ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 17.07 - Wrocław
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
 

koncerty

21.11.2012

KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, Warszawa, Progresja, 17.11.2012

KATATONIA, ALCEST, JUNIUS, Warszawa, Progresja, 17.11.2012 Dobry koncert powinien być świętem muzyki, emocji i wrażeń, warszawska część trasy Dead End of Europe 2012 jak najbardziej zasługuje na takie miano, a że czasami chciałoby się czegoś więcej – to już przywilej ludu.

 

W mojej prywatnej hierarchii muzycznych wojaży wyprawy do Progresji mają bardzo specyficzne miejsce. Nie, nie należę do grona osób narzekających na odległość klubu od tak zwanego centrum. W pogoni za koncertowymi emocjami, jestem w stanie zdecydować się na podróże, które urasta do miana wyprawy przez naprawdę duże W. W związku z tym dojazd na Bemowo nie stanowi dla mnie wielkiego wyzwania. Jednak jest coś szczególnego w odwiedzaniu tej dzielnicy. Jeszcze nigdy nie udało mi się tam dotrzeć i wrócić bez dodatkowych atrakcji (ach te nocne autobusy).
 
Tegoroczny, koncertowy kalendarz ułożył się dla mnie tak, że we wspomnianym klubie nie byłem od bardzo dawna. Toteż w osłupienie wprowadził mnie rozkład jazdy opublikowany kilka dni przed wydarzeniem. Pierwszy z zespołów miał pojawić się na scenie już o 19.30. Co ciekawe dokładnie o tej godzinie brodacze z Junius chwycili za instrumenty. Brak obsuwy jest ewenementem, który trudno jest zignorować. W tym miejscu zmuszony jestem sprokurować mały wtręt dziękczynny. Swoim przodkom dziękuję za genetyczne obciążenie mnie nieumiejętnością spóźniania się. Mimo tego, że płyta Reports from the Threshold of Death bostońskiej formacji uznawana jest przeze mnie za niezłego średniaka, to muszę przyznać, że na żywo nabiera dodatkowego kolorytu. Warto pochwalić wokalistę Junius, bo zabrzmiał wyjątkowo ciekawie i zaskakująco sprawnie operował narządem gębowym, a występ zespołu jako całości należy zdecydowanie zaliczyć do udanych. W krótkim secie nie zabrakło kawałków takich jak All Shall Float czy Betray the Grave, co z pewnością ucieszyło fanów tej formacji, a tacy również pojawili się tego wieczoru w Progresji.
 
Jako drugi na scenie pojawił się Neige wraz z koncertowym składemAlcest. Długo nie mogłem sobie darować, że nie udało mi się dotrzeć na poznański występ tego projektu w kwietniu 2011 roku. Bardzo sobie cenię rozmarzone, świetliste i bardzo nostalgiczne kompozycje Neige’a, dlatego moje oczekiwania odnośne tego koncertu były ogromne. Tym bardziej cieszę się, że Francuzi nie zawiedli. Oprócz materiału z ostatniego albumu nie zabrakło również jednej z najbardziej rozpoznawalnych melodii tej formacji -  Souvenirs d'un autre monde z albumu o tym samym tytule. Melodie rozrywane agresywną perkusją sączyły się ze sceny, powietrze przyjemnie wibrowało, aż momentami miało się wrażenie, że opisywany przez Neige’a Inny Świat jest zaledwie na wyciągnięcie ręki. Oprócz muzycznej różnorodności pojawiła się także okazja do usłyszenia wokalnych popisów założyciela Alcest. Utwory Là où naissent les couleurs nouvelles i (przede wszystkim)Percées de lumière pokazały jego bardziej najeżoną i mroczną stronę. Dało się wyczuć magię w powietrzu i trochę szkoda, że trwało to tak krótko.

Daniem dnia miała być Katatonia. Każdy kolejny koncert tej formacji w Polsce to wydarzenie, które ściąga pod scenę grono oddanych fanów. Tak było i tym razem. Bez chwili zwątpienia stwierdzam, że był to najbardziej udany występ Szwedów jaki miałem okazję zobaczyć. Gitarowe riffy cięły powietrze, sekcja rytmiczna dudniła odpowiednio, a i Jonas wyjątkowo nie odstawał formą. Najnowsze dzieło Katatoniidobrze wypadło na żywo, a muzyczne świeżynki skrzętnie uzupełniono standardowymi, koncertowymi hitami: OmertaDeadhouseThe Longest Year. Nie zabrakło również propozycji z Night Is The New Day zForsaker na czele. Cóż z tego skoro w tej mieszance nie odnalazłem nuty szaleństwa, geniuszu, magii, czynnika x, który związałby wszystkie jakże udane elementy i sprawił, że stopy oderwą mi się od gruntu. Tłum szczelnie wypełniał wnętrze Progresji i przyjemnie było patrzeć na ludzi zapatrzonych na scenę, choć w sercu pogłębiało się wrażenie, że to jednak nie moja bajka.

Warto też zwrócić uwagę na kilka kwestii organizacyjnych. Zdecydowanie należy pochwalić organizatorów i zespoły za konsekwentne przestrzeganie rozkładu – trochę niepokoi, że to wciąż nie jest standard. Na plus odnotować można również oświetlenie sceny, które funkcjonowało całkiem przyjemnie. Ciekawi mnie natomiast cel zadymiania całej sceny w stopniu uniemożliwiającym swobodne penetrowanie wzrokiem zachowania muzyków. Pozostaje jeszcze trudna kwestia nagłośnienia. Nigdy nie byłem purystą jakości odbioru, bo staram się skupiać na przekazie i emocjach, a nie na wyłapywaniu najdrobniejszych smaczków. Mimo tego mam pewne zastrzeżenia, co do realizacji dźwięku na tym wydarzeniu. Po zajęciu strategicznie optymalnej pozycji w sali Progresji oczekiwałem czegoś więcej, a oprócz dobrej muzyki (jako takiej) tu i ówdzie pojawiało się niekontrolowane buczenie, nieliczne sprzężenia i uchybienia typu za bardzo cofnięty wokal w delikatnych partiach Alcest.
 
Dobry koncert powinien być świętem muzyki, emocji i wrażeń, warszawska część trasy Dead End of Europe 2012 jak najbardziej zasługuje na takie miano, a że czasami chciałoby się czegoś więcej – to już przywilej ludu.
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.