ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 

koncerty

14.11.2014

XIII Wroclaw Industrial Festival, Wrocław, Stary Klasztor, Sala Gotycka, 6-9.11.2014

XIII Wroclaw Industrial Festival, Wrocław, Stary Klasztor, Sala Gotycka, 6-9.11.2014
Każdy ze zgromadzonych po równo otrzymał michę tęczowego gulaszu, tj. „Rainbows, Too?”, po którym nikt nie wymiotował, nikomu nie robiło się niedobrze, a w głowach kręciło się tylko ze szczęścia. Do dziś pozostały mi po jego „spożyciu” wielobarwne wspomnienia z tamtego fantastycznego wieczoru.

Nie tak dawno, bo 20 września br. w rozpadającym się Hotelu Forum w Krakowie obchodziliśmy 25-lecie istnienia prężnie działającej londyńskiej wytwórni płytowej Warp Records w ramach niecodziennego przedsięwzięcia Sacrum Profanum, a już w miniony weekend cieszyliśmy się równie atrakcyjnym XIII Wrocław Industrial Festival. Trwający cztery dni XIII WIF skupił kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych artystów z kraju i ze świata, w tym trzy określone mianem gwiazd festiwalu zjawiska muzyczne: The Legendary Pink Dots, Borghesia i Lustmord. Poszczególne sety odbywały się w starym, gotyckim, poklasztornym budynku, którego wysokie sklepienie krzyżowe przydawało rozchodzącym się dźwiękom anty-muzyki należytej powagi i poczucia grozy, jak w przypadku kosmicznej odysei występującego w trzeci dzień eventu Briana Williamsa Lustmorda. Nie mogąc uczestniczyć w tegorocznym otwarciu imprezy, kiedy to miała swój występ powołana do życia w 1989 roku z inicjatywy pomysłodawcy WIF-u Macieja Fretta Job Karma, skupiłem całą swoją uwagę na kolejnych jej dwóch dniach, zachwycając się brudnymi, przemysłowymi brzmieniami, które nieraz przywodziły mi na myśl niegdyś wrące pracą maszyn i ludzi, a dziś zniszczone i opuszczone fabryki na rodzimym Górnym Śląsku.

Niemieckie trio 2 Kilos & More, od którego rozpoczęła się moja duchowa przygoda z XIII WIF-em, sprawiło, że dzięki dobrze skrojonemu gigowi utrzymanemu w brudnej estetyce nurtu poczułem się dwadzieścia lat młodszy. Jak wówczas, gdy jeszcze jako młokos odbywałem praktyki szkolne w Hucie Batory, gdzie rytm pracy robotnika odmierzał donośny odgłos młota spadowego na jednym z jej wydziałów. Finał utworu „User Ok Feelings Rejected” na pewno takiej niespodziewanej autorefleksji sprzyjał. Muzycy 2 Kilos & More odgrodzili się od publiczności specjalną siatką, przez którą przefiltrowywane były obrazy płynące z projektora umieszczonego na drugim końcu Sali Gotyckiej. Pomiędzy występami można było również nabyć kompakty i winyle oraz inne gadżety związane z zaproszonymi na festiwal gośćmi. Najbardziej hałaśliwie zachowującymi się na scenie gośćmi byli muzycy polskiego zespołu punkowego Jude. Natężenie dźwięku podczas występu grupy sięgało progu wytrzymałości przysłowiowego Hioba, co potwierdzało słowa z jednego z udzielonych przez łódzki kwartet wywiadów o tym, że jego muzyka robi wrażenie i nie pozostawia nikogo obojętnym, co najwyżej może zirytować lub zachwycić. Mnie ani nie zachwyciła, ani nie zirytowała, budząc jedynie mieszane uczucia. Będąc jednak dalekim od uprzedzeń człowiekiem, nie skreślam Jude ze swojego jadłospisu muzycznego w nadziei, że może kiedyś przyjdzie mi ochota na ich ostry jak brzytwa, punkowy napalm.

