ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
- 21.07 - Warszawa
- 24.07 - Chorzów
- 26.07 - Warszawa
- 27.07 - Gdańsk
- 27.07 - Warszawa
- 21.08 - Warszawa
- 24.08 - Inowrocław
- 05.09 - Białystok
- 06.09 - Lublin
- 07.09 - Rzeszów
- 08.09 - Bielsko - Biała
- 10.09 - Wałbrzych
- 12.09 - Lubin
- 13.09 - Zielona Góra
- 14.09 - Koszalin
- 15.09 - Gdynia
- 10.09 - Warszawa
- 17.09 - Wrocław
- 11.09 - Kraków
- 12.09 - Warszawa
- 16.09 - Warszawa
- 17.09 - Warszawa
- 18.09 - Warszawa
- 19.09 - Kraków
 

koncerty

04.05.2014

Mighty Oaks, Warszawa, Skwer Hoovera, 28.04.2014

Mighty Oaks, Warszawa, Skwer Hoovera, 28.04.2014

Miałem naprawdę dużą ochotę, żeby zobaczyć trio na żywo. Po pierwsze, ujęła mnie ich muzyka, a po drugie, chciałem zakończyć swego rodzaju dziennikarską triadę – był już wywiad, recenzja płyty, a więc teraz czas na relację z koncertu. Tym bardziej, że koncert jest tym, co uważam za najcenniejsze w muzyce wszelakiej.

Mighty Oaks zostali zaproszeni do warszawskiego Skweru, którym, mimo doskonałej lokalizacji, odwiedziłem po raz pierwszy. Miejsce to jest niezwykle przyjemne i wydawać by się mogło, że także klimatyczne. Mała liczba większych imprez i koncertów spowodowała jednak, że obsłudze Skweru brakowało trochę doświadczenia („samoobsługowa” szatnia, powolna i nieudolna praca barmanów).  Sala koncertowa była dość niska, a scena mała, lecz nie przeszkadzało to w odbiorze koncertów.

Jako pierwszy na scenę wkroczył Jackson Dyer, australijski songwriter. Muszę przyznać, że mimo najszczerszych chęci napisania paru słów otuchy, nie mogę powiedzieć niczego pozytywnego o jego występie. Fatalny wizerunek sceniczny, męcząca ekspresja, nieudany romans akustyki z rejestrowaną na żywo elektroniką, a nade wszystko po prostu nierówne granie, bardziej mnie zmęczyły niż pozwoliły się zrelaksować i nastroić dobrze przed występem gwiazd wieczoru. Po półgodzinnym secie przyszedł czas na wytchnienie - chwilę przerwy.

Prawie dokładnie o 21, przy dźwiękach burzy, na scenie pojawiło się trio z Mighty Oaks, wsparte niemieckim perkusistą. Co ciekawe, z pierwszych czterech utworów, aż trzy nie znalazły się na debiutanckim Howl. Wypadły one na pewno bardzo interesująco, ale były nieco trudniejsze w odbiorze (momentami stylistyka bliska Sigur Ros) niż sympatyczne dźwięki znane z albumu.  Późniejszą część setlisty wypełniła muzyka z debiutu, a  kolejnym intrygującym pomysłem było umieszczenie dwóch hitów („Brother” i „Just One Day”) w środku koncertu.

A jak sam koncert? Niestety, dość słabo. Niewykraczający poza standard kontakt z publicznością i brak umiejętności kreowania klimatu sprawiły, że trudno było wczuć się w muzykę płynącą ze sceny. Chłopaki technicznie grali bardzo dobrze (szczególnie w dynamicznych momentach gitarowych), ale występ położył akustyk – było zdecydowanie zbyt głośno, a gitary dość często sprzęgały. Swoje dorzucił też człowiek odpowiedzialny za oświetlenie – wirujące kolorowe kółka raczej przyprawiały o ból głowy niż podkreślały piękno dźwięków.

Cóż tu dużo pisać – z dużej chmury, mały deszcz. Spodziewałem się występu pełnego emocji i pięknych dźwięków, a otrzymałem nudnawą, nieco męczącą sklejkę dźwięków. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jest to do końca wina Mighty Oaks – zespół jest młody i na pewno brakuje im doświadczenia. Po prostu ich muzyka wypadłaby dużo lepiej w całkiem innej przestrzeni. Koncert wypełniony ich dźwiękami w nocy, na otwartej przestrzeni… Tak, to byłoby na pewno dużo większe przeżycie!

ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2019 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.