ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

31.10.2008

The Musical Box czyli… powrót do przeszłości, Katowice, Spodek, 29.10.2008, godz. 20.00

The Musical Box czyli… powrót do przeszłości, Katowice, Spodek, 29.10.2008, godz. 20.00 Artyści czy hochsztaplerzy? To pytanie kołatało się w mojej głowie na długo przed polskim koncertem The Musical Box. Po zakończeniu ich występu ani o drobinę nie stałem się mądrzejszy i w dalszym ciągu nie wiem, jak „ugryźć” to zjawisko.

Fakt jest bezsporny. Serce zabiło mi mocniej, gdy tylko Naczelny poinformował mnie, iż jadę na ich koncert. Genesis to grupa, która zrobiła spore spustoszenie w moich „muzycznych szarych komórkach” i silnie ukształtowała spojrzenie na słuchane dźwięki. Byłem na ich pierwszym, historycznym koncercie w naszym kraju lat dziesięć już temu, byłem też wreszcie ostatnio na jastrzębskim występie The Watch, na którym ta włoska formacja z pietyzmem odświeżyła „genesisowe archiwum”. Z dużą ciekawością czekałem zatem na występ najsłynniejszego cover bandu grającego utwory jednej z moich ukochanych grup. W pochmurne, środowe popołudnie zapakowałem do auta kilka najstarszych płyt Genesis, włączyłem „play” w samochodowym odtwarzaczu i pomknąłem do Katowic. Na miejscu, dokładnie godzinę przed planowanym rozpoczęciem koncertu, przeżyłem pierwsze zaskoczenie. Gdy ja odhaczałem się na akredytacyjnej liście, przez inne - liczne zresztą bramki - nie przedzierały się tłumy spragnionych muzyki sprzed lat a na „spodkowym” parkingu, wśród dogodnych miejsc można było przebierać. Sygnał o przeciętnej frekwencji się niestety potwierdził. Jeszcze pół godziny przed startem, płyta świeciła pustkami i choć ostatecznie publiczności było sporo, w przeogromnym „Spodku” nie mogło to zrobić wrażenia. 

Zaczęli siedem minut po dwudziestej. Wiedziałem (ba… wszyscy wiedzieli!), że zaczną od „Dance On A Volcano”. Spodziewałem się zatem niesamowitego wstępu, z potężnymi uderzeniami perkusji oraz ostro tnącą wraz z nimi gitarą i… klapa. Ten wymarzony początek położony został przez dźwiękowca, który zbyt asekuracyjnie nastawił potencjometry. Choć w tym momencie znajdowałem się pod samą sceną czułem, że jest po prostu za cicho. No cóż, nie pierwszy i nie ostatni to przypadek kiepskiego startu pana za konsoletą. Tym bardziej, że później wszystko już było w porządku i mogę stwierdzić wręcz, że nagłośnienie występu było doprawdy znakomite. Wróćmy jednak do wspomnianego początku. Początku, podczas którego tąpnęło mną raz jeszcze, gdy zobaczyłem muzyków. Słuchajcie…, oni naprawdę wyglądali jak Genesis sprzed trzydziestu laty!! Gdy ujrzałem Denisa Gagne robiącego za Phila Collinsa, odleciałem! Ta sama koszulka, te same spodnie i ta sama gęsta, jak sądzę przyklejona (??), broda. Kabaret? Pastisz? To pierwsze myśli jakie przemknęły mi przez głowę. Dodatkowo grający na gitarze i gitarze basowej w jednym, Sebastian Lamothe (w roli Mike’a Rutherforda) też wyglądał ze swoją wysoką i smukłą sylwetką oraz długimi włosami, niezwykle wiarygodnie. Czy mam pisać dalej, że pozostali panowie również prezentowali się jak: Bill Bruford (perkusista Gregg Bendian), Tony Banks (klawiszowiec David Myers) i Steve Hackett (gitarzysta Francois Gaganon). Wiem, że tym co napisałem przed chwilą oraz tym co przeczytacie za moment, wpiszę się w setki podobnych tekstów jakie pojawiły się o występach The Musical Box ale… Nie mam innego wyjścia. Choćbym chciał przekornie napisać inaczej niż inni - nie mogę. Bo na scenie autentycznie wszystko było z „epoki”. Stare graty (łącznie z collinsowkim tamburynkiem z czarnym krzyżykiem), skromne, choć mające swój urok, światła i stroje z drugiej połowy lat siedemdziesiątych. Do tego zachowanie muzyków było jakby wyćwiczone – ich gesty i ruchy wręcz „oryginalne”. Widać było, że panowie dobrze przestudiowali archiwalne nagrania wideo z występami swoich idoli. Gagne nie tylko śpiewał identycznie jak Collins ale również rozgadywał się tak jak on z charakterystycznym dla niego akcentem. Momentami wyglądało to co najmniej dziwnie. Dochodziły do tego dwie zmiany strojów, które fanom Genesis przeglądającym stare zdjęcia nie powinny być obce. 