Prawdziwej serii wstrząsów doznałem dopiero wtedy, gdy po północy na scenie pojawił się długo wyczekiwany przez miłośników nakrapianych rytmów i rumianych wypieków na twarzy prorok z Nijmegen, tj. Edward Kaspel wraz ze swoją różową świtą The Legendary Pink Dots. Zanim jednak do tego doszło, do północy byłem świadkiem ciekawego występu projektu muzycznego 6 Comm z Wielkiej Brytanii. Ich performance w głównej mierze opierał się na bębnieniu w tradycyjne instrumenty perkusyjne z dodatkiem elektroniki, co w połączeniu z tubalnym głosem lidera Patricka Leagasa (ex Death In June) nadawało muzyce iście rytualnego, plemiennego wyrazu. Wśród tych wszystkich zgoła offowych artystów z kręgu szeroko pojmowanego industrialu trzej muzycy The Legendary Pink Dots, którego koncert domknął piątkowy wieczór, mogli ze względu na prestiż, ilość wydanych płyt i przeszło trzydziestoletnią historię zespołu poczuć się jak prawdziwi celebryci sceny undergroundowej. Równo o pierwszej nad ranem wahadło poszło w ruch i z głośników popłynęły pierwsze tony utworu „Pendulum”, który muzycznie przypomina zwieńczenie „Ogrodów Faraonów” Popol Vuh. Po cichym, choć głośno mówiącym o fanatyzmie „Pendulum” doczekałem się biblijnej paraboli w postaci otwierającej ostatni studyjny album Legendarnych Różowych Kropek kompozycji „A Star Is Born”. Z The Gethsemane Option usłyszałem jeszcze dwa inne fragmenty - melancholijny „The Garden of Ealing” i „Grey Scale”, chropawy za sprawą chwackiej gry Erika Drosta na gitarze. Muzycy sięgnęli też do przeszłości grupy, z której odkurzyli dwa zabytkowe nagrania z lat 80., „Casting The Runes” oraz „Blacklist”, nadając im, a zwłaszcza temu drugiemu obsesyjnie hipnotyczny charakter. Dla tych, którym ciągle było mało i czuli ogólne nienasycenie różową wizją świata według Kaspela, nawiedzony lider Kropek przygotował i wygłosił typowe dla siebie groteskowe kazanie zatytułowane „Salem”, które naznaczone było wrzaskiem opętanego kaznodziei rodem z filmu o kosmitach Johna Carpentera. Ponadto każdy ze zgromadzonych po równo otrzymał michę tęczowego gulaszu, tj. „Rainbows, Too?”, po którym nikt nie wymiotował, nikomu nie robiło się niedobrze, a w głowach kręciło się tylko ze szczęścia. Do dziś pozostały mi po jego „spożyciu” wielobarwne wspomnienia z tamtego fantastycznego wieczoru. Po koncercie miałem przyjemność zamienić kilka słów z elokwentnym frontmanem grupy, który zdradził mi jeden istotny szczegół dotyczący mającej się dopiero ukazać w przyszłym roku jego płyty solowej The Victoria Dimension, która według doniesień z pierwszej ręki ma zawierać wyłącznie „ekscentryczne piosenki”. Ku mojemu zdziwieniu album można było już kupić na jednym ze stoisk przed i po koncercie zespołu.  Na koniec piętro niżej w Starym Klasztorze DJ Mary dawał drugi set tego wieczoru, przeznaczony chyba tylko dla nocnych marków lub dla tych, którzy w wyniku bliskiego kontaktu z prawdziwą sztuką stracili poczucie czasu.

Moja rozłąka z hucznym życiem (po)klasztornym nie trwała długo, gdyż nazajutrz postanowiłem doń wrócić i przyjrzeć się z bliska czterem fenomenom sceny postindustrialnej. Pomimo że sobotnia impreza rozpoczęła się już o 19.00, prawdziwe objawienie nastąpiło dwie godziny później, gdy na scenie pojawili się dwaj panowie z Bremen, Stefan Knappe i Martin Gitschel, tworzący od późnych lat 90. formację Troum. Grający kontemplacyjny ambient duet dał tego wieczoru najbardziej transowy (obok Briana Williamsa) show, opatrzony dopasowanymi do onirycznego pulsu muzyki oryginalnymi wizualizacjami. Poza oczywistym wykorzystaniem różnego rodzaju elektronicznych gadżetów, konsol i laptopów firmy Apple, twórcy najurokliwszego na rynku płytowym snu (Troum jest starogermańskim odpowiednikiem słowa „sen”) używali też tradycyjnych gitar, skrzypiec, melodyki, harmonijki ustnej, idiofonów, jak również tego najbardziej naturalnego z instrumentów - głosu. „Zgodnie z nazwą muzyka duetu sprawiała wrażenie, jakby była muzycznym opisem marzeń sennych, przed-werbalnym przekazem, równie tajemniczym i mrocznym, co muzyka fikcyjnego kompozytora Ericha Zanna z opowiadania Howarda Philipsa Lovecrafta. Troum to otwarty atak na podświadomość słuchacza, którego celem jest, jak zwykle w przypadku sztuki, świadome prowokowanie i próba uruchomienia wyobraźni najbardziej przestrzennym dźwiękiem”(1). W istocie rzeczy podczas występu niemieckiej grupy moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, rozbudzana onirycznymi dźwięk-obrazami oraz zwinnie zapętlanymi frazami akustycznego pochodzenia. Cztery kwadranse spędzone z muzyką Bremeńczyków, przy których najśmielsze rojenia senne wydawały się blednąć, okazały się tak samo fascynujące, jak przemyślany gig esseńskiego oddziału muzycznego 2 Kilos & More z piątku.

