznego death metalu (dalekie skojarzenia), japońskiej awangardy muzycznej (myślę, że Dr Alcibiades byłby zadowolony), pierwiastka emo, klasycznego thrashu oraz quasi popowych (a nawet technowych) brzmień i Bóg wie jeszcze czego, była z pewnością jednym z najciekawszych momentów festiwalu. Uwagę przyciągał, wprawdzie marnego wzrostu, wyglądający jak wyrośnięty przedszkolak, ale obdarzony niesamowitym wokalem frontman zespołu niejaki DEG. Ruchliwy jak pchełka, zdzierał gardło z godnym podkreślenia, prawie pattonowskim zacięciem (od mrocznych wyziewów, aż do dźwięków sinatropodobnych). Nie sposób Dir En Grey odmówić komercyjnego potencjału (stąd też te wręcz kojarzące się z boysbandem reakcje co niektórych pań). Zupełnie nieźle grają – nie nudziłam się ani chwili i ich muzyka mnie zainteresowała (pomimo, że nie znam żadnego albumu zespołu). Czy na dłuższą metę dźwięki Dir En Grey zniosą nieubłagany upływ czasu – nie wiem. Z pewnością jest to ciekawy zespół. Warto się z nim zapoznać, nie tylko ze względu na orientalne pochodzenie.

GWIAZDA WIECZORU

Konsekwencja organizatorów upychających TOOL w szufladce „zespoły mało metalowe, grające na festiwalu mającym w nazwie słowo metal” wzbudziła moje zastrzeżenia. Może się czepiam, że dla organizatorów niedefiniowalna, pokręcona, zdecydowanie nietypowa, brudna i odrealniona muzyka Tool może być „metalem”. Do dzisiejszego dnia koncert Tool w krakowskiej Hali Wisły (2001) pozostaje dla mnie niedościgłym wzorcem koncertowego show. Zarówno od względem emocji jak i muzycznej zawartości. Poprzedni, polski koncert ekipy Maynarda Keenana wzbudził mieszane uczucia. Cóż – wielu fanów zespołu ostrzyło sobie ząbki na ten obiecany przez Metal Mind wydłużony show zespołu. I co? Pstro. Zamiast obiecywanych „uzgodnionych z managementem” dwóch godzin, zgromadzona Spodku publiczność musiała zadowolić się nieco ponad 70 minutami muzyki. Za to mogę powiedzieć, że naprawdę było nieźle (ale nie porywająco). Keenan załapał kontakt z publicznością (miał wiele do powiedzenia, co mu się rzadko zdarza), w niektórych momentach atmosfera przypominała tę sprzed 6 lat (cytując klasyka momenty były). Setlista i układ zbliżona do poprzedniego koncertu Narzędzia w naszym kraju. Koncert zaczął się od plemiennego Jambi, a później „poleciały” prawie wszystkie toolowe klasyki. Owszem wypadł z zestawu Sober (czemu?) i AEnema (tego zagrania w ogóle już nie rozumiem). Za to „wskoczył” Flood z Undertow (to zagranie rozumiem i w pełni akceptuję). Zmęczoną publiczność z pewnością uradowały wykonane w wydłużonych wersjach Schism, Stinkfist czy powalający Lateralus, a i Vicarious w tym zestawieniu nabrał szlachetnego kolorytu. Jak wiadomo Tool to zespół kompletny, stawiający na komplementarność sztuk. Oprócz perfekcyjnie zaplanowanego i zagranego zestawu utworów, całości dopełniały znakomite wizualizacje, projekcje autorstwa Adama Jonesa. Podczas koncertu Tool niestety szwankowało nagłośnienie, czasami glos Maynarda ginął gdzieś w otaczającej mnie ze wszystkich stron ścianie dźwięku. Czyli wyszło jak zwykle – show głównej gwiazdy spieprzony przez mało kompetentnego akustyka. Koncert ze wszech miar godny uwagi, warto było się na nim pojawić, ale…no właśnie tego się spodziewałam. Nie było, podczas tych 70 minut z małym hakiem, uczucia krążących gdzieś pod kopułą Spodka fluidów. Ot, panowie weszli na scenę, zagrali swoje, ukłonili się, obiecali, że wrócą i zeszli. Bisów nie przewidziano. Kurtyna opadła i Metal Hammer Festiwal 2007 przeszedł do historii.

Podsumowując: tegoroczna odsłona Metal Hammer Festiwal była imprezą nie do końca udaną. Pod względem frekwencji było bardzo przeciętnie (cóż sezon urlopowy w toku – Spodek wypełniony ledwie w połowie). Dość sporo przypadkowej publiczności. Być może dlatego, iż tak naprawdę podczas tego „metalowego” festiwalu nie zagrał żaden „pure metalowy” zespół. Myślę, że organizatorzy powinni dokonać stosownych analiz i wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.