No a sama muzyka? Hmmm… wiecie co chcę powiedzieć. Tak, tak, tak!!! „Toćka w toćkę”! Boże drogi, precyzja w serwowaniu znanych mi na pamięć dźwięków rozłożyła mnie na łopatki. Może nie w rozlazłym nieco i sfałszowanym momentami „Entangled”, który ewidentnie im nie wyszedł. Reszta była zabójcza. Najsłabsze chwile koncertu to… pierwsze trzy utwory. Szkoda, że takie piękne („Dance On A Volcano”, “The Lamb Lies Down On Broadway”, „Carpet Crawlers”). Dało się wyczuć, że lekko speszona tym wszystkim publiczność stara się rozszyfrować, o co w tej całej “maskaradzie” chodzi. Stonowane, dyplomatyczne brawa to tylko podkreślały. Przełomowym momentem była znakomita wersja „Cinema Show”, w którym perkusyjny duet Gagona i  Marca Laflamme (który sprytnie podmieniał się z Gagne)  mógł zaiste zaimponować. Potem grą na dwie perkusje uraczyli panowie zebranych jeszcze w „Firth Of Fifth”, „Supper’s Ready” i „Los Endos”. Innym cudnym momentem było najpiękniejsze gitarowe solo, jakie kiedykolwiek poznał progresywny świat – solo w „Firth Of Fifth”. Musiały być brawa i… były. Nawet już w trakcie jego trwania. Zabrzmiało tak, jak wymyślił je sobie sam Mistrz, tylko że zagrane na żywo, z mocnym basem i całym tym koncertowym powietrzem wokół. Ja bynajmniej się rozkleiłem. Magicznie zrobiło się, gdy podczas „Supper’s Ready” po raz pierwszy na scenie pojawiły się dymy, zgasły światła a uwagę wszystkich zaczęło przykuwać laserowe, zielone światło, układające się w eliptyczne kształty pod kopułą „Spodka” i w niesamowity sposób oświetlające wędrujący dym. 

Czytając to z pewnością zauważyliście, że emocji tego wieczoru nie zabrakło. Były rzęsiste brawa, długie wyczekiwanie na bis i pewnie niejedna łza zakręcona w oku. Była jednak jedna rzecz w tym koncercie, która cały czas kazała mi ten występ traktować w nieco innych kategoriach. Jego wyreżyserowanie, schematyczność i przewidywalność. Wszak wszyscy wiedzieli co zagrają i jak zagrają. A oni wciśnięci w uniformy Mike’a, Phila czy Steve’a nie mogli być sobą i cieszyć się naturalnie entuzjazmem zebranych. Bo przecież wszyscy przyszli nie dla nich lecz dla „Wielkiej Muzyki Wielkiej Grupy”. I jeszcze jedna rzecz, w pewnym sensie paradoksalna. Na koncerty rockowe chodzimy po to, aby w atmosferze spontaniczności posłuchać jak na żywo wypadają doskonale znane albumowe kompozycje, radość czerpiąc z każdej inaczej zagranej nuty. Tu zebrani przyszli wysłuchać precyzyjnie odtworzonych oryginałów przez pewien cover band, gdyż ich ukochany zespół już ich tak nie gra. 

W sumie warto było. Czasu nie sposób cofnąć. Czyż mamy być pokrzywdzeni tylko dlatego, że urodziliśmy się za późno i nie po tej stronie kurtyny. Gdy Genesis dawał światu „Foxtrota”, ja na ten świat przychodziłem. 29 października 2008 na dwie godziny wróciłem do przeszłości. 

Setlista 

Dance On A Volcano
The Lamb Lies Down On Broadway
Fly On A Windshield
Carpet Crawlers
Cinema Show
Robbery, Assault And Battery
White Mountain
Firth Of Fifth
Entangled
Squonk
Supper's Ready
I Know What I Like
Los Endos
It / Watcher Of The Skies 


 

 

Zdjęcia:

Denis Gagne - Phil Collins (2) Francois Gaganon - Steve Hackett (1) Francois Gaganon - Steve Hackett (2) Sebastian Lamothe - Mike Rutherford (1) Sebastian Lamothe - Mike Rutherford (2) David Myers - Tony Banks (1) David Myers - Tony Banks (2) Gregg Bendian - Bill Bruford The Musical Box
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2021 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.