ArtRock.pl - Progressive & Art Rock w sieci!
Ten serwis korzysta z plików Cookies i podobnych technologii. Dowiedz się więcej » | zamknij
 
Recenzje albumów w serwisie ArtRock.pl
Szukaj:
Recenzja albumu Bloc Party ─ A Weekend in The City w serwisie ArtRock.pl

Bloc Party — A Weekend in The City

 
wydawnictwo: V2 2007
 
Song For Clay (Disappear Here); Hunting For Witches; Waiting For The 7:18; The Prayer; Uniform; On; Where Is Home?; Kreuzberg; I Still Remember; Sunday; SRXT
 
Całkowity czas: 51:17
skład:
Kele Okereke – voc, g, Russell Lissack – g, Gordon Moakes – b, voc, Matt Tong – dr
Produkcja: Jacknifee Lee
 
Album w ocenie czytelników:
Oceń album:

Pokaż szczegóły oceny
Beznadziejny album, nie da się go nawet wysłuchać.
,2
Istnieją gorsze, ale i przez ten ciężko przebrnąć do końca.
,2
Album słaby, nie broni się jako całość.
,1
Nieco poniżej przeciętnej, dla wielbicieli gatunku.
,0
Album jakich wiele, poprawny.
,1
Niezła płyta, można posłuchać.
,1
Dobry, zasługujący na uwagę album.
,2
Bardzo dobra pozycja, mocno polecana.
,9
Absolutnie wspaniały i porywający album.
,7
Arcydzieło.
,2

Łącznie 27, ocena: Dobry, zasługujący na uwagę album.
 
 
Ocena: 8+ Absolutnie wspaniały i porywający album.
28.05.2007
(Recenzent)

Bloc Party — A Weekend in The City

Czytałem kilka recenzji tej płyty, zwykle pochlebnych, ale których autorzy jakby się tłumaczyli przed czytelnikami, że im się ta płyta podoba. A nie powinna?

Bloc Party zostali pupilkami brytyjskiej krytyki dwa lata temu, po wydaniu swojego debiutanckiego albumu „Silent Alarm” . To, że dziennikarze muzyczni z Wysp podniecają się byle czym – wiadomo nie od dziś. Jeżeli słychać dobiegające stamtąd wrzaski „nowi The Beatles”, zwykle naprawdę nie ma się czym przejmować.
Debiut był taki, jak pismaki lubią – hałaśliwie, ostro, buntowniczo. Następni rebelianci z gitarami. Ogólnie nieźle, ale nic nadzwyczajnego. I dobrze, że debiut poznałem po „A Weekend in The City”, bo nie byłbym chyba tak chętny do poznania tej nowej płyty. Zaciekawiły mnie właśnie takie specyficzne recenzje, a o zespole już wcześniej sporo dobrego słyszałem. Czas było skonfrontować to z własnymi doświadczeniami.

Drugi album Bloc Party jest bardzo dobry. Nowocześnie zrealizowany i świetnie wyprodukowany. Z gitarowego buntu pozostało niewiele, chyba nic. Zbytnio mnie to nie martwi. Taka formuła wyczerpuje się zwykle błyskawicznie i potem po raz kolejny powiela się swoje stare pomysły. Bloc Party dojrzało w ekspresowym tempie, są bardziej wyciszeni. Bardziej komentują , niż buntują się. Ale myli się ten, kto myśli, że spokornieli, złagodnieli. Nic z tego. Mimo, że muzyka jest spokojniejsza, stonowana, nie straciła swojej drapieżności. Czasami większy efekt przyniesie kilka dosadniejszych wyrażeń w spokojniejszej wypowiedzi, niż wykrzyczenie sterty bluzgów.

To jaki ten krążek jest, to w dużej części zasługa producenta - Jacknifee Lee, wcześniej pracującego z U2 i Snow Patrol. Zaryzykował odhałaśliwiając muzykę zespołu i całkowicie zmieniając jego styl. Nie wiem, kto był inicjatorem takiej wolty. Czy to producent przekonał muzyków do swoich pomysłów , czy zespół miał jakąś koncepcję i szukał kogoś do jej realizacji. Udało się nadzwyczajnie. Był to bardzo odważny , a nawet ryzykowny zabieg. Wiadomo przecież, że fan bywa bardzo kapryśny i może się od swoich ulubieńców odwrócić. Tym razem ryzyko się opłaciło, w tym komercyjnym aspekcie też. Album wysoko uplasował się na listach przebojów, w USA otarł się o pierwszą dziesiątkę.

A na początku było to tak. Odpaliłem „A Weekend in The City” i zabrałem się za pakowanie toreb, przed wyjazdem do Wrocławia. Czyli standardowy odsłuch „na kodowanie”. Po jakimś czasie zauważyłem , że mnie ta muzyka rozprasza i przestaje pełnić funkcje tła. Bardziej skupiam się na niej, niż na pakowaniu. A co to jest? A dlaczego mi sie to zaczyna coraz bardziej podobać? No to albo rybki, albo akwarium. Wybrałem rybki, czyli muzykę. Z minuty na minutę wciągała mnie coraz bardziej. Nerwowy rytm perkusji, intensywne gitary, specyficzny wokal Kelego Okereke. Do tego cała masa aranżacyjnych smaczków, ozdobników. Piosenka za piosenka, aż na koniec kulminacja w postaci doskonałego „SRXT”.
Kilka dni później słuchałem tej płyty już z własnego egzemplarza, w drodze do pracy. No dobra, gdzie jest to, czym się tak zachwycałem wcześniej. Dwa pierwsze i jakoś nic. Dobre, ale nic nadzwyczajnego. „Wating for The 7:18” i „The Prayer” – tak, o to mi chodziło. Powróciły znajome mrówki na plecach, znowu noga zaczęła wystukiwać rytm, głowa miarowo kiwać. A współpasażerowie zaczęli dziwnie na mnie patrzeć. Czyli jest tak, jak ma być.
Jest pewien rozdźwięk miedzy muzyką a treścią piosenek. Muzyka jest nieco nierealna, lekko odleciana. Przypomina mi trochę Arcade Fire, a nawet Mercury Rev (pewnie dlatego tak mi się podoba). Za to teksty jak najbardziej dotyczą niezbyt ciekawych aspektów życia – bezsensownej przemocy i śmierci, utraty własnej osobowości , zagubienia i samotności . Ale to przecież weekend w mieście. A w weekend jest inaczej. Możemy się zalać w trzy dupy, albo przyćpać tak, że mózg będzie się dymił. Z takiej perspektywy , na te kilkadziesiąt godzin rzeczywistość staje się inna. Problemy tracą kanty.

Nie wiem, czego można spodziewać się po następnej płycie Bloc Party. Chyba wszystkiego, bo wydaje się , że nie maja ochoty siedzieć w jednym miejscu. Mogli przecież bezpiecznie i wygodnie nagrać „Silent Alarm II”. A oni wywrócili swoja muzykę do góry nogami. Należałoby się spodziewać, że znowu wymyślą coś nowego. Co? Tego najstarsi górale na Podkarpaciu nie wiedzą.

 
ArtRock.pl na Facebook.com
ArtRock.pl na Twitterze
ArtRock.pl RSS
© Copyright 1997 - 2020 - ArtRock.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.