Po godzinie duchów mogliśmy się przekonać, co znaczy spotkanie z mistrzem dark ambientu. Podobnie jak duet Troum, Brian Williams Lustmord wysłał licznie zgromadzoną publiczność Sali Gotyckiej w kosmos bez skafandrów i butli tlenowych. W odróżnieniu od ruchliwych poprzedników z Bremen, nieodrywający wzroku od laptopa, statyczny Walijczyk generował mroczne dźwięki o niskiej częstotliwości, mogące kojarzyć się z pomrukami wydawanymi przez wzdęty od trawienia kosmicznych odpadków wszechświat. Uzupełniane one były piskami, trzaskami i praskami przywodzącymi na myśl rozpad ciał niebieskich w wyniku międzygalaktycznych kolizji. Potęga wyobraźni pioniera gatunku sprawiła, że niewielki jej wykwit mogliśmy obserwować w postaci wolno przesuwających się po umieszczonym z tyłu sceny ekranie amorficznych obrazów przedstawiających płomienie i inne nieregularne kształty. Lustmord - uważany onegdaj za rockowego terrorystę zajmującego bez zapowiedzi wolne support sloty na koncertach innych gwiazd - był ostatnim poważnym wykonawcą, jakiego mieliśmy ogromną przyjemność wysłuchać trzeciego dnia wrocławskiej imprezy. Jednak XIII WIF nie byłby tym, czym jest, gdyby nie zaproszono nań jednego z kluczowych protoplastów sceny industrialnej - Erica Randoma, ex-członka Cabaret Voltaire, zespołu, który wspólnie z Throbbing Gristle zapoczątkował pod koniec lat 70. nowy nurt opierający się na dysonansowych, szorstkich brzmieniach. Całkowicie odarty z surowej estetyki industrialu, tętniący beatem i melodyjnym elektro oraz przemycający z łatwością pomysły z muzyki świata set Randoma z pewnością ucieszył miłośników twórczości CV z okresu Micro-phonies. Artysta nie tylko obsługiwał cały sprzęt elektroniczny, jakim dysponował, ale także śpiewał zniekształconym, mechanicznym głosem niczym słowik przepuszczony przez elektryczną maszynkę do mięsa.

Ostatnim ważnym elementem XIII WIF-u był agresywny, choć w sumie rozczarowujący występ rockowego zespołu Borghesia. Słoweńcy promowali wydaną w połowie roku płytę And Man Created God, z której wykonali m.in. dwie znakomite kompozycje - porywającą „C’est la Guerre” oraz nieco pretensjonalną, pacyfistyczną „194”. Stylistycznie album nie ma nic wspólnego z nowofalowym brzmieniem, w jakim wyspecjalizowała się bałkańska grupa na debiutanckim krążku, a z którego na bis zagrała przebój „Nocne setnje”. Pozbawiony charakterystycznego syntezatorowego brzmienia, w które opływała oryginalna wersja, nie przedstawiał większej wartości niż pączek bez ulubionej posypki. Wrocławski występ Słoweńców mógł tylko zniechęcić nowofalowców, nieznających obecnych poczynań artystycznych grupy, do ich nowego, bardziej wojowniczego credo wykrzyczanego na całkiem dobrej płycie And Man Created God. Wniosek, jaki mi się nasunął po koncercie słoweńskiej formacji jest taki, że czasem lepiej wynająć na trasę jakiegoś obytego w fachu klawiszowca niż zgrywać punków.

W tym roku po raz pierwszy miałem przyjemność uczestniczyć w WIF-ie, jednym z najciekawszych (obok łódzkiego Soundedit i katowickiego JazzArtu, żeby wymienić tylko dwie z ostatnio przeze mnie opisywanych na łamach naszego zinu cyklicznych imprez) festiwali o bogatej ofercie artystycznej i przejrzyście naświetlonej idei promowania niemedialnych wykonawców z kręgu muzyki postindustrialnej. Po co lecieć do Detroit, Sheffield czy Essen, gdy rokrocznie w stolicy Dolnego Śląska można usłyszeć echa historii tamtych uprzemysłowionych miast. Wywodząca się z Fabryki Śmierci (The Death Factory) muzyka industrialna, która po raz trzynasty zdefiniowała wrocławski festiwal, wzbudziła we mnie, mimo jesiennej mikro-melancholii, joie de vivre.

-----------------------------------------------------------------------------

(1) Tomasz Ostafiński, XIII Wroclaw Industrial Festival - dalsze szczegóły, news z dnia 13 września 2014: http://artrock.pl/aktualnosci/7920/xiii_wroclaw_industrial_festival_-_dalsze_szczegoly.html/ (dostęp 14 listopada 2014).

Zdjęcia:

The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław The Legendary Pink Dots, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław XIII WIF, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław DJ Mary, 7.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław 2k&M, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 2k&M, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 2k&M, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 2k&M, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Jude, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Jude, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Jude, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Jude, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Jude, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Ex.Order, 7.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Ex.Order, 7.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Ex.Order, 7.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław 6 Comm, 7.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Troum, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Troum, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Troum, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Troum, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Troum, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Eric Random, 8.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Eric Random, 8.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Eric Random, 8.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Eric Random, 8.11.2014, Stary Klasztor, Wrocław Borghesia, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Borghesia, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Borghesia, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Borghesia, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Borghesia, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Lustmord, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Lustmord, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Lustmord, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Lustmord, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław Lustmord, 8.11.2014, Sala Gotycka, Wrocław
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2018 